Ponieważ odbiorniki telewizyjne ciągle jeszcze należały do rzadkości, rodacy odwiedzali sąsiadów, urządzali wspólne kolacje. Na Podlasiu całe wsie ładowały się na furmanki i jechały z wizytą do sąsiadów, którzy mieli telewizory. Transmisja lotu statku Apollo 11 zapoczątkowała w Polsce erę nowoczesnej telewizji."Oglądałem ją w świetlicy we wsi Grabowce Górne na telewizorze Szmaragd. Chyba cała wieś się zeszła, tylko nie bardzo było co oglądać, bo cały czas mrugało i pojawiały się pasy.
Mruganie i pasy NASA nakładały się na mruganie i pasy telewizora Szmaragd. Ale i tak wszyscy chłopi i baby byli zachwyceni, ja też. Stajenka taka się zrobiła" - wspomina w rozmowie z DZIENNIKIEM Krzysztof Rutkowski, pisarz i historyk literatury. Transmisja, łamiąca standardy panujące dotychczas w zapóźnionej pod względem technicznym i niedoinwestowanej TVP, cieszyła się tym większym wzięciem, że wypadła w czasie wakacji. Cała Polska odpoczywała na urlopach.
Kosmiczne Polaków dialogi
Relacja z eskapady statku Apollo 11 stała się nie tylko medialnym przebojem lata 1969, lecz także tematem niekończących się dyskusji. "Cała rodzina zasiadła przed telewizorem. To było niesamowite wydarzenie, wierzyliśmy, że to oznacza wejście w inny świat, że za chwilę wszyscy dostaniemy szansę lotu w kosmos. Ale były też komentarze, że to bez sensu, że u nas bieda, a na Zachodzie wydają pieniądze na takie fanaberie! Największy szok przeżyli starsi ludzi. Na przykład mój dziadek w ogóle nie ogarniał postępu techniki. Kiedy patrząc na ekran telewizora, mówiłem: <patrz dziadku - rakieta leci>, on wyglądał wtedy przez okno" - opowiada aktor Karol Strasburger.
Polacy, tak jak reszta świata, byli pod wrażeniem kolejnej bariery, którą pokonała ludzkość. Ale zachwyt nad dokonaniem załogi Apolla 11 i geniuszu inżynierów NASA był u nas spotęgowany przez kontekst społeczno-religijno-polityczny, o którym nie mieli pojęcia telewidzowie na Zachodzie. No bo jak to się stało, że będąca tubą PZPR telewizja polska transmitowała wydarzenie, którego bohaterami stali się obywatele Stanów Zjednoczonych i które przydało wrogiemu krajowi splendoru oraz umocniło jego mocarstwową pozycję w rywalizacji o podbój kosmosu z ZSRR?
Kowboje nie znaleźli Boga
Marek Jarosiński w książce "Tajemnice, które wyszły na jaw" twierdzi, że kwestia transmisji lądowania na Srebrnym Globie była przedmiotem obrad w Komitecie Centralnym PZPR. Decyzję osobiście miał podjąć I sekretarz Władysław Gomułka mimo oburzenia części partyjnej wierchuszki. Podobno za plecami genseka najostrzej protestował Zenon Kliszko, odpowiedzialny w KC za politykę kulturalną i zagraniczną.
Prawdopodobnie towarzysz "Wiesław" nie zdawał sobie sprawy z propagandowego potencjału misji Apollo 11. W krajach tzw. demokracji ludowej palma pierwszeństwa w podboju kosmosu zarezerwowana była dla Związku Radzieckiego. To "Radzianie" wysłali na orbitę okołoziemską pierwszego człowieka i wymyślili sputniki. W każdym większym mieście nad Wisłą i Odrą Juri Gagarin miał ulicę lub plac swojego imienia, stał się bohaterem szkolnych apeli i masówek w zakładach pracy, patronował drużynom harcerskim i kółkom astronautycznym.
Żadnemu aparatczykowi nie mieściło się w głowie, że legendę przystojnego radzieckiego lotnika może przebić jakiś jankeski luzak z NASA. Na relacji z misji statku Apollo peerelowska władza chciała ugrać co innego - potraktowano ją jak narzędzie do laicyzacji społeczeństwa i walki z Kościołem. Co prawda już Gagarin po powrocie na Ziemię obwieścił lustrację przestworzy i ogłosił, że w niebie "Boga niet", ale skoro nadarzała się okazja, żeby potwierdzić jego tezę, na dodatek rękami religijnych Amerykanów, to czemu nie skorzystać?"W moim bloku mieszkał zatwardziały partyjniak.
Mój ojciec, który miał kaznodziejskie ciągoty, wdawał się w nim w gwałtowne dyskusje na temat religii. Latem ormowiec często przesiadywał na ławce przed klatką schodową. Kiedy na drugi dzień po transmisji wyszedłem na podwórko, sąsiad zamiast <dzień dobry> przywitał mnie szyderczym rechot i złośliwym tekstem: <Pana Boga na Księżycu też nie ma. Kowboje sprawdzili>" - wspomina Roman Januszewski, zootechnik z Białegostoku.
Kosmiczna kiełbasa
Transmisję lądowania Apolla 11 zawdzięczamy też po części świętu 22 Lipca. W rocznicę powstania PRL władza podlizywała się społeczeństwu. Organizowano okolicznościowe festyny, podczas których można było kupić deficytowe towary, do których w tamtych czasach należała na przykład kiełbasa lepszych gatunków niż zwyczajna.TVP przygotowywała natomiast odświętny, atrakcyjny program. Relacja ze spaceru po Księżycu miała spełniać rolę świątecznej kiełbasy w telewizyjnej ramówce.Była też wydarzeniem w innych mediach. Obszerną relację zamieściła nawet powściągliwa w odnotowywaniu osiągnięć USA partyjna "Trybuna Ludu". Sukces Amerykanów tonowano na drugiej stronie: "Do osiągnięcia tego zwycięstwa w wielkiej mierze przyczynili się kosmonauci, których poczet otwiera niezapomniany i nieodżałowany Jurij Gagarin.
Kosmonauci reprezentują na księżycu nie jakąś część zawiłej struktury wewnętrznej społeczności ziemskiej - naród rasę czy kontynent - lecz są ambasadorami całej ludzkości" - przekonywał publicysta oficjalnej gazety PZPR.Mniej skrupułów miał "Express Wieczorny". "Ludzie na Księżycu! Widzieliśmy to własne oczy, na ekranach telewizorów, w domu, siedząc w wygodnych fotelach, pijąc kawę i paląc papierosy" - entuzjazmował się autor artykułu na pierwszej stronie. Redakcja ogłosiła nawet konkurs pod hasłem "Jak nazwać grunt księżycowy?".
Ekipa Gomułki szybko zorientowała się, że pod względem propagandowym emisja relacji z rejsu Apolla 11 okazała się fiaskiem. Dla wielu Polaków ważniejszy od kroku Neila Armstronga był fakt, że Rosjanie przegrali rywalizację z Amerykanami. "Mój ojciec, który stronił od alkoholu, z tej okazji wychylił ze szwagrem butelkę starki. Cieszyli się jak dzieci, że Zachód zagrał na nosie Sowietom" - mówi Januszewski. Reżyser Janusz Zaorski: "Transmisję oglądałem na obozie wojskowym dla studentów szkół artystycznych.
W pierwszych rzędach siedzieli kapitanowie, majorowie, którzy oczywiście nie cieszyli się z sukcesu wroga. My, w dalszych rzędach, szaleliśmy z radości. A kiedy ekipa naziemna obsługująca lot wyciągnęła spod biurek flagi amerykańskie - to był symbol zwycięstwa! Mieliśmy nadzieję, że skoro udało im się prześcignąć Związek Radziecki w kosmicznym wyścigu, to na pewno szybko zwalczą komunistyczny reżim. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie osobowość Armstronga. Patrzyło na niego dowództwo, a on chodził po Księżycu nucąc <Fly me to the Moon>! My w wojsku byliśmy tylko numerami, a on manifestował taki indywidualizm".
Więcej w Dziennik.pl