Cisza wyborcza w Polsce to jedyne narzędzie, które realnie chroni proces wyborczy przed pewnymi formami szkodliwej dezinformacji. Jak we wrześniu pisał DGP, propozycja jej zniesienia ma być poważnie rozważana. Te pomysły mogą skończyć się bardzo źle.
Różnego rodzaju cisze wyborcze są standardem w wielu dojrzałych demokracjach, choćby w Australii, Francji, Hiszpanii, Kanadzie, Korei Płd. czy Wielkiej Brytanii. W okolicy listopadowych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych odpowiednie filtrowanie informacji wprowadzą też giganci informacyjni Facebook i Google, wdrażając zakaz reklam o charakterze politycznym. U podstaw ich decyzji leży zrozumienie pozycji tych platform jako najpoważniejszych dziś źródeł bieżących informacji. Ograniczając reklamę polityczną, giganci cyfrowi pragną uniknąć destabilizacji w USA. Na podstawie doświadczeń z innych krajów zrozumieli oni, jaką władzą dysponują jako krytyczna infrastruktura informacyjna.
Wbrew pozorom znane w Polsce zjawisko tzw. bazarku, za którego pomocą przemycane są sondaże w dzień wyborów, nie dowodzi konieczności ograniczenia ciszy, a wręcz przeciwnie – dowodzi raczej jej sensu. Użytkownicy muszą sami aktywnie wyszukiwać takich treści. Siłą rzeczy robi to znaczna mniejszość. Tylko osobom w zaangażowanych bańkach informacyjnych może się wydawać, że zjawisko jest na tyle masowe, że sprawia, iż cisza wyborcza staje się bezcelowa.
Cisza taka tymczasem stabilizuje przestrzeń informacyjną, chroniąc ją zwłaszcza przed częstym dziś zjawiskiem, gdy informacja – prawdziwa lub nie – zyskuje szybki rozgłos, stając się wiralem. Wielu ekspertów zwraca uwagę, że w spolaryzowanym świecie okres ciszy wyborczej może służyć wystudzeniu emocji. To dziś główne, jeśli nie jedyne narzędzie walki z dezinformacją, przynajmniej w Polsce. Cisza ogranicza możliwości dostarczania odbiorcom zatrutych treści informacyjnych i ich promocji.
Ciszę wielokrotnie próbowano obejść. Pierwsze takie próby dostrzegłem podczas wyborów prezydenckich w 2015 r. Stosowano do tego mechanizm dynamicznie kierowanych reklam internetowych pod kontrolą dużych platform cyfrowych. Z moich obserwacji przypadków reklam zamieszczanych w dniu wyborów wynikało, że mogło wtedy chodzić o mobilizację lub demobilizację różnych grup wyborców. W kolejnych wyborach stosowano reklamy kierowane precyzyjnie za pomocą technologii real-time bidding, czyli mikrotargetowania z aukcjami o przestrzeń reklamową na stronach internetowych w czasie rzeczywistym. Jeden z dostawców takich rozwiązań nawet promuje się faktem prowadzenia tego typu kampanii, dotyczącej problemów społeczności LGBT, przy okazji wyborów w 2019 r., choć bez łamania ciszy.
Nadużycia mogą mieć różne formy. Formą ekstremalną nie są stosunkowo niegroźne boty i trolle, lecz operacje informacyjne z elementami cyberataków. Odnotowaliśmy już jedną zorganizowaną operację, w ramach której prawdopodobnie próbowano rozegrać przeciwko kandydatowi zasady ciszy. 6 maja 2017 r., na kilka dni przed drugą turą wyborów prezydenckich we Francji, w kulminacyjną fazę weszła operacja wycieku informacji ze sztabu późniejszego prezydenta Emmanuela Macrona. Opublikowano w sumie 9 GB danych, przemieszanych zapewne z fałszywymi informacjami. Najprawdopodobniej chodziło o to, by kandydat nie zdążył się obronić, a analitycy i dziennikarze nie mieli czasu na weryfikację danych. Wśród odbiorców miało powstać wrażenie, że skoro dane wyciekły, z pewnością zawierają coś kompromitującego.
Fałszywe informacje nie mogły się jednak tak łatwo rozprzestrzenić także dzięki ciszy. Choć sztab Macrona okazał się nieprzygotowany na takie cyberzagrożenie, podjął dobrą decyzję. Sprawę przecięto, wydając komunikat na godziny przed startem ciszy. Osobny komunikat informujący o możliwych fałszywkach wydała Narodowa Komisja Kontroli Kampanii Wyborczej, nadzorująca elekcję. Miesiąc po wyborach Macron, już jako prezydent, publicznie potępił stosowanie takich metod, stojąc obok swojego gościa Władimira Putina. Miało to silny wydźwięk, bo właśnie Rosję wskazywano jako mocodawcę ataku.
Polscy politycy niespecjalnie orientują się w sprawach związanych z cyberbezpieczeństwem. Niektórzy zdają się wręcz fetyszyzować niewiedzę, twierdząc, że lepiej, by wokół cyberbezpieczeństwa panowała cisza. Takie potraktowanie tematu idzie wbrew zachodnim standardom. Dlatego nie ma pewności, jakie działania by podjęto w sytuacji takiej, jaka miała miejsce we Francji. W cyberbezpieczeństwie chodzi dziś o kwestie techniczne, polityczne i obronne. Być może doczekamy czasów, gdy także w Polsce zostaną one potraktowane poważnie, również na wysokich szczeblach. Gdyby tak się stało, uznano by ciszę za mechanizm chroniący przed operacjami dezinformacyjnymi na ostatniej prostej przed wyborami.