Miałam 15 lat, gdy urodziłam. Rozmawiam z panią, żeby uświadomić rodzicom, co się dzieje, kiedy nie rozmawiają z dziećmi – mówi Katarzyna Litwin, menedżerka gwiazd muzyki.
Magdalena i Maksymilian Rigamonti w Dzienniku Gazecie Prawnej / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Ile ma pani lat?

Reklama
W lutym skończyłam 40.
A synowie?
Starszy ma 25 lat, a młodszy – 23. Zaszłam w ciążę, kiedy miałam 15 lat. Mojego byłego męża nie zainteresowała kobieta, ale dziecko, którym wtedy byłam. On był o 10 lat starszy ode mnie, a ja wyglądałam jak dzisiejsze dziesięciolatki. Nie, nie było tak, że z domu pełnego miłości wpadłam w ramiona dorosłego mężczyzny. Zaufałam mu, bo ze mną rozmawiał, poświęcał mi czas, mówił, jaka jestem ładna, mądra i jakie to straszne, że mama mnie nie rozumie, a tata ma już nową rodzinę. Chciał mnie od mamy odciągnąć, wyczuł możliwości manipulacji. Rozmawiam dzisiaj z panią, bo mam już dorosłych, mądrych, odpowiedzialnych synów i wiem, oraz mogę otwarcie powiedzieć, zaapelować nawet, by rodzice zwracali uwagę na swoje dzieci. Dzieci, które szukają miłości, autorytetów, wsparcia, powiernika, a nie znajdują ich w najbliższych, mogą łatwo wpaść w sidła obcego człowieka. Wbrew pozorom można temu zapobiec: okazując miłość. Mam opowiadać?
Mhm.
W moim ukochanym Łańcucie tańczyłam w dziecięcym zespole, na widowni siedziało trzech chłopaków, którzy się z nas wyśmiewali. Po uroczystości była dyskoteka. Podszedł do mnie jeden z nich. Nie wiedziałam, ile ma lat. Po kilku dniach był mecz siatkówki, podbiegł do mnie. Byłam malutka, szczuplutka, z zaznaczonym lekko biustem. Byłam dzieckiem, wyglądałam jak dziecko i on wiedział, że jestem dzieckiem. Zapytał, czy może mnie odprowadzić. A jak szliśmy, to pytał, czy chciałabym się nauczyć grać w tenisa. Zaczęłam grać, przychodzić na lekcje, a on mówił, że jestem zdolna, utalentowana, mam predyspozycje. Zapytał, co robię jutro. Nie wiedziałam, ile ma lat. Myślałam, że może 18. Jak pytałam, nie chciał powiedzieć. Długo nie wiedziałam. Odciągał mnie od rodziny, a kiedy mnie pocałował, to prosił, żebym nikomu nie mówiła. Pamiętam, jak doszło do zbliżenia. Też miałam nikomu nie mówić.
Z tej perspektywy to wygląda na relację pedofilską.
I z tej perspektywy zgadzam się z panią. Otwierałam się przed nim. Opowiadałam mu o sobie, o swoich marzeniach. Najpierw złapał mnie za rękę. Nie wiedziałam, że każde spotkanie to kolejny krok. Mówił mi, że jestem piękna, przytulał, kiedy skarżyłam się na mamę, tęskniłam za ojcem, to mnie obejmował. Potrzebowałam powiernika, a on to umiejętnie wykorzystywał. Raz, drugi nie poszłam do szkoły. Przez tydzień nie chodziłam, spędzałam czas z nim. Płynęłam, mówił, że będzie mnie kochał do końca życia. Byłam uczestnikiem tych wydarzeń, ale to się działo jakby poza mną.
Wiedziała pani coś o seksie, o swojej seksualności?
Nic, kompletnie. O, przepraszam, wiedziałam, że to jest coś bardzo złego. Pamiętam, jak miałam ze 12 lat. Tego dnia była lekcja WF. Robiliśmy takie obroty, łapało się kolegę bądź koleżankę za nadgarstki i kostki. Coś mi przeskoczyło w szyi i prąd mi przeszedł. Wróciłam do domu, opowiadam mamie, a ona: prąd ci przeszedł, bo cię chłopak dotknął. I już myślałam, że jak chłopak dotyka, to jest coś wstydliwego. Potem jakiś chłopak mnie klepnął w szkole na schodach po pupie, poskarżyłam się mamie i usłyszałam: pewnie ci się spodobało. Więc jak ja miałam się później zwierzyć mamie, że 10 lat starszy mężczyzna mówi, że mnie kocha i będzie ojcem mojego dziecka? Jak? Chciałam bardzo komuś powiedzieć, że ktoś mówi do mnie, że jestem ładna, że mu się podobam, że jestem najważniejsza, choć tak naprawdę nie wiedziałam, co to znaczy. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, kiedy zaczął mnie dotykać palcami w intymne miejsca. Dzisiaj wiem, że to był fizyczny i psychiczny gwałt. Starałam się wyjąć jego rękę, a on mówił: przecież mnie kochasz, lubisz, jak się kogoś kocha, to trzeba go przytulać. I w pewnym momencie stało się. Dramat niesamowity, uciekłam i płakałam przez kilka dni. Ale nie miałam komu o tym powiedzieć, nie wyobrażałam sobie, że porozmawiam z mamą. I co, i wróciłam do tego mieszkania. Czułam, że jestem nieczysta i zarazem do końca życia już jego. Jak własność. To myślenie dziecka, które wiedzę o relacjach damsko-męskich czerpało z bajek o Kopciuszku i Królewnie Śnieżce. Poddawałam się, robił ze mną, co chciał. Nie, nie miałam świadomości konsekwencji. Nie dostałam okresu. Powiedziałam mu, a on na to, bym nikomu nie mówiła, że to przez ten seks mi się coś poprzestawiało. Zwiększył mi nawet liczbę lekcji tenisa. Nadal nie miałam okresu. Kazał mi chodzić na basen.
Chciał, żeby pani poroniła?
Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Teraz to wiem. Uczył mnie skakać na główkę. Kolejny miesiąc nie miałam okresu. Mówię o tym, żeby uświadomić rodzicom, co się dzieje w głowach dzieci, kiedy nie rozmawiają z rodzicami, kiedy nic nie wiedzą o seksie, o konsekwencjach. Myślałam chyba, że trzeba być małżeństwem, żeby mieć dzieci, inaczej to niemożliwe. Nie wiedziałam, co się dzieje z moim ciałem. Ludzie zaczęli coś gadać. Mama się dowiedziała, że spotykam się ze starszym chłopakiem. Wezwała go, mnie kazała wyjść z pokoju. Znowu poczułam się nieważna. Potem mama powiedziała, że cieszy się, że to tylko gra w tenisa i że jestem dla tego pana dzieckiem, a nie kobietą.
Znowu pedofilskie zagranie.
Czułam, że w tym wszystkim jest jakieś kłamstwo, jakaś dziwna tajemnica. Kiedy zaczęło mi coś kapać z sutków (tzw. siara), to powiedziałam o tym starszej o cztery lata siostrze. Ona z kolei mamie. Mama ojcu, choć rodzice byli po rozwodzie. Ojciec chciał iść do sądu, krzyczał, że do więzienia go wsadzi. Wszyscy mi mówili, że to jest moja wina, że Bóg mnie pokarze. Do końca ciąży codziennie chodziłam do kościoła, klęczałam i prosiłam, żeby mnie nie karał. To było 25 lat temu. Niby dawno, a ciągle o takich historiach słyszę, ciągle dzieci rodzą dzieci, bo nie wiedzą, że przez seks zachodzi się w ciążę. 1990 rok. Urodził się mój pierwszy syn Oskar, moje cudo.
Kiedy zaczęła pani rozmawiać ze swoimi synami o seksie?
To nigdy nie był temat tabu. Kiedy mój drugi syn Pascal miał 16 lat, związał się z 15-letnią dziewczyną.
Pascal: Wiadomo, że to było niezręczne dla młodego chłopaka, w dodatku jeszcze wychowywanego bez ojca.
Musiałam być i matką, i ojcem, i przeprowadzać męskie rozmowy. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie mama dziewczyny Pascala, niemal krzycząc: „Wiesz, co on jej zrobił?”. Boże, zmartwiałam. Pobił? Przecież to niemożliwe. Pytam: „Co?”. Ona: „Seks”.
Nie potrafiła powiedzieć pełnym zdaniem, nie umiała, wstydziła się wykrztusić z siebie: kochali się, pożądali i doszło do zbliżenia. Nie chciałam, żeby w tak młodym wieku zostali rodzicami, żeby zamiast być nastolatkami, wychowywali dzieci. Usiadłam i zaczęłam mówić, co przeżywałam, kiedy w wieku 15 lat byłam w ciąży, jak do tego doszło, co wtedy czułam, z jakimi demonami walczyłam. O tym, że myślałam, że jestem kochana i świadomie kocham mężczyznę, który jest ojcem chłopców, a to była relacja dziecka z dorosłym. Poza tym nie można wybierać kogoś na całe życie w wieku 15 lat tylko dlatego, że straciło się z nim dziewictwo. Mówiłam o swoich przeżyciach, kiedy z wielkim brzuchem szłam ulicą, wsiadałam do autobusu, jak ludzie patrzyli na mnie w kościele. O swojej mamie mówiłam, że miała żal, pretensje, że ją rozczarowałam. O krzykach, lamentach i groźbach, że jak mojej babci się coś stanie, to do końca życia mi tego nie wybaczą, że Bóg mnie pokarze. O wstydzie całej rodziny. Przytłaczające i dramatyczne dla 15-letniego dziecka. O szpitalu, o tym, jak było strasznie usłyszeć od pana doktora: chciało jej się, to niech rodzi normalnie. A Oskar był przecież wielki, ważył 4,5 kg, ja malutka, drobniutka, nierozwinięta do końca. Wszystko moim dzieciakom powiedziałam. Tłumaczyłam, że seks to jest odpowiedzialność. I tak ich wystraszyłam, że dziewczyna wybiegła z płaczem, a Pascal powiedział później: „Mamo, ta rozmowa była najlepszą antykoncepcją”. Chodziło mi o to, żeby nie popełnili życiowych błędów, za które musieliby płacić przez całe życie. Zastanawiam się nawet, czy nie zrobić jakichś kursów dla rodziców, np. jak zaprzyjaźnić się ze zbuntowanym nastolatkiem, który nie ma lub nie chce widzieć w rodzicach autorytetu, jak rozmawiać z dziećmi, nie tylko o seksie, rozmawiać w ogóle, o wszystkim.
Między panią a starszym synem jest tylko 15 lat różnicy, wyglądacie jak rodzeństwo.
Ale ja jestem ich mamą. Widzę jednak, jakie rodzice mają relacje ze swoimi dziećmi. Nasza jest inna. I nie mówię o przyjaźni, a o wielkiej miłości i zaufaniu. Tego bardzo często nie ma między rodzicami a dziećmi. Przestrzegam, że jak dziecko wraca ze szkoły, zamyka się w pokoju, po dwóch godzinach wychodzi na obiad i nie pyskuje, to nie znaczy, że wszystko jest w porządku. Jeśli nie ma rozmowy, to jest jakiś problem, jest jakaś tajemnica. I nie chodzi o to, żeby tę tajemnicę na siłę wyciągać, tylko o to, żeby się z dzieckiem zaprzyjaźnić. Gdyby między rodzicami a dziećmi była przyjaźń, to nie byłoby większości dramatów, ucieczek z domów, samobójstw, poronień, niechcianych ciąż, sierot... Wiem dziś, że większości błędów naszych dzieci winni są rodzice, nawet ci dobrzy, kochający, ale zapracowani. A dzieci? Pozostawione same sobie z otoczeniem. Narażone na wiele pokus, bez świadomości, bez wsparcia. Mówiłam moim synom o swoim ślubie kościelnym i weselu. Miałam wtedy 16 lat. Mój ojciec nie przyszedł, nie zaakceptował tego. Myślę, że czuł, że to jest jakieś nadużycie, jakieś przekroczenie granic. Potem bardzo mi pomagał finansowo, w zasadzie był finansową głową rodziny, bo mój mąż nie radził sobie z zarabianiem pieniędzy. Po kilku latach tata wyjechał do Stanów, a ja już sporo po rozwodzie, kiedy byłam menedżerką Kombii, miałam kłopoty zdrowotne, które doprowadziły do zakażenia: sepsy. Za dużo pracy, ale kredyt był do spłacenia. Lekarze mówili, że umieram. Tata dzwonił do szpitala, płakał, mówił, że oddałby życie za mnie. Oddał po roku. Samochód go potrącił. Kochany człowiek. Wszystko w moim życiu stało się za wcześnie. Tylko dlatego, że nie miałam z kim porozmawiać, zwierzyć się, dowiedzieć się, że rodzice mnie kochają. A ja będąc dzieckiem, zostałam matką, żoną. Prowadzenie domu, gotowanie obiadów, seks regularny, bo mąż miał potrzeby. Nie chciałam tego, ale byłam posłuszna i oddana. Nie wiedziałam, że mogę mieć swoje zdanie, że mam coś do powiedzenia. A jeszcze w ciąży usłyszałam od swojego przyszłego męża, że nie jest pewny, czy to jego dziecko...
Co?
Tak. Nie wiedziałam, że to jest strach przed wzięciem odpowiedzialności. Najbardziej by chciał, żebym dała mu święty spokój. A ja go broniłam, mówiłam mojemu ojcu, że go kocham, że jest wspaniały. Stwierdziłam, że skoro ja nie miałam pełnej rodziny, to moje dziecko będzie taką miało za wszelką cenę. Chciałam być najlepszą żoną i taką byłam. Po roku byłam już w drugiej ciąży, kiedy miałam 17 lat, urodził się kochany Pasiu, nasz Pascal. Słodki urwis. Moja nieżyjąca już babcia bardzo mi pomagała wychować synów. Bez babci nie skończyłabym szkoły średniej, nie dostałabym się na prawo, choć mąż mnie odwiódł od studiowania, przekonał mnie, że to bez sensu, że zniszczę rodzinę, a ja posłuchałam. Skończyłam dwuletnie studium dla instruktorów i choreografów tańca. Prowadziłam w domu kultury i w szkołach zajęcia taneczne z dziećmi i z młodzieżą. Tańczyłam i tworzyłam choreografie.
Wiedzą o tym wszystkim pani synowie?
Dużo wiedzą. Choć nie pytali: jak poznałaś tatę. W wieku 24 lat byłam już po rozwodzie. A mój były mąż miał orzeczenie lekarskie o chorobie psychicznej, zespole urojeniowym. Choroba to była jedna z jego tajemnic. Pamiętam, jak podjęłam decyzję o tym, że to koniec, że jestem nieszczęśliwa, dzieci są nieszczęśliwe i nie chcę, żeby dłużej patrzyły na te straszne sceny, żeby się wychowywały w nieszczęśliwym domu. Odeszłam. Oczywiście z nadzieją, że jak zobaczy, co stracił, to przeprosi, będzie błagał, zmieni się, przyjdzie po nas. Okazało się, że go uszczęśliwiłam. Najpierw przez rok mieszkaliśmy w Łańcucie, potem 600 km dalej, w Gdyni. Umiałam tańczyć, uczyć tańczyć. Wcześniej jeździłam na warsztaty i szkolenia do Opery Bałtyckiej i tam poznałam ludzi ze świata tańca. Założyłam też agencję, która miała organizować imprezy. Pierwszy koncert, jaki zorganizowałam, to było O.N.A. Potem stałam przy scenie i zaczęłam marzyć, żeby być menedżerem takiego zespołu i proszę sobie wyobrazić, że za dziewięć miesięcy byłam ich menedżerem. Kochany los. Po tym koncercie, po kilku miesiącach były juwenalia w Rzeszowie. Rozmawiałam z organizatorami. Ktoś mnie zapytał: co możesz nam zaproponować. A ja, że O.N.A. Powiedzieli termin, zadzwoniłam do menedżera, podałam termin, on dobrą cenę. Zaprosiłam jeszcze Myslovitz, Ryszarda Rynkowskiego. Okazało się, że mam do tego dar. Potem pojechałam na wakacje do Trójmiasta na warsztaty z tańca współczesnego. Byłam tam z dziećmi. Miałam telefon do kierowcy zespołu O.N.A. Wiedziałam, że też ma dzieci, więc może razem się pobawią. Zorganizowaliśmy grilla. Tam był cały zespół O.N.A. To był sierpień 2000 r. Gadamy i nagle pada propozycja, żebym została menedżerką zespołu. Dostałam dwa tygodnie na zastanowienie. W tym czasie był również telefon z Opery, że zostałam zaproszona do pracy nad międzynarodowym spektaklem tanecznym i roczne tournée po Europie. Po chwili już wiedziałam, że nie zostawię dzieci na rok, i wybrałam O.N.A. Po pół roku zespół się rozpadł i reaktywowaliśmy Kombii. Zaryzykowałam wszystko i, jak widać, zespół odnosił sukces za sukcesem. Pracowałam na to po kilkanaście godzin dziennie przez siedem lat. To była walka o poczucie bezpieczeństwa, bo się bałam, że coś mi się stanie i chłopcy zostaną sami, bez niczego. Pamiętam taki dzień: Pascal ma bierzmowanie, byłam jego świadkiem. Stoję w kościele, ale myślę o wieczornym koncercie, czytam SMS-y od techników, od zespołu. Kogoś boli głowa, ktoś mówi, że dziś nie będzie grał.
Oskar: O szóstej rano dzwoni Skawa (Grzegorz Skawiński, lider Kombi i Kombii – red.), że mu krew z nosa leci. Mama biegiem do niego, a my szykowaliśmy się sami do szkoły.
Wiozę go do lekarza. A lekarz: pani Kasiu, jakby pan Grzegorz więcej odpoczywał w domu, a nie poza domem, to krew by mu się nie lała z nosa. A ja opiekowałam się nimi jak dziećmi, bo byli jak dzieci. Kilka tygodni temu, pierwszy raz od 13 lat spotkałam Agnieszkę Chylińską. Wysiadam z samochodu, ktoś krzyczy: Kasiaaaa. To była Agnieszka. Nie wiem, czy wrócimy do dawnej przyjaźni, ciekawa jestem, czy jest taka możliwość i co przyniesie życie. Szkoda, bo pewnie przypominam Agnieszce okres w jej życiu, którego chyba nie chce pamiętać. Ja też na jej miejscu nie chciałabym... Zobaczyłam wtedy, że człowiek może być zwierzęciem, totalnym zwierzęciem. Miałam 25 lat, kiedy zostałam ich menedżerem. Byłam już sama, miałam dzieci, obowiązki, a tu rock and roll. Na filmach takich rzeczy nie widziałam. Po latach okazało się też, że dawałam się okłamywać moim dorosłym chłopcom, muzykom, wielkim artystom. Ponad pięć lat temu zostałam menedżerką Kory, a niedawno doktora Krzysztofa Gojdzia. Kora jest dla mnie jak matka, ja dla niej chyba też. Kocham ją. Wróciła do zdrowia, każdego dnia widzę, że jest silniejsza. Nie chciałam, żeby odeszła, wiedziałam, że mi tego nie zrobi. Wie pani, praca z nią to zaszczyt, wielka nauka. Kora każdy dzień traktuje tak, by czuć, że jest istotny.
Mówi pani teraz o jej chorobie?
Jest w dobrej formie. Moi synowie ją uwielbiają. Zawsze, jak się żegna, mówi: kocham, kocham, kocham. I chyba najbardziej zależy jej na tym, żebym była szczęśliwa. A ja przypominam sobie teraz to wszystko, bo podjęłam działania, żeby unieważnić mój ślub kościelny. Przede wszystkim dlatego, że wtedy byłam zmanipulowanym dzieckiem.
Przestrzegam, że jak dziecko wraca ze szkoły, zamyka się w pokoju, po dwóch godzinach wychodzi na obiad i nie pyskuje, to nie znaczy, że wszystko jest w porządku. Jeśli nie ma rozmowy, to jest jakiś problem, jest jakaś tajemnica. I nie chodzi o to, żeby tę tajemnicę na siłę wyciągać, tylko o to, żeby się z dzieckiem zaprzyjaźnić.