Po tej informacji natychmiast dodała: „Powtarzam jednak: USA potępiają dyskryminację i nienawiść na tle rasowym, religijnym, pochodzenia lub orientacji seksualnej”. Co zatem dyplomatka dementowała? Nie napisaliśmy ani że rozmawiała z Andrzejem Dudą, ani aby kontaktowała się w tej sprawie z Richardem Grennellem. Drugą część wpisu traktujemy natomiast jako potwierdzenie naszych źródeł, które przekonują, że wystąpienie polskiego prezydenta w Brzegu odbiło się szerokim echem w USA, a ambasada ma na ten temat swoje - dość jednoznaczne - zdanie. To wszystko wynika z nieoficjalnych ustaleń autora tekstu w DGP. Jego źródła nie wycofują się z tego. W zasadzie powtarzają za panią ambasador, że USA potępiają dyskryminację i nienawiść na tle rasowym, religijnym, pochodzenia lub orientacji seksualne. Również my podtrzymujemy to, co napisaliśmy w dzisiejszym DGP.

Nie ma najmniejszej możliwości, żeby ambasador jakiegokolwiek państwa otwartym tekstem przyznał, że próbował wywierać wpływ na jakąkolwiek kwestię wewnątrzpolityczną w kraju, w którym jest akredytowany. Tym bardziej, jeśli trwa tam kampania wyborcza. Jeśli tak by się stało, musiałby liczyć się z natychmiastowym opuszczeniem placówki. Niezależnie od tego, jak silna byłaby jego pozycja. Z drugiej strony relacje Mosbacher - Polska pełne są sytuacji, w których pani ambasador - nieoficjalnie i ofensywnie - działa przeciw rozwiązaniom proponowanym przez polityków partii rządzącej. Tak samo, jak długa jest tradycja zaprzeczania przez polskie władze i dyplomację amerykańską, że takie fakty miały miejsce.