Opozycja obawia się, że wraz z zakończeniem kampanii prezydenckiej władze rozprawią się z narastającym buntem. Ale pragnienia zmiany chyba nic nie będzie już w stanie powstrzymać.
Reklama
PAP/EPA / TATYANA ZENKOVICH
79,7 proc. dla Aleksandra Łukaszenki, niespełna 7 proc. dla głównej opozycyjnej kandydatki Swiatłany Cichanouskiej – to sondażowe wyniki ogłoszone tuż po zamknięciu lokali wyborczych. Badanie przeprowadził Białoruski Komitet Organizacji Młodzieżowych, zatem można oczekiwać, że oficjalne wyniki będą zbliżone. Opozycja nie ma wątpliwości, że zostaną sfałszowane, twierdzi, że nawet jak na białoruskie warunki nieprawidłowości były rekordowe. Nie dopuszczono zagranicznych obserwatorów, a obywateli którzy próbowali kontrolować prace komisji, wyrzucano z lokali wyborczych.
Wieczorem w Mińsku czuć było napięcie. Policja i policyjne siły specjalne blokowały ulice wiodące do placów, gdzie mieli się gromadzić demonstranci. Nie działały komunikatory internetowe. Na trasach wjazdowych do miasta widziano pojazdy wojskowe. Wygląda na to, że po tym, jak aktywnie Białorusini wyrażali w czasie kampanii wyborczej sprzeciw wobec rządzącego od 26 lat prezydenta, władza przygotowała się na protesty na dużą skalę.
Od wielu dni Mińsk nie przypominał tego, czym był przez lata – obojętnego na politykę, zalanego betonem miasta z pustymi, wielopasmowymi autostradami. Bulgotał raczej, jak klejące się od potu Prisztina czy Belgrad, co sierpniowy upał tylko podkreślał. Tej południowości dodawały trąbiące samochody, z których ludzie wystawiali ręce w geście solidarności z opozycją, a co bardziej zdeterminowani – biało-czerwono-białe flagi. Z głośników wielu pojazdów demonstracyjnie puszczano nieformalny hymn ostatnich protestów, „Choczu pieriemien!” (Chcę zmian!) sowieckiej grupy Kino z 1988 r. „Zmian żądają nasze serca, zmian żądają nasze oczy. Naszym śmiechem i naszymi łzami, i pulsem żył – zmian, oczekujemy zmian” – śpiewał nieżyjący już dziś wokalista Wiktor Coj, czemu chcąc nie chcąc, musieli się przysłuchiwać patrolujący ulice milicjanci.

Manifestacja siły

Trąbiące samochody stały się symbolem tej części klasy średniej, dla której system stworzony przez Alaksandra Łukaszenkę się wyczerpał. Prezydent najpierw pogardził nią w pandemii koronawirusa, publicznie wyśmiewając niektórych chorych i określając maseczki mianem kagańców. Później, w obawie przed wywołanym w ten sposób gniewem, zaczął dokręcać jej śrubę.
U progu wczorajszych wyborów prezydenckich było już jasne, że władza boi się tego fermentu. W sobotę zatrzymano szefową sztabu Maryję Maroz oraz Maryję Kalesnikawą, najbliższą współpracowniczkę kandydatki na prezydenta Swiatłany Cichanouskiej. Po kilku godzinach dano jej spokój i zaproponowano odwiezienie radiowozem w dowolne miejsce stolicy.
– Ludzie dziwnie na mnie patrzyli, gdy wychodziłam z milicyjnego samochodu. To było przepiękne – mówiła krótko po tym, jak ją zwolniono. – Milicjanci byli mili, ale to była manifestacja siły. Poradziłam im, by na siebie uważali. Oni poradzili mi to samo. I my powinniśmy uważać jeden na drugiego i wszystko powinno być dobrze u wszystkich Białorusinów. Wszystkich was kochamy – dodawała. Te słowa zawierają w sobie niemal wszystko, co się tutaj dzieje. Przede wszystkim absurd sytuacji, w której odklejony od rzeczywistości system bije na oślep. Odklejając się tym samym od niej jeszcze bardziej.
Przed pacyfikacją opozycji, której spodziewano się już po zamknięciu tego wydania DGP, część Białorusinów przekonywała nawet, że to początek końca systemu Łukaszenki. Ich konkluzje w gruncie rzeczy nie były jednak optymistyczne. – Za 10 lat nie będzie już Łukaszenki – mówił jeden z naszych rozmówców, by po chwili dodać, że podobnie mówił dekadę wcześniej. Wtedy pokojowa manifestacja w centrum Mińska została spacyfikowana przez specjalne oddziały milicji. Większość kandydatów na prezydenta trafiła do aresztów, a bunt porażonego strachem społeczeństwa zgasł, zanim na dobre się zaczął.

Ludzi nie udało się zastraszyć

O tym, że władza i tym razem szykuje podobny scenariusz, świadczyło zachowanie milicji i tajniaków w dniach poprzedzających wybory. Standardową sytuacją były zatrzymania za pozdrawianie trąbiących kierowców. Opracowano nawet pewien schemat takich łapanek. Dwóch wysportowanych, ubranych w czarne mundury plus kominiarki milicjantów zwyczajnie chwytało pod pachy swoją ofiarę, a tajniacy z charakterystyczną, przewieszoną przez ramię torebką na pasku, wrzucali ofiary do nieoznakowanego vana.
Do rangi symbolu urosło zachowanie dwóch dźwiękowców, którzy mieli obsługiwać prorządowy festyn pod koniec kampanii wyborczej. Nie dość, że Cichanouska zachęciła swoich zwolenników, by także się na nim pojawili, to jeszcze obsługa techniczna w pewnym momencie puściła z głośników piosenkę „Choczu pieriemien!”. Mężczyźni podnieśli ręce do góry – jeden z gestem V, a drugi z zaciśniętą pięśnią. Stracili pracę, a sąd dał im po 10 dni aresztu za wybryk chuligański i niepodporządkowanie się wezwaniom sił porządkowych.
Wieczorami urządzano regularne polowanie na rowerzystów, którzy codziennie o 19 skrzykiwali się na przejazd główną ulicą Mińska. Fleshmob dla wielu skończył się ściągnięciem z roweru i odwiezieniem na komisariat, choć nie było przecież jasne, kto jeździ, bo lubi, a kto, bo manifestuje. W sobotę samochody z tajniakami pojawiły się również przed domem Cichanouskiej. Jak poinformował jej sztab, kobietę odwieziono w bezpieczne miejsce.

Pod społeczną presją

W niedzielę rano pojawiły się informacje o ściąganym do miasta wojsku. Rano zaczęły się też problemy z internetem – zablokowano niektóre strony, a na wieczór wielu Białorusinów prognozowało kompletny paraliż łączności. Opozycja tym razem nie wzywała do scentralizowanego protestu w centrum stolicy, który relatywnie łatwiej spacyfikować, choć takie wezwanie wystosował popularny bloger Sciapan Puciła, znany jako Nexta. Zamiast tego proponowano pójście do lokalu wyborczego w ostatnich dwóch godzinach przed zamknięciem, pozostanie tam do końca i żądanie od każdej komisji uczciwego podliczenia głosów.
W niektórych miastach do członków komisji wyborczych rozsyłano ulotki przypominające o odpowiedzialności karnej za fałszerstwa, a gdzieniegdzie nawet o tym, że w sensie religijnym byłby to grzech. Władze praktycznie zablokowały możliwość niezależnej obserwacji wyborów, więc obserwatorzy mogli jedynie z zewnątrz liczyć wyborców wchodzących do lokali. Okazało się, że w komisjach objętych taką formą kontroli społecznej podawane oficjalnie dane cząstkowe były niemal dwukrotnie wyższe od faktycznych. W niedzielę komisja wyborcza podała, że od wtorku w ramach głosowania przedterminowego zagłosowało 42 proc. uprawnionych.
– Uprzedzam, że udział w nielegalnym zgromadzeniu jest nielegalny i pociąga za sobą odpowiedzialność administracyjną albo karną. Proszę was, byście zachowali rozsądek – mówił w sobotę prokurator generalny Alaksandr Kaniuk.
Według organizacji obrońców praw człowieka Wiosna tylko w lipcu za podobne czyny ukarano 205 osób. W trakcie kampanii na Białorusi znów pojawili się więźniowie polityczni. Wiosna uznała za takich 26 osób, w tym męża Cichanouskiej, znanego youtubera Siarhieja, a także niedoszłych kandydatów na prezydenta Wiktara Babarykę i Pawła Siewiaryńca.
„Zmian żądają nasze serca, zmian żądają nasze oczy. Naszym śmiechem i naszymi łzami, i pulsem żył”
PAP/EPA / TATYANA ZENKOVICH