Sztaby urzędującego republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa i jego demokratycznego rywala Joego Bidena oskarżają się nawzajem o podsycanie napięcia, po tym jak w weekend w starciach uczestników protestów życie straciła jedna osoba. Prawica straszy, że jeżeli ten drugi wygra, to ulice spłyną krwią. Lewica tymczasem mówi: To, co się dzieje, to jest Ameryka z wizji Trumpa.
Afroamerykańska demokratyczna kongresmenka z Florydy Val Demings, która przed rozpoczęciem kariery politycznej była komendantem policji w Orlando, stwierdziła na antenie telewizji CBS, że chaos i rosnąca przemoc są konsekwencją polityki Białego Domu oraz tego, że prezydent nie potrafi przeciwstawić się strukturalnemu rasizmowi. „W Ameryce pod obecnym przywództwem nie możemy się czuć bezpieczni” ‒ powiedziała z kolei w programie „This Week” telewizji ABC senator Amy Klobuchar z Minnesoty, była rywalka Bidena z demokratycznych prawyborów. Zarzuty odpierał tymczasem szef Kancelarii Prezydenta Mark Meadows. W audycji „Meet the Press” w NBC mówił, że zasadnicza większość Ameryki Donalda Trumpa jest spokojna i pokojowo nastawiona.
Reklama
Biały Dom wysłał list do ludzi będących na liście e-mailingowej prezydenta. Nosi on tytuł: „Radykalna lewica porzuca zasady egzekwowania prawa”. W treści przewija się krytyka demokratów z Kongresu i władz municypalnych, którzy wspierają protesty. Trump zarzuca opozycji, że ta nie chce potępić przemocy, a jej liderzy „dołączają do szajki” atakującej policję. Odezwa kończy się słowami, że prawdziwy przywódca musi dążyć do ukrócenia przemocy na ulicach i zabijania. Trump gra va banque, próbując powiązać ideę protestów ze wzrostem przestępczości. Odwołuje się do emocji swojego w gruncie rzeczy w całości białego elektoratu, który uważa, że za wzrost agresji odpowiedzialni są Afroamerykanie.

Reklama
Dziennik „Washington Post” opublikował sondaż, z którego wynika, że 74 proc. Amerykanów popiera protesty. Za jest 87 proc. obywateli sympatyzujących z Partią Demokratyczną, 76 proc. identyfikujących się jako niezależni oraz 53 proc. republikanów. Z tego samego badania wynika, że 61 proc. pytanych wystawia głowie państwa złą ocenę za to, jak zarządza bieżącym kryzysem. Amerykanie w zasadniczej większości nie wiążą też – w przeciwieństwie do prezydenta – chuligańskich wybryków i szabrowania z Black Live Matters i z protestującymi przeciw przemocy policji.
Warto też wspomnieć o pomniejszym ruchu społecznym, który dosłownie buduje swoją tożsamość w opozycji do Black Live Matters, chociaż ostatnio nie jest on nadto aktywny. Mowa o Blue Live Matters – organizacja powstała w 2014 r. po zabójstwie dwóch funkcjonariuszy nowojorskiej policji. Jej celem jest uznanie przemocy przeciwko policjantom za tzw. hate crime, czyli zbrodnię popełnianą z nienawiści. „Blue” nawiązuje oczywiście do niebieskiego koloru munduru. Organizacja jest powszechnie krytykowana przez organizacje broniące praw człowieka – m.in. ACLU, czyli Amerykańską Unię Wolności Obywatelskich – za to, że opiera się na wymierzonym w Afroamerykanów resentymencie. Blue Live Matters udało się w Luizjanie przestępstwa przeciw funkcjonariuszom podciągnąć pod kategorię hate crime. Problem jednak w tym, że policjanci nie są w żadnym sensie grupą dyskryminowaną, a idea wprowadzenia do porządku prawnego „zbrodni z nienawiści” miała chronić społeczności prześladowane czy defaworyzowane, czyli Afroamerykanów. Skala przemocy wobec policjantów nie odbiega od tego, co dzieje się w innych demokratycznych krajach. W drugą stronę jest już inaczej: co roku około tysiąca Amerykanów ginie podczas interwencji służb, kiedy w krajach zachodniej Europy nie więcej niż kilkanaście osób.
W tle bieżącej kampanii kiełkuje już rywalizacja o Biały Dom w 2024 r. Republikański senator Tom Cotton z Arkansas, jeden z najbardziej lojalnych wobec Trumpa członków Kongresu i gorliwy wyznawca trumpowskiej doktryny, wyemitował w lokalnych telewizjach w stanie Wisconsin spoty wymierzone w Joego Bidena. W reklamówkach zmontowane zostały zdjęcia tłumu niszczącego samochody z kadrami z przemówień kandydata demokratów, połączone komentarzem: „Głos na Bidena to głos na liberalną (w amerykańskich warunkach znaczy to lewicową) szajkę. Głosujcie na republikanów!”. Cotton, który jest stuprocentowo pewien senackiej reelekcji w Arkansas, swobodnie może wykorzystywać środki na kampanię w innych stanach. Pomagając teraz Donaldowi Trumpowi, zabiega o to, by ten brał go pod uwagę jako swojego następcę.