Bugaj: Orban nie ma racji, ale nie będziemy mieli szansy o tym przekonać się

18 stycznia 2012

Przed rokiem 1990 Węgry, podobnie jak Polska, uchodziły za kraj łagodnego komunizmu. Zachód patrzył na nie z wielką nadzieją. Nie była ona płonna.

Węgry szeroko otworzyły się na kapitał zagraniczny i przyjęły zachodnie zalecenia. Węgierska partia postkomunistyczna (jak w Polsce SLD) przyjęła neoliberalny program, a jej „lewicowość” była czysto retoryczna. Od innych ugrupowań wyróżniały ją personalne związki z komunistycznym reżimem. Ale na Węgrzech obóz liberalny zintegrował się ponad historycznymi podziałami. Ten fakt, a także sprzyjające uwarunkowania gospodarcze przesądzały o tym, że prawicowa alternatywa (w postaci partii Orbana) nie była zdolna uzyskać szerokiego i trwałego poparcia. Do czasu.

Postkomunistyczny rząd Ferenca Gyurcsányego działał w poczuciu braku ograniczeń. Doprowadziło to zarówno do rozbudowy przywilejów grupy rządzącej i środowisk z nią związanych, jak i rozprężenia dyscypliny makroekonomicznej. W konsekwencji poparcie dla tego rządu gwałtownie wyparowało. Partia Viktora Orbana odniosła przytłaczające zwycięstwo wyborcze, ale też odziedziczyła dramatyczne problemy gospodarcze. Na Węgrzech, jak w Grecji, na autonomiczne problemy nałożył się kryzys w gospodarce światowej.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.