Z rodzicami jest trudniej. Tymi biologicznymi. Miałabym często ochotę porządnie im dokopać, że do takiego stanu dziecka dopuścili. Ale to nic nie da. Więc choć maluch zaczyna mówić do nas „ciociu”, tulić się, trzeba mieć świadomość, że my ich nie zastąpimy mówi w wywiadzie dla DGP Dorota Sznajder.
Wciąż mam przed oczami ten obraz: za skuloną dziewczyną prowadzoną przez policjantów biegną reporterzy. „Dlaczego porzuciłaś dzieci?” – krzyczą. Teraz na internetowych forach ludzie piszą, że to zła kobieta, gorsza niż suka. A mnie żal tej 25-latki ze Śląska, która kilka dni temu pozostawiła dwójkę maluchów w kościołach w nadziei, że ktoś się nimi zajmie. Zostawiła z biedy. Zastanawiam się, gdzie są ludzie, którzy powinni jej pomóc we właściwym momencie.
Kościół, szpital, winda w bloku. Dobrze, jeśli kobiety nie pozostawiają dzieci na śmietnikach. Sytuacja życiowa zmusza je do podejmowania różnych decyzji. Często desperackich. Zwłaszcza jeśli pozbawione są wsparcia. Zawsze tak było, tyle że obecnie takie historie są nagłaśniane. Ale zgadzam się, że pomoc dla kobiet i dla rodzin w trudnej sytuacji jest często fikcją, pozostaje na poziomie deklaracji. Pamiętam taką rodzinę, w której co roku przychodziło na świat dziecko, wcześniak, w siódmym, ósmym miesiącu. Dwanaścioro się urodziło, wszystkie z automatu szły do placówek wychowawczych, bo matka z różnych powodów, także zdrowotnych, nie była w stanie się nimi zająć. W mojej placówce w pewnym momencie była dziesiątka jej dzieci. To była młoda kobieta, niezaradna, nie prosiła nikogo o pomoc, ale przecież wszyscy widzieli, co się dzieje. Urzędnicy OPS-u, personel szpitala, w którym rodziła. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby jej pomóc, może uświadomić. Krytykować matki jest łatwo. A to są często kobiety zagubione, zepchnięte na boczny tor, z problemami, z których nie mogą się nikomu zwierzyć.