Na osłodę ministerstwo dorzuca każdemu jeden semestr za darmo na zmianę zdania. Jeśli np. po licencjacie z historii zechcesz przenieść się na prawo, będziesz mógł na nim studiować już tylko do zakończenia okresu pięcioletnich studiów. Za następne semestry będziesz musiał zapłacić. Wyjątek - najzdolniejsi: 10 proc. najlepszych na każdej uczelni będzie mogło za darmo studiować dwa kierunki.

Zdaniem ministerstwa, co dziesiąty student wybiera dwa lub więcej kierunków. Tymczasem - według raportu Banku Światowego z 2005 r. - na bezpłatnych uczelniach studiują dzieci z zamożniejszych rodzin. Aż 60 proc. polskich studentów musi korzystać z płatnych studiów. Minister nauki liczy na to, że dzięki ograniczeniom znajdzie się dla nich więcej miejsc na bezpłatnych, publicznych uczelniach.

Tymczasem, w rozmowie z "GW", socjolog Maciej Gdula z Uniwersytetu Warszawskiego ocenia ten pomysł negatywnie. "Ministerstwo przedstawia projekt jako decyzję techniczną i cząstkową. Ale ja uważam, że za parę lat pójdzie za tym pełna komercjalizacja studiów. I tak 60 proc. studentów płaci za studiowanie..." - mówi.

Według socjologa, istnienie publicznej, nieodpłatnej wyższej edukacji określa ścieżki kariery jakiejś grupy ludzi, np. tych z mniejszych miast. Są studenci, którzy mogli zaplanować studia, bo mieli szansę na bezpłatne, wystarczyło zadbać o koszty utrzymania w mieście akademickim. Inaczej wybraliby może gorszą uczelnię w pełni płatną w swoim mieście, a może i na to nie byłoby ich stać.

O tym pisze dziś obszernie "Gazeta Wyborcza".