Z każdą kolejną debatą sejmową słyszę estetów oburzonych wulgaryzacją polityki. Skrzynkę e-mailową zapychają mi apele o cywilizowanie debaty parlamentarnej. Nie do mnie ten apel, ale też nie brzydkie słowa, inwektywy i durne złośliwości posłów są problemem debaty – zarówno tej wokół raportu MAK, jak i każdej innej w Sejmie.
Polityka zawsze była wulgarna. Demokracja zrodziła się z vulgus, czyli prostego tłumu. Politycy nie mówią i nie powinni mówić innym głosem niż ton i słowa, jakie padają na co dzień w domach, tramwajach i pod biurowcem przy papierosie. „Odi profanum vulgus et arce” – „Nienawidzę tłumu profanów i trzymam ich na dystans” – pisał Horacy, który wynosił się ponad tłum i ich zaufanych – polityków.
Nie we wszystkich krytykach języka polskiej debaty sejmowej widzę następców Horacego, ale widzę ludzi, którzy bardziej troszczą się o język niż meritum. W debacie smoleńskiej padały w zeszłym tygodniu wszystkie te same argumenty i oskarżenia, które padają od miesięcy. Nie posuwamy się do przodu, politycy nie robią nic na rzecz swoich „vulgus”, za to mnóstwo dla połechtania własnych ambicji oratorskich.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.