Gdy czekaliśmy na stanowisko Komisji Europejskiej oceniające stan polskiej demokracji, drugie miejsce w wyborach prezydenckich w Austrii zajął brunatny Norbert Hofer. W tym samym czasie Angela Merkel składała wizytę w Turcji, próbując reanimować porozumienie z Ankarą – nazwijmy to umownie – o zatrzymaniu fali uchodźców szturmujących UE. W tle kolejne sondaże brytyjskie wskazujące, że siły zwolenników i przeciwników pozostania w Unii zaczynają się wyrównywać. Na dokładkę w niedzielę dotarły wieści z Cypru, na którym wzmocnili się prawicowi radykałowie z partii ELAM, która jest ściśle powiązana z greckim neonazistowskim Złotym Świtem. Wcześniej w Helsinkach rząd stworzyli skrajnie prawicowi Prawdziwi Finowie, a w Danii swoje wpływy umocniła Partia Ludowa o podobnym obliczu. W RFN o władzy marzy Alternatywa dla Niemiec, a we Francji prorosyjska Marine Le Pen. Taki jest obraz Wspólnoty w dniach naszej narodowej debaty o tym, czy Polska jest w unijnym standardzie demokracji, czy też nie i czy powinniśmy się przejmować połajankami komisarzy.



Jarosław Kaczyński, który decyduje po stronie polskiej o temperaturze sporu z Brukselą – najpewniej zdaje sobie sprawę z kontekstu. Jako pierwszy w Polsce rozumie, że skończyła się epoka polityki centrum, a rozpoczęła epoka polityki, która odwołuje się do – jak to określa Robert Krasowski – bulwarowej natury człowieka. Jako pierwszy również antycypuje stosunki z unijnymi instytucjami, które dziś są już martwe. Jeszcze wydają decyzje. Jeszcze dyskutują. Piszą listy. Pouczają. Ale w rzeczy samej są martwe. Tak jak imperium osmańskie po kongresie berlińskim w 1878 r. czy Austro-Węgry po pierwszej wojnie światowej. Długo po kongresie Stambuł formalnie miał władzę nad Mezopotamią i Syrią, Egiptem i Kuwejtem, ale już się nie liczył. Podobnie jak Wiedeń, który stracił kontrolę nad spontanicznie powstającymi radami ludowymi w CK monarchii.