Po tym, jak PiS rozpętał wojnę z UE i z własnym koalicjantem, teraz zaczyna się zarysowywać nowa linia walki – z prezydentem.
Rządząca partia musi myśleć nie o tym, jak realizować polityczną agendę, lecz jak gasić pożary na politycznych frontach. Już niedługo okaże się, kto zwycięży w starciu o unijny budżet. Jeśli grożący wetem Mateusz Morawiecki dogada się z Brukselą, znacząco umocni swoją pozycję, a PiS zyska możliwość skorzystania z dodatkowych funduszy, by rozgrzać gospodarkę po covidowej zimie. Lecz jeśli kompromis nie zostanie zawarty, to na szefa rządu spadnie odpowiedzialność za fiasko negocjacji.
Efekt rozegrania kwestii unijnej zdeterminuje zaś to, jaki będzie finał drugiego frontu. Samo dogadanie się z UE nie oznacza pełnego sukcesu, bo nie wiadomo, jak ten „deal” oceni partia Zbigniewa Ziobry. Jeśli Solidarna Polska nie podzieli entuzjazmu premiera, dalsze trwanie Zjednoczonej Prawicy stanie pod znakiem zapytania.
Trzeci front zmagań właśnie się rodzi – na nowo, po raz kolejny. PiS ma coraz dłuższą listę zastrzeżeń do Andrzeja Dudy. Pytanie, czy prezydent nie zacznie swoimi działaniami wpędzać własnego obozu w coraz większe kłopoty.
Reklama

Front pierwszy

Reklama
Jeśli chodzi o weto, to sytuacja jest gorąca tak samo na linii Warszawa – Bruksela, jak i w koalicji. W tym tygodniu odbyło się spotkanie jej liderów: SP obstaje przy sprzeciwie; PiS chce porozumienia, choć wydaje się, że na razie na warunkach, których Bruksela nie chce przyjąć; Porozumienie jest przeciwnikiem weta. – To spotkanie nie poszło po myśli Ziobry. Próbował wymóc twardą deklarację weta, Morawiecki ma twardo, ale negocjować – mówi jeden z naszych rozmówców.
I takie właśnie stanowisko zaprezentował premier w czwartkowym wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Morawiecki powtórzył, że Polska nie jest przeciwna głównemu celowi rozporządzenia, czyli walce z defraudacją unijnych funduszy. – Nie możemy jednak zgodzić się na to, aby za pomocą dowolnych decyzji państwo członkowskie było pozbawione pieniędzy. (…) Granicą, której nie możemy przekroczyć, jest przestrzeganie litery i ducha unijnych traktatów oraz jednej z podstawowych zasad: pewności prawa – powiedział.
A więc Polska nadal grozi wetem. – Nie dajmy sobie wmówić, że groźba jego użycia jest czymś złym. To element negocjacji. Francja i Holandia nie tylko groziły wetem, ale w sprawie traktatu konstytucyjnego wprowadziły groźbę w czyn. (…) Zacznijmy patrzeć długofalowo. Nie ulegajmy presji tylko dlatego, że na stole są duże pieniądze – apelował w środę na łamach DGP Łukasz Schreiber, minister w kancelarii premiera.
Rzecz w tym, że PiS już nawet niespecjalnie ukrywa, że weto jest narzędziem, po które rząd nie ma ochoty – i interesu – sięgać. W przyszłym tygodniu (10–11 grudnia) odbędzie się kolejny szczyt unijny, ale nasi rozmówcy z rządu sugerują, by nie spodziewać się przełomu. – Komisja Europejska kontruje, jej rzecznik powiedział, że rozporządzenie jest zgodne z konkluzjami lipcowego szczytu. A to nieprawda – mówi nam osoba z otoczenia premiera. Jednakże nasi rozmówcy zwracają uwagę na ostatnie doniesienia „Politico”, z których wynika, że niemiecka kanclerz miała powiedzieć, że wszyscy muszą pójść na kompromis. Ta zapowiedź została odebrana jako sygnał, że jest przestrzeń do rozmów. Tyle że w czwartek szefowa KE Ursula von der Leyen zapowiedziała, że zaproponuje fundusz odbudowy tylko dla 25 krajów członkowskich, jeśli Polska i Węgry się nie ugną. – Sygnały są sprzeczne, każda ze stron usiłuje wprowadzać rywala w błąd, możliwych scenariuszy jest wiele – komentuje nasz rozmówca z rządu.
Niezależnie od oceny stanu praworządności w Polsce i forsowanego przez Unię mechanizmu warunkowości wypłat dotacji, nie można PiS odmówić, że sięga po argumenty dające do myślenia. Przekaz skierowany do krajów członkowskich brzmi: „Dziś biorą się za nas, jutro mogą wziąć się za was, a to wszystko w oparciu o niejasne, politycznie motywowane kryteria”. Innym razem PiS przypomniał wypowiedzi Donalda Tuska z 2018 r., w których ten wyrażał sceptycyzm wobec mechanizmu warunkowości. Mimo to jako państwo jesteśmy w tej walce niemalże osamotnieni, bo kolejny raz towarzyszą nam tylko Węgry Viktora Orbána.
Politycy PiS twierdzą, że inne kraje wolą stać z boku, bo albo zależy im na pieniądzach unijnych, albo nie chcą narażać się potężniejszym państwom. W efekcie poparcia szukamy po cichu. – Potencjalnie jest z nami Hiszpania, Węgry, Słowenia, Grecja, Cypr, Malta, może jeszcze Litwa, bo tam jest nowa premier. Nie jest tak, że oni zagłosują przeciwko, przy stole negocjacyjnym będą raczej przekonywać, że ten mechanizm nie jest w porządku – twierdzi nasze źródło w rządzie.

Front drugi

– Solidarna Polska jest gotowa wyjść z rządu – mówi nam jeden z polityków Zjednoczonej Prawicy. Ziobryści – w razie, gdyby ustalenia unijnego szczytu okazały się nieprecyzyjne – tym razem nie zamierzają grać tą samą kartą co w lipcu: „ufamy premierowi, że wszystko będzie dobrze”. – Mają dobry przepływ informacji z Węgier, a więc mogą weryfikować słowa szefa rządu – mówi polityk koalicji rządzącej.
Ziobryści zamierzają grać ostro do końca, traktując sprawę weta jako walkę o polską suwerenność. – SP uważa, że deklaracje czy protokoły nie mają żadnej mocy legislacyjnej – mówi nam jeden z koalicjantów PiS. Choć inny z naszych rozmówców wskazuje, że chodzi im o przyziemne cele. – Ziobro tratuje całą akcję jako okazję do wyrzucenia Morawieckiego z rządu. Jak premier ogłosi kompromis, Ziobro powie, że to zdrada. A jeśli Morawiecki zawetuje budżet, to będzie zużyty, bo przecież został wzięty do rządu jako osoba, która miała ułożyć się z Brukselą – mówi osoba z obozu władzy.
W rządzie nastawienie do kwestii negocjacyjnych jest podobne. – Na co innego umówiliśmy się w lipcu, co innego mamy teraz – przekonuje nasz rozmówca. I jednocześnie uderza w ziobrystów. – W Brukseli pytają „Who is Ziobro?”, bo im się wydaje, że to Kaczyński blokuje budżet, bo jego kojarzą. Ziobryści chcą tylko obalić premiera – twierdzi nasz rozmówca z otoczenia Mateusza Morawieckiego.
Wskazuje również, że jeśli umowa z UE nie zostanie zaakceptowana przez SP, to zawsze można poszukać innego koalicjanta. – Ludowcy właśnie wyrzucili z Koalicji Polskiej kilku kukizowców, a do przechwycenia może być jeszcze co najmniej 15 posłów PSL, bo tyle wynosi wewnętrzna opozycja wobec Władysława Kosiniaka-Kamysza – dodaje nasz rozmówca.
– Nie zamierzamy być substytutem przystawki – odpowiada Miłosz Motyka z PSL. – Minister Ziobro uprawia cyniczną grę i szkoda, że premier Morawiecki tańczy tak, jak Ziobro mu zagra – dodaje. I zapewnia, że PiS może liczyć na poparcie ludowców w sprawie wynegocjowanego w lipcu stanowiska. – PiS nie musi być zakładnikiem Ziobry – kwituje Miłosz Motyka.
A jeśli koalicja się rozpadnie? Wtedy w grę wchodzą rządy mniejszościowe PiS i Porozumienia, znalezienie nowych koalicjantów lub wcześniejsze wybory. – Moment odejścia ziobrystów jeszcze przed nami, to cały czas wygląda na strategię zmiękczania Kaczyńskiego, by wymienił szefa rządu. Na pewnym etapie Kaczyński może mieć jednak tego dość i wtedy to nie ziobryści odejdą z koalicji, tylko zostaną z niej wyrzuceni – mówi prof. Antoni Dudek, politolog z UKSW. – Jeśli do tego dojdzie, to będziemy mieli fazę rządu mniejszościowego, bo ciężko będzie szybko zapełnić wyrwę kilkunastu mandatów. Na końcu procesu „gnicia” takiego rządu mogą pojawić się pomysły wyborów przedterminowych. Ale to raczej mało realny scenariusz, bo żadnej ze stron obozu rządzącego taki wariant się nie opłaca – dodaje.
Osoba z otoczenia szefa rządu przekonuje, że ziobryści nie będą w komfortowej pozycji, jeśli przyjdzie im atakować premiera, gdy ten wróci z unijnego szczytu z jakimś porozumieniem. – Musieliby krytykować to, że pieniądze unijne popłyną do Polski. Pytanie, czy ich narracja w ogóle się wtedy przebije – zastanawia się jeden z naszych rozmówców.
Sytuację Morawieckiego i Kaczyńskiego komplikuje to, że muszą manewrować między ziobrystami a Porozumieniem. Wicepremier Jarosław Gowin, jako szef resortu rozwoju, pracy i technologii, nawet gdyby chciał, nie może sobie pozwolić na eurosceptycyzm, bo byłoby to wbrew postawom sporej części przedsiębiorców. A to przecież o nich Gowin zabiega teraz najbardziej. Być może stąd tak jednoznaczna wypowiedź szefa Porozumienia, że pieniądze unijne są Polsce potrzebne. – Liczę, że uda się wypracować kompromis, który pozwoli zapobiec scenariuszowi złemu dla Polski i złemu dla UE, czyli wetu – powiedział Gowin.
W PiS oceniają, że on sam, choć wcześniej raczej stał z boku, teraz „zaczął się mieszać”. – Marzy o tym, by być premierem, ale nie w PiS, bo to niemożliwe. Gowin wie, że układanki mogą być różne, nawet w tej kadencji, dlatego chce mieć różne drogi wyjścia.

Front trzeci

Prezydent i prezes nie rozmawiają ze sobą – mówi jeden z naszych rozmówców. – Choć wielkiej różnicy nie ma, bo wcześniej rozmawiali rzadko – przekonuje osoba znająca ich relacje.
Deklaracja prezydenta o możliwym wecie dla ustawy o ochronie zwierząt dobiła ten projekt. W PiS ta zapowiedź nie została przyjęta dobrze, choć tak naprawdę Duda wyciągnął do swojej partii pomocną rękę. Przeciął dywagacje nad ustawą w momencie, gdy stała się obciążeniem dla PiS – groziła rozłamem oraz utratą większości (skończyło się na odejściu posła Lecha Kołakowskiego). – Jeśli chodzi o piątkę dla zwierząt, można było być przeciwko, ale grzecznie. A prezydent był przeciwko, ale w sposób niegrzeczny – komentuje osoba z PiS.
Partia chłodno przyjęła także inicjatywę Dudy dotyczącą złagodzenia orzeczenia TK w sprawie aborcji z powodu uszkodzenia lub nieuleczalnej choroby płodu. To była pierwsza próba rozładowania społecznego oburzenia. – Dziwna inicjatywa, bo wiadomo, że opozycja jej nie poprze, a większość posłów PiS jest za bardziej restrykcyjnymi przepisami. Ta inicjatywa jest przegrana już na starcie – zauważa jeden z naszych rozmówców. Na razie sprawa zawisła w próżni, bo PiS mógłby mieć kłopoty z przegłosowaniem takiej ustawy.
W wywiadzie dla DGP minister Schreiber mówił, że wyjściem z sytuacji mogłaby być nowelizacji konstytucji wpisująca dotychczasowy kompromis aborcyjny do ustawy zasadniczej. – Prezydent mógłby z kolei zaproponować w tej sprawie referendum. I mógłby na tym wygrać – zauważa jeden z naszych rozmówców.
Sondaż dla DGP i RMF przeprowadzony przez United Surveys, a także nowszy, autorstwa CBOS, pokazywały, że liczba zwolenników liberalizacji przepisów aborcyjnych zgodnie z postulatami Strajku Kobiet czy lewicy wynosi ok. 20 proc., zaś przeważającą większość badanych stanowili zwolennicy kompromisu (w sondażu CBOS widać także było, że w przypadku płodów z zespołem Downa przeważają przeciwnicy aborcji).
Z punktu widzenia Pałacu Prezydenckiego plebiscyt to polityczne ryzyko. Duda sparzył się na propozycji referendum konstytucyjnego w zeszłej kadencji. Wtedy wobec widma małej frekwencji zdominowany przez PiS Senat pogrzebał jego pomysł. Referendum w sprawie aborcji zapewne nie groziłby brak frekwencji, ale nie wiadomo, czy na jego rozpisanie zgodziłby się opozycyjny dziś Senat. Do tego dochodzi jeszcze kwestia wewnętrznych tarć prawicy. – W PiS pokutuje pogląd, że sprawy ochrony życia nie powinny być rozstrzygane w plebiscycie – zauważa nasz rozmówca.
Część PiS ma także żal do prezydenta, że nie przeciągał decyzji w sprawie ustawy covidowej, w której Senat skorygował przepisy o podwyżkach dla lekarzy walczących z pandemią, dając je wszystkim z automatu. Potem część posłów PiS pomogła przeforsować stanowisko Senatu w Sejmie, co potem tłumaczyli pomyłką w głosowaniu. Rząd przestraszył się budżetowych skutków propozycji Senatu i choć wcześniej bardzo mu się spieszyło w tej kwestii, to postanowił odwlec wejście w życie ustawy, by ją znowelizować.
Ale Andrzej Duda podpisał pierwszą wersję ustawy bardzo szybko, co zmusiło rząd do zablokowania jej publikacji w Dzienniku Ustaw i ekwilibrystyki w wyjaśnianiu, czemu tak potrzebna regulacja nie wchodzi w życie. – Przecież mógł poczekać, nic by się nie stało. Nie mogliśmy takich przepisów przepuścić. Wyobraźmy sobie, że lekarz, np. diagnosta obrazowy, który nie ma nic wspólnego z COVID-19, ma teraz ma zarabiać 100 proc. więcej, tyle co lekarze pracujący przy osobach pod respiratorami – tłumaczy polityk PiS.
Tylko to by oznaczało, że za błąd PiS miałby płacić prezydent, a widać, że nie chciał tego robić. Choć jeden z naszych rozmówców sugerował, że mógł to być także „błąd na łączach”, bo rząd nie wytłumaczył prezydentowi, że zwłoka w ustawie jest potrzebna.
Ostatnim nieporozumieniem były słowa wicepremiera Gowina, że prezydent sprzeciwił się zamknięciu stoków narciarskich. Natychmiast zostało to obrócone przez dużą część opozycji i opinii publicznej w sytuację memiczną: prezydent wkracza do gry, gdy zagrożone jest jego hobby. Szef SLD Włodzimierz Czarzasty ironizował, że to najważniejsza decyzja Dudy w drugiej kadencji. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki też nie bronił prezydenta. – Andrzej Duda jest miłośnikiem narciarstwa, więc jest zainteresowany, żeby wyciągi działały – mówił we wtorek w Polsacie szef klubu PiS.
Jak usłyszeliśmy od osoby związanej z Jarosławem Gowinem, nie spodziewał się on takiej reakcji, chciał tylko pokazać, że prezydent ma zdanie w sprawie gospodarczo bardzo ważnej dla południa Polski. Bez względu na intencje cała sytuacja stała się kolejnym punktem napięcia na linii Pałac Prezydencki – rząd.
Więc w momencie, gdy obóz Zjednoczonej Prawicy przeżywa wewnętrzne tarcia, relacje z Pałacem Prezydenckim nie są czynnikiem stabilizacji, a jeszcze jednym źródłem niepewności.