Tragiczna w skutkach eksplozja zwraca uwagę świata na katastrofalny stan libańskiej gospodarki. To paradoksalnie może pomóc wydźwignąć kraj z zapaści
Reklama
Jeszcze przed wybuchem w porcie w Bejrucie co drugi mieszkaniec Libanu żył w ubóstwie, a wzrost cen sięgał 200 proc. Teraz przyszłość kraju jest jeszcze bardziej niepewna. Potężna eksplozja niemalże w centrum stolicy mogła pozostawić bez dachu nad głową nawet 300 tys. osób. Libańczycy obawiają się też problemów z aprowizacją. Przez zniszczony port w Bejrucie docierało 80 proc. całego libańskiego importu, a w silosach, które zniszczył wybuch, magazynowane było zboże. Według szacunków libańskiego rządu zapasów wystarczy jedynie na 2,5 miesiąca.
Libańczycy mają dość i w niecały rok po protestach, które doprowadziły poprzedni rząd do upadku, wracają na ulicę. W brutalnie stłumionych przez policję demonstracjach w sobotę protestujący oskarżali reżim o katastrofę i domagali się zmiany.
Jej potencjalny kierunek jest jednak mocno niejasny. Scena polityczna w Bejrucie pozostaje zakładnikiem międzynarodowych interesów, a przede wszystkim podziałów religijnych wewnątrz kraju, którym Libańczycy pozostają wierni. Stanowiska państwowe są rozdzielane według klucza wyznaniowego: prezydent musi być chrześcijaninem, przewodniczący parlamentu – szyitą, a premier – sunnitą. To zapewnia kruchą równowagę, ale jej ceną jest polityczny uwiąd i niezdolność do reform.
O desperacji Libańczyków świadczy petycja do francuskiego rządu o ustanowienie w Libanie mandatu francuskiego na 10 lat. Apel do francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona w serwisie Avaaz w niecałe dwa dni zdążyło podpisać ponad 61 tys. osób (potem petycję zamknięto). Francja pozostaje historycznie i kulturowo związana z Libanem, bo sprawowała kontrolę nad krajem w latach 1920–1945. Macron zresztą jako pierwszy odwiedził Bejrut po katastrofie. Tłumom Libańczyków obiecał zmianę i zapewnił, że wsparcie nie trafi w skorumpowane ręce.
Ale to nie Francja jest dzisiaj głównym rozgrywającym w Libanie, lecz Stany Zjednoczone i Iran. Sytuacja w Bejrucie pozostaje wypadkową tego, jak układają się relacje pomiędzy Waszyngtonem a Teheranem, a teraz są one bardzo napięte. Tymczasem wspierany i finansowany przez Iran Hezbollah, szyicka organizacja uznawana przez USA za terrorystyczną, rośnie w siłę zarówno w kraju, jak i w regionie. W 2005 r. przedstawiciele Hezbollahu weszli do libańskiego rządu i od tamtej pory organizacja pozostaje ważnym aktorem na scenie politycznej. Jej pozycję winduje też rola w syryjskim konflikcie.
Jednym z elementów amerykańskiego nacisku na Teheran stało się wycofanie wsparcia finansowego z Bejrutu. „Powiedzieć, że to pozwoliło Libanowi na swobodne osuwanie się na dno, to nic nie powiedzieć: w bankach nie ma dolarów, braki prądu w Bejrucie są dojmujące, a kolejne biznesy są zamykane z braku klientów” – pisał 16 lipca magazyn „Foreign Policy”.
Masowe protesty w październiku zeszłego roku doprowadziły do zmiany rządu. Ale od tamtego czasu władzom w Bejrucie nie udało się rozwiązać w zasadzie żadnego problemu gnębiącego libańską gospodarkę. Zabójczy dla niej okazał się funkcjonujący od lat system, zgodnie z którym bank centralny w Libanie pożyczał dolary od banków komercyjnych w zamian za odsetki wyższe od rynkowych. W marcu Bejrut ogłosił, że po raz pierwszy w swoich dziejach nie jest w stanie spłacać między narodowych należności. Funt libański pozostaje powiązany z amerykańskim dolarem – 1,5 tys. funtów za dolara, chociaż na czarnym rynku dzisiaj za amerykański pieniądz trzeba zapłacić nawet 8 tys. funtów.
Od października zeszłego roku libańskia waluta straciła 80 proc. swojej wartości. Inflacja jest dobijająca. Jak pisze „The Economist”, kilogram wołowiny kosztuje 15 proc. średniego libańskiego wynagrodzenia, a za pół kilograma kawy osoba z przeciętnym wynagrodzeniem musi zapłacić jedną dziesiątą miesięcznego zarobku. Na dodatek pod koniec czerwca rząd był zmuszony podnieść cenę chleba o połowę – pierwszy raz od dekady. Przez to połowa Libańczyków żyje już poniżej progu ubóstwa, a pod koniec roku nawet dwie trzecie mieszkańców może potrzebować pomocy. Libańczycy stracili także swoje oszczędności. Brak dolarów powoduje, że ludzie nie mają dostępu do pieniędzy zgromadzonych na kontach lub przysyłanych z zagranicy przez krewnych. Poza Libanem żyje więcej jego obywateli niż w kraju.
Ratunkiem dla trzeciej najbardziej zadłużonej w relacji do PKB gospodarki na świecie miał być pakiet pomocowy Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Wynegocjowanie go było zadaniem powołanego w styczniu technokratycznego rządu. Fundusz oczekiwał, że w zamian władze Libanu przeprowadzą reformy w sektorze finansowym i wzmocnią walkę z korupcją. Ale w Bejrucie zabrakło politycznego porozumienia w tej sprawie i rozmowy z MFW szybko znalazły się w impasie. Wewnętrzni aktorzy nie byli w stanie porozumieć się co do wysokości strat w sektorze finansowym. Na zaproponowane wyliczenia rządu w planie naprawczym nie zgodził się sektor bankowy i posłowie w parlamencie, którzy chcieli zmniejszyć skalę strat i opóźnić przeprowadzenie trudnych reform.
Wielu liczy teraz, że po wybuchu MFW obniży swoje oczekiwania i pospieszy z pomocą. W wydanym w czwartek oświadczeniu dyrektor zarządzająca Funduszu Kristalina Georgiewa zapewniła, że MFW „bada wszelkie możliwe sposoby wspierania ludności Libanu”. – Konieczne jest przezwyciężenie impasu w dyskusjach na temat krytycznych reform i wdrożenie sensownego programu zmiany gospodarki oraz budowania odpowiedzialności i zaufania w przyszłość kraju – podkreśliła.
Teraz do Bejrutu płyną kolejne deklaracje międzynarodowej pomocy. Obok ekip ratunkowych i wsparcia medycznego Libanowi oferowane są pieniądze. Wśród darczyńców jest Unia Europejska, która zaproponowała 33 mln euro. Libańczycy boją się jednak, że pomoc trafi w ręce skorumpowanych urzędników i polityków, by potem spocząć w ich kieszeniach. ©℗
Od października zeszłego roku libański funt stracił 80 proc. wartości