Niezależni ochotnicy na greckiej wyspie Lesbos nadal utrzymują stan pogotowia i patrolują plaże. Większość nie wierzy, że to koniec kryzysu migracyjnego. Czekają na ciąg dalszy.
Reklama

„To prawda, że od kilku tygodni liczba migrantów ryzykujących przeprawę z Turcji na Lesbos znacznie zmalała i że stale widzimy teraz nie tylko łodzie greckiej i tureckiej straży przybrzeżnej, ale także patrole Frontexu i okręty NATO” – mówi Eric Kempson, brytyjski rzeźbiarz, który ze swojego domu w małej wiosce Moliwos na północnym krańcu Lesbos w dobrą pogodę przez lornetkę może nawet zobaczyć ludzi wsiadających do pontonów na tureckim wybrzeżu.

Kempson, który od ponad roku aktywnie pomaga migrantom lądującym na okolicznych plażach, co rano komunikuje się z grupami woluntariuszy, działającymi w tym samym regionie wyspy. Wszyscy razem kilka tygodni temu, zaraz po zawarciu przez UE porozumienia z Ankarą ws. deportacji do Turcji wszystkich migrantów przybyłych na wyspy po 20 marca, uzgodnili, że na razie pozostaną w stanie pogotowia.

„Turcja jest nieprzewidywalna. Co kilka dni turecki rząd grozi, że jeśli Bruksela nie dotrzyma obietnic (dotyczących zniesienia obowiązku wizowego dla tureckich obywateli podróżujących do UE - PAP), Ankara znowu odkręci migrancki kurek. Dlatego póki co nie chcemy nic zmieniać w strukturach naszego planu niesienia pomocy. One jeszcze mogą się nam przydać” – tłumaczy Kempson.

Dodaje, że nie zaprzestał także prac nad własnym, dodatkowym projektem, czyli ośrodkiem pomocy dla migrantów "Nadzieja".

„To będzie miejsce, gdzie uchodźcy będą mogli się na jakiś czas zatrzymać, poczuć jak w domu, zdobyć potrzebne kwalifikacje zawodowe, nauczyć greckiego. W tej chwili na wyspie nie ma takiego centrum, a na pewno przydałoby się. Wystarczy pomyśleć o tym, jak położona jest Lesbos. Nie po raz pierwszy przybywają tu uchodźcy. Na pewno też nie ostatni” – mówi Kempson.

Z taką oceną sytuacji na pewno zgadzają się trzy starsze kobiety ze Skali Sykaminii, które podobnie jak Kempson, z małej ławeczki tuż przy wiejskiej plaży codziennie obserwują sześciokilometrowy pas morza dzielący wyspę od Turcji. To właśnie tędy, ponad 90 lat temu, do Skali Sykaminii przybyły ich matki, uciekające z Azji Mniejszej przed masakrami ludności greckiej, jakie miały tam miejsce w czasie wojny grecko-tureckiej w latach 1919-23.

„Teraz jest tu bardzo spokojnie. Ostatnia łódka przypłynęła ponad dwa tygodnie temu. Ale przedtem codziennie lądowały tu tysiące ludzi. Mężczyźni, kobiety, małe dzieci. Tak jak wcześniej nasze matki, uciekali przed wojną i przemocą” – mówi jedna z nich, 79-letnia Konstantina Mesiklis.

Mesiklis i jej przyjaciółki, 83-letnia Militsa Kamwisi i 85-letnia Maritsa Mawrapidi, stały się sławne, gdy media na całym świecie opublikowały zdjęcia, na których staruszki niańczą właśnie przybyłe na Lesbos niemowlęta.

„Dzieci płakały, były głodne, przemoczone. Matki padały z wyczerpania. Oczywiście musiałyśmy pomóc. Przecież mogły by to być nasze własne wnuki” – mówi Kamwisi, która kilka miesięcy temu za swoją pomoc dla migrantów została nominowana do nagrody Nobla.

„Zresztą cała wieś pomagała. Rybacy co noc rozpalali wielki ogień, żeby łódki mogły znaleźć drogę. Wypływali też na morze, żeby ratować tonących" - dodaje.

W niewielkiej, liczącej tylko 140 mieszkańców Skali Sykaminii, prawie wszyscy są potomkami uciekinierów z Azji Mniejszej. W większości przypadków były to właśnie kobiety z dziećmi, ponieważ wielu mężczyzn zostało zabitych przez zwycięskie wojska tureckie.

Kobiety ze Skali Sykaminii mówią, że w dalszym ciągu będą czekały na potencjalnych migrantów i że są gotowe dalej im pomagać.

„Bardzo nam przykro, że ich teraz odsyłają z powrotem do Turcji. Przecież to nieszczęśnicy. Nie przyjeżdżaliby tutaj, gdyby nie musieli. Póki co słyszymy w radiu, że ta umowa z Turcją jest sukcesem, ale sytuacja może się przecież zmienić z dnia na dzień. No więc, jeśli będzie trzeba, to my tu w dalszym ciągu jesteśmy” – mówi PAP Mawrapidi.

Obok ławeczki, na której codziennie siedzą trzy wdowy, znajdują się także dwa ochotnicze punkty recepcyjne dla migrantów, oba działające w Skali Sykaminii od jesieni zeszłego roku.

Obozy, Platanos i Latarnia Morska, mają własne punkty medyczne, duże namioty, w których lądujący na wyspie migranci mogą przez kilka godzin odpocząć przed dalszą drogą, i magazyny pełne pochodzących z międzynarodowych darowizn odzieży i obuwia. W obu w dalszym ciągu działają niewielkie grupy woluntariuszy.

„Postanowiliśmy się na razie nie ruszać. Sytuacja jest nie do końca pewna. Dlatego na razie nie zamykamy obozu” – mówi PAP Panos z obozu Platanos, który jest prowadzony przez grupę anarchistów z Aten, tę samą, która rok temu jako jedna z pierwszych organizowała pomoc w postaci namiotów i jedzenia dla migrantów koczujących na placach w centrum greckiej stolicy. W Latarni Morskiej panują podobne nastroje.

„Utrzymujemy pogotowie, na wypadek gdyby sytuacja się zmieniła. A w tymczasem nasi ochotnicy uczestniczą w wielkim sprzątaniu okolicznych plaż, na których do niedawna leżały tysiące resztek gumowych pontonów i kamizelek ratunkowych” – mówi PAP jedna z przebywających tam ochotniczek, Greczynka Eliza. Na co dzień Eliza mieszka w Paryżu ze swoim włoskim narzeczonym Fabio, ale jej rodzina pochodzi z Lesbos. „Dlatego jak tylko mieliśmy okazję, przyjechaliśmy na kilka dni, żeby pomóc” – mówi Fabio.

Ochotnicy Latarni Morskiej sortują też pochodzące z międzynarodowych darowizn rzeczy, które przechowują w magazynach i przygotowują z nich paczki dla innych obozów w całej Grecji.

Na całym północno-wschodnim wybrzeżu wyspy, a także w stolicy Lesbos, Mitylenie, działa kilka grup ochotniczych wysoko wyszkolonych ratowników wodnych, zarówno z Grecji, jak i z innych krajów europejskich. Jedną z nich jest 12 ratowników z ateńskiej Lifeguards Hellas Save and Rescue Group. Grupa ta całą swoją działalność pokrywa z dotacji i własnej kieszeni, i także postanowiła na razie zostać.

„Przecież tutaj chodzi o ludzkie życie – mówi PAP Mania-Maria Bikof, jedna z liderek grupy. - Dlatego dopóki nie będziemy wiedzieć na pewno, że nie jesteśmy już tu więcej potrzebni, zostajemy”.

Podobne nastawienie panuje wśród ochotników fundacji Rozgwiazda (Starfish), działającej w porcie w Moliwos.

Jedną z nowo przybyłych tam woluntariuszek jest matka trojga dzieci z Nowego Meksyku.

„Chciałam przyjechać zimą, ale jak się ma męża i dzieci, zorganizowanie miesięcznej nieobecności wymaga trochę czasu – opowiada. - Dlatego przyjechałam tu dopiero teraz. Wczoraj odbyłam trening na wypadek, gdyby na pobliskiej plaży wylądowali migranci. Dziś będę pracować w magazynach, sortując paczki dla innych obozów”.