Przestraszony prezydent na wiecu, prośby do Moskwy o pomoc i największa opozycyjna manifestacja w historii Mińska. Tydzień po sfałszowanych wyborach prezydenckich Białoruś wciąż wrze.
Reklama
W niedzielne południe na płoszczę Niezależnasci w centrum Mińska przyszło kilka tysięcy zwolenników Alaksandra Łukaszenki. Niektórzy zostali przywiezieni do stolicy specjalnie podstawionymi autobusami, inni przyszli z potrzeby serca.
Pod koniec wiecu do zgromadzonych wyszedł sam prezydent, który podczas kampanii wyborczej ani razu w ten sposób nie wystąpił, preferując narady, wizyty w jednostkach wojskowych i spotkania z kolektywami pracowniczymi. Co chwila wycierając pot z czoła, na przemian straszył i prosił o powstrzymanie protestów.
– Chcecie reform? Powiedzcie jakich. Zaczniemy od jutra – obiecywał, stawiając jednak jasną granicę: o powtórce wyborów nie ma mowy. Oficjalne dane mówią, że Łukaszenkę poparło 80 proc. wyborców, a jego główną rywalkę Swiatłanę Cichanouską, którą niedługo potem zmuszono do emigracji – jedynie 10 proc. Opozycja i niezależni obserwatorzy mówią, że to absurd. Wyników nie uznała Unia Europejska, a szef litewskiej dyplomacji Linas Linkevičius wprost nazwał Łukaszenkę „byłym prezydentem”.
Dla białoruskiego przywódcy to dowód na zewnętrzną koordynację protestów. – Czołgi i samoloty są o 15 minut od naszych granic. Natowskie wojska brzęczą gąsienicami u naszych wrót. Zwiększają siłę wojskową na zachodnich granicach naszego kraju: Litwa, Łotwa, Polska. I niestety nasza bratnia Ukraina i jej przywódcy też nakazują nam zorganizowanie nowych wyborów – mówił.
Wcześniej prezydent zalecił przerzucenie elitarnej brygady desantowo-szturmowej z Witebska do Grodna, na polskiej granicy. Państwowa telewizja oskarżała o koordynowanie protestów Czechów, Polaków i Ukraińców. Podobne argumenty Łukaszenka podaje także w rozmowach z Kremlem, licząc na pomoc Władimira Putina. W weekend obaj przywódcy rozmawiali dwukrotnie. – Umówiliśmy się, że na nasz pierwszy wniosek zostanie nam okazana wszechstronna pomoc w celu zagwarantowania bezpieczeństwa Białorusi – relacjonował Łukaszenka.
Kreml zachowuje większy dystans. „Ze strony rosyjskiej potwierdzono gotowość okazania niezbędnego wsparcia w rozwiązaniu problemów na bazie zasad Umowy o powołaniu Państwa Związkowego, a w razie konieczności także po linii Organizacji Porozumienia o Bezpieczeństwie Zbiorowym” – poinformowała wczoraj służba prasowa Putina. Innymi słowy, Rosjanie zastrzegli, że wsparcie Łukaszenki będzie możliwe, jeśli Mińskowi zagrożą państwa trzecie. Kreml wyznaczył czerwoną linię: niezależnie od tego, co się wydarzy na Białorusi, kraj ten nie może wyjść ze wspólnych struktur integracyjnych.
Gdy w niedzielę pod siedzibą rządu i parlamentu kończył się wiec zwolenników Łukaszenki, pod odległym o 2 km obeliskiem Mińsk – Miasto Bohater gromadziły się dziesiątki, a być może nawet setki tysięcy osób. Niektórzy protestują od tygodnia przeciwko nieuczciwym wyborom prezydenckich, innych do wyjścia na ulice skłoniła dopiero brutalność służb mundurowych, wykazywana na początku tygodnia wobec uczestników manifestacji. Liczne przypadki tortur, o których opowiadali wypuszczani z aresztów zatrzymani, wzburzyły także wielu zwolenników władz.
W połowie tygodnia władze nieco odpuściły, wypuszczając część z 7 tys. zatrzymanych, wstrzymując ataki na wiece i dziennikarzy. Jednak wydarzenia z początku tygodnia zachęciły część urzędników do wypowiedzenia posłuszeństwa władzom. Z apelem o powstrzymanie brutalności milicji zwrócił się zespół redakcyjny rządowej gazety „Zwiazda”, do niepokojów doszło w innych mediach państwowych. Protesty poparli ambasadorowie Białorusi na Słowacji i w Szwajcarii, a także były minister kultury Pawieł Łatuszka, obecnie szef państwowego Teatru im. Janki Kupały w Mińsku.
Treści nie po linii prezydenta pojawiły się nawet na wiecu jego zwolenników.