Komentarz redakcji: Frekwencja jest wszystkim

Tomasz Wróblewski
Tomasz WróblewskiDGP
18 czerwca 2010

Przez następne pięć lat nikt nie będzie się zastanawiał nad arytmetyką wyborczą. Prezydent jest prezydentem. Głos jest jeden i nieważne, ilu wyborców na niego się złożyło. Weto zawsze jest wetem, a podpis pod ustawą ma moc taką samą, niezależnie od tego, czy składa go prezydent wybrany przy 70-procentowej frekwencji, czy przy 40-procentowej.

Rzecz w tym, że polityka to nie sama arytmetyka. Głosy tych, którzy do urn nie poszli, czy zniesmaczeni brakiem alternatywy wrzucili pustą kartkę, odbijać się będą nam latami. Brak silnego zaplecza czujemy dziś, kiedy rząd boi się nawet pomyśleć o prywatyzacji szpitali. Nawet najszczytniejsze hasła – reformy emerytalnej, reformy finansów publicznych, prywatyzacji, nie wychodzą poza deklaracje. Każda zmiana, która spotyka się z oporem społecznym, natychmiast zawieszana jest na haku. To dlatego jesteśmy jednym z nielicznych państw w Europie, które zaniechały redukcji deficytu. Nie forsują podniesienia wieku emerytalnego, a prywatyzacja prowadzona jest tylko tam, gdzie nie wchodzi w konflikt ze związkami zawodowymi.

Ronald Reagan czy Margaret Thatcher, najwybitniejsi reformatorzy XX w., nie tylko wyróżniali się charyzmą, determinacją naprawy państwa, ale mieli też za sobą ogromny elektorat. Wkrótce po tym, jak Thatcher ogłosiła swój ambitny program, stanęły pociągi, kopalnie, stocznie – pół Anglii. Kiedy Ronald Reagan objął rządy, kontrolerzy ruchu powietrznego wstrzymali samoloty. Ale żadne z nich się nie ugięło, wiedzieli, że mają za sobą miliony podobnie myślących. Mało kto dziś pamięta, że po amerykańskim ataku na Bagdad największa demonstracja, jaka przeszła przed Białym Domem, to marsz poparcia dla Busha.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.