Kino, nie tylko hollywoodzkie, serwuje kataklizmy, epidemie i klęski żywiołowe, które w sumie dość łatwo oswoić. Bo przydarzają się zawsze innym.
Magazyn DGP 20.03.2020 / Dziennik Gazeta Prawna
W Cadar Creek w stanie Arizona czas płynął leniwie. Nagle w spokojnej dotychczas osadzie wybucha panika. Oto pochodzący z Zairu wirus ebola wymknął się spod kontroli, przetrwał, zmutował i za sprawą przemyconej małpki kapucynki trafił do amerykańskiego miasteczka. Armia otacza osadę kordonem sanitarnym. Ogłasza godzinę policyjną, każe wracać do domów, aresztuje osoby spotkane na ulicy po godz. 19. Wedle komunikatów służb w domach jest najbezpieczniej, mimo to kilka rodzin wsiada do samochodów i decyduje się na ucieczkę z miasta. Żołnierze otwierają ogień do uciekinierów. Pierwsze śmiertelne ofiary giną od kul, nie od wirusa. Każdy, kto poczuje się źle, ma obowiązek wywieszenia na drzwiach domu białej płachty. Wtedy żołnierze zabiorą go na badania. Objawy zakażenia wirusem przypominają grypę – u chorych występują kaszel i gorączka. – Nie będzie mnie tylko kilka godzin. Chyba że zatrzymają mnie na noc. Bądźcie grzeczne. I pamiętajcie o umyciu zębów przed pójściem spać – mówi łamiącym się głosem matka dwóch małych córek, słysząc pukanie do drzwi. Kiedy jedna z nich wstaje od stołu, aby uściskać matkę, ojciec zrywa się z krzesła i zatrzymuje córkę. – Nie dotykaj mamy! – rozkazuje. Kobieta opuszcza dom. Na zewnątrz czekają już w ochronnych maskach żołnierze, którzy przewożą pacjentkę na badania. Pobrana próbka krwi daje wynik dodatni. Razem z innymi chorymi matka trafia na teren odgrodzonej od reszty świata drutem kolczastym szkoły, gdzie służby przygotowały szpital polowy.
To tylko efekt wyobraźni reżysera Wolfganga Petersena, który w połowie lat 90. XX w. nakręcił głośny film „Epidemia”. W znakomitej obsadzie: do roli epidemiologa Sama Danielsa zaangażował Dustina Hoffmana, któremu na ekranie partnerowali m.in. Morgan Freeman, Rene Russo, Donald Sutherland i Cuba Gooding Jr. Film Petersona nie był tak zupełnie odcięty od realiów, ponieważ mniej więcej w tym samym czasie doszło w Afryce do kilku epidemii gorączki krwotocznej. Akcja toczy się w iście amerykańskim stylu. Pułkownik Daniels dociera do źródła zakażenia i udaje mu się opracować szczepionkę, która uratuje setki tysięcy istnień. Ale scena pożegnania z matką, która znika z ekranu w połowie filmu, pokazuje syndrom uzasadnionej obawy o kontakt z osobą potencjalnie zakażoną. Nawet najbliższy członek rodziny może stać się kimś niebezpiecznym, obcym, od kogo należy się separować.
Pokolenie nieskażone wojną wiedzę o konfliktach zbrojnych czerpie z wysokobudżetowych produkcji, w których bohaterowie są szybsi od kul, wychodzą bez szwanku z eksplozji i na ogół w pojedynkę ratują świat przed nadciągającą zagładą, bo dobro musi przecież zatriumfować nad złem. Podobny format oferuje kino katastroficzne. Tragedię Posejdona czy Titanika też obsługuje grono dziarskich herosów, którzy jako jedyni nie ulegają zbiorowej histerii, tylko natchnieni jakąś wyższą mądrością są w stanie ratować innych i zasłużyć na pomnik. Ich obecność na ekranie daje widzowi poczucie ulgi. W dodatku przyjemnie popatrzeć na tonący statek, katastrofę samolotu albo walkę ze śmiertelnym wirusem, siedząc wygodnie w fotelu przed telewizorem ze świadomością udziału w wyreżyserowanym spektaklu grozy, bo przecież sufit nie runie nam zaraz na głowę, a w kapciach nie chlupie woda. Oglądanie cudzej tragedii pozwala się dowartościować i karmić złudzeniami, że takie rzeczy to tylko w filmach, a nam nic złego się nie stanie, bo rzeczywistość jest tutaj, a nie po tamtej stronie komputera czy telewizora.
Pandemia, którą teraz przeżywamy, spowodowała, że cały świat wstrzymał oddech, jakby oglądał kinowy popis suspensu. Tym razem jednak zobaczyliśmy zagrożenie, które do tej pory wydawało się ekranową fikcją. Wyludnione ulice, pozamykane szkoły, nieczynne kina, kluby i teatry, puste półki sklepowe, z których błyskawicznie znika pieczołowicie dostawiany towar, zamaskowani żołnierze obrony terytorialnej celujący z termometrów w czoła podróżujących – to nie są kadry z kolejnego apokaliptycznego filmu. To wszystko dzieje się naprawdę. Pewnie niebawem doczekamy się wrzucanych na YouTube produkcji wideo własnej roboty, które będą relacjonować przebieg domowej kwarantanny. Już są krótkie formy pokazujące, jak ćwiczyć w domu, jak nie dać się nudzie. Popkultura kocha muskularnych bohaterów, a nie pogrążonych w malignie cherlaków. Słabi i chorzy robią się niewidzialni. Kwarantanna to czas kruszenia się relacji społecznych, odcinania sieci znajomych, globalnego osamotnienia. To też można zobaczyć w filmach. W różnych wymiarach.

Nie każdy jest jak MacGyver

W ustawie o zapobieganiu i zwalczaniu chorób zakaźnych u ludzi z 2008 r. kwarantanna definiowana jest jako „odosobnienie osoby zdrowej, która była narażona na zakażenie, w celu zapobieżenia szerzeniu się chorób szczególnie niebezpiecznych i wysoce zakaźnych”. Nie mylić z izolacją, która dotyczy chorych czy podejrzanych o chorobę. Tyle mówią przepisy. W ujęciu kulturowym kwarantanna ma dużo szersze znaczenie, wykraczające poza zestaw precyzyjnych pojęć klinicznych. – To czas zawieszenia ról społecznych. Nagłe i niespodziewane odcięcie od życia we wspólnocie, która nam te role wyznacza. Kwarantannie może towarzyszyć doświadczenie graniczne. Coś przerażającego, na co nie byliśmy gotowi; co wykracza poza nasze wyobrażenia i doświadczenia życiowe. Musimy na tę traumę jakoś zareagować, ale w stanie nagłej niewiedzy nie bardzo potrafimy skorzystać z narzędzi, które mogłyby to nam umożliwić – tłumaczy prof. Barbara Giza, kulturoznawczyni i filmoznawczyni z Uniwersytetu SWPS.
Co robić w takiej granicznej sytuacji? Niektórzy próbują odwołać się do utartych modeli kulturowych. Tak jak zrobił to legendarny prezydent Warszawy Stefan Starzyński, wzywając mieszkańców do obrony stolicy w czasie niemieckich bombardowań w 1939 r. Wówczas zadziałał mit niezłomnego bohatera epoki romantyzmu, który natchnął do niezłomnego oporu. Trauma spowodowana doświadczeniem granicznym może jednak wywoływać zupełnie inne skutki i kazać się wycofywać z pierwszej linii wojennego frontu w literacką ironię czy groteskę, czego można doświadczyć w okupacyjnej twórczości Karola Irzykowskiego z tamtego okresu. Współcześnie różne postawy wobec tego typu sytuacji granicznych (kryzysowych) podpowiada nam film. To kino daje inspirację do społecznych zachowań, sufluje wzorce. Problem w tym, że trudno pod wpływem dwugodzinnego filmu katastroficznego nabyć heroiczne cechy bohatera ratującego ludzi z płonącego wieżowca, skoro samemu nie bywa się na co dzień w takich okolicznościach, a gdyby nawet tak się złożyło, pewnie większość kandydatów na dzielnych wybawców w rzeczywistości zagrałaby bezbronną ofiarę. Łatwiej czerpać z ekranu wartości moralne niż moce nadprzyrodzone.
W takich sytuacjach, kiedy nikt nie przychodzi w sukurs i trzeba liczyć na samego siebie, znakomicie dawał sobie radę chyba tylko serialowy Angus MacGyver. W połowie lat 80. przygody amerykańskiego byłego agenta służb specjalnych śledzili z zapartym tchem telewidzowie na całym świecie. W każdym odcinku bohater grany przez Richarda Deana Andersona był poddawany czemuś na kształt społecznej kwarantanny – przetrzymywany w odosobnieniu zawsze potrafił wyjść z najgorszych opresji i to za pomocą szwajcarskiego scyzoryka czy taśmy izolacyjnej, trochę w stylu słynnego iluzjonisty Davida Copperfielda. Tylko że MacGyver zawsze działał w pojedynkę, więc poniekąd przywykł do bycia solistą (może był socjopatą?) obsadzanym w kryzysowych sytuacjach.
Co innego bohaterowie kanadyjskiego horroru SF „Cube”, których zadaniem było znaleźć wyjście z labiryntu wielu pokoi w kształcie sześcianu, jakby ktoś ich uwięził w środku kostki Rubika. Początkowo działają wspólnie, ale po chwili każdy obmyśla indywidualny plan ucieczki z tego dziwnego miejsca, które wygląda jak escape room, tyle że z prawdziwymi miotaczami ognia i drutem kolczastym. W obliczu rosnącego zagrożenia grupa jest raczej zbiorem osamotnionych jednostek. Każda z nich na własny rachunek walczy o życie i władzę nad pozostałymi. Społeczność rozsadzają konflikty. Dotychczasowi liderzy są degradowani do roli outsiderów, mędrcy wpadają w obłęd, a wrogość wyklucza współpracę. Jednostki w permanentnym zamknięciu zatracają zdroworozsądkowy impuls i choć mają do pomocy obdarzonych wieloma strategicznymi talentami kompanów, giną jedna po drugiej, bo myślą tylko o przetrwaniu. Szansę przetrwania zaś daje tylko praca zespołowa. Czyż to nie paradoks?
– W sytuacji zagrożenia ujawniamy niespotykane postawy. Dochodzą do głosu atawizmy biologiczne, takie jak strach, furia czy namiętność, które nie towarzyszą nam na co dzień. Jesteśmy zwalniani z obowiązku cywilizowanego uczestnictwa w życiu, toteż uruchamiamy różne mechanizmy obronne. Dobrze to widać zwłaszcza na filmach, w których człowiek znajduje się w niebezpieczeństwie bezpośrednio decydującym o jego dalszym być albo nie być. Przychodzi mi na myśl film klasy B „Mgła” o amerykańskim miasteczku zaatakowanym przez obcych. Mieszkańcy chronią się przed nimi w zamkniętym sklepie. Zostają w nim de facto uwięzieni, paraliżuje ich śmiertelny strach przed krwiożerczym nieznanym, więc po pewnym czasie dochodzi do konfliktów. Ktoś rzuca przeciwko komuś fałszywe oskarżenie, ktoś nastaje na życie innego. Wychodząc spod skrzydeł społeczeństwa, ludzie pozwalają sobie na zachowania, które przez to społeczeństwo nie byłyby tolerowane – mówi prof. Giza.

Koronawirusa mógł wymyślić Hitchcock

Filmowa izolacja niejedno ma oblicze. Częściej obcujemy z jej wymiarem społecznym aniżeli klinicznym, bo łatwiej postawić się w sytuacji osoby doświadczającej realnych problemów, takich, które mogą przytrafić się każdemu. A przecież wędrujące przez kontynenty wirusy, trzęsienia ziemi, trąby powietrzne czy tonące statki pasażerskie są mimo wszystko rzadkością. Dlatego z ciekawością i uwagą przyglądamy się samopoczuciu duńskiego nauczyciela ze skandynawskiego dramatu „Polowanie” (reż. Thomas Vinterberg), oskarżonego o molestowanie uczennicy, na co nie ma twardych dowodów, ale to nie przeszkadza małomiasteczkowej społeczności odsuwać się od mężczyzny i zaocznie skazać go na infamię. Można też przetrwać w izolacji dzięki stworzeniu sobie zastępczego świata z pomocą literatury i przeniesienia się na wolność myślami mimo fizycznych ograniczeń – do czego potrzeba niespotykanie silnej woli granego przez Andrzeja Chyrę Dawida z „Symetrii” (reż. Konrad Niewolski) – jemu kraty i mury więzienne nie zabierały przestrzeni do życia. Trochę podobną strategię ma Guido Orefice z włoskiego filmu „Życie jest piękne” Roberto Benigniego. Zamknięty razem z synem w obozie koncentracyjnym, przekonał małego chłopca, że całe to więzienie jest fikcją, grą sprawnościową, w czasie której trzeba gromadzić punkty, aby na końcu wygrać czołg, i to dlatego ludzie bywają tacy nieludzcy – bo im też na tej wygranej zależy. Mamy też wstrząsające, osadzone w mrokach stalinizmu „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, w którym przyjaciel może zdradzić, a wróg czasami może okazać się ludzki.
Trudniej utożsamiać się z filmami ukazującymi bezradność jednostki wobec natury. Takimi jak choćby „Park Jurajski”, gdzie odesłane na śmietnik historii dinozaury to nie muzealne szkielety w gablocie, tylko pożerające ludzi bestie. Albo „Jumanji”, gdzie niewinne kości do gry planszowej wywracają do góry nogami wielkomiejską rzeczywistość, zamieniając ją w dżunglę, po której pędzi stado słoni i tratuje samochody na ulicach. Zagrożenia płynące ze strony natury wydają się abstrakcyjne, jednak pandemia koronawirusa pokazuje, że to zaklinanie rzeczywistości. Oto napotykamy realne zagrożenie i nie bardzo wiemy, jak walczyć z tym żywiołem. Łatwiej jest ciąć mieczem armie wampirów, jak filmowy Blade, niż stawić czoło siłom natury, nie mając ku temu narzędzi. Izolacja na niewiele się zdaje, bo problem cały czas pozostaje na zewnątrz, a przecież kiedyś trzeba wyjść z domu.
– Dobrze to widać u Hitchcocka, w „Ptakach”. Tam bohaterom nie zagrażają wampiry ani żadne siły nadprzyrodzone, tylko zwykłe ptaki, które atakują ludzi z niewyjaśnionych przyczyn. To jest niezawiniona sytuacja, nie ma tu motywu winy ani kary tak często spotykanego w amerykańskich filmach. Tu sama natura okazuje się śmiertelnym zagrożeniem dla człowieka. Kto by przypuszczał, że – zazwyczaj bliska i przyjazna – przyniesie śmierć i to za pośrednictwem dziobiących ludzi ptaków, których obecności w naszym życiu na co dzień prawie nie dostrzegamy. W „Ptakach” widzimy, jak bohaterowie chronią się w domu, zabijają drzwi i okna, ale w końcu opuszczają dom i odjeżdżają samochodem nie niepokojeni przez skrzydlatych oprawców, co równie trudno wytłumaczyć, jak wcześniejsze ataki. Zazwyczaj bohaterowie amerykańskich filmów postawieni w sytuacji granicznej coś robią: działają, ratują innych; a u Hitchcocka nie pojawia się wybawca ani inny superbohater. Co to nam mówi o obecnej rzeczywistości? Że koronawirusa też trzeba będzie przeczekać i że relacje jednostek, grup, społeczeństw, mogą być różne, niekiedy niezrozumiałe, irracjonalne. Trudno sobie wyobrazić zwykłego człowieka, który znajdzie w sobie moc, poczuje, że jest niezwykły i ocali ludzkość. To recepta kina hollywoodzkiego, które zwykle kończy się happy endem. Ale życie nie jest filmem. Poza tym amerykańska wizja triumfu dobra nad złem nie zawsze rymuje się z polską kulturą – uważa prof. Giza.

Widz ma się bać na niby

O samej kwarantannie nakręcono mnóstwo filmów (jest to zazwyczaj kino klasy B lub C), których bohaterowie muszą zmagać się jednocześnie z postaciami ze zbiorowej wyobraźni. Uciekają więc przed zombi, demonami czy innymi bliżej niezidentyfikowanymi potworami. Widz ma się bać (horrory) albo nie wierzyć w to, co widzi (science fiction), a niekoniecznie współczuć bohaterom objętym przymusową kwarantanną, jak reporterce telewizyjnej i jej kamerzyście w filmie „Kwarantanna”, którzy kręcąc dokument o nocnej pracy straży pożarnej, muszą przetrwać w zamkniętym budynku z innymi ludźmi. Zdrowi atakowali tam chorych i zarażali się wirusem, więc zdani na siebie bohaterowie krzyczeli, histeryzowali i uciekali, dopóki nie dokonali ekranowego żywota. Niczego nowego się z tego obrazu nie dowiadujemy, poza tym, że odosobniony człowiek w sytuacji zagrożenia reaguje paniką i nie może liczyć na innych, bo to oni mogą się okazać źródłem niebezpieczeństwa.
Są i ambitniejsze produkcje, jak nakręcone trzy lata temu „To przychodzi po zmroku” (reż. Trey Edward Shults), w którym zagrożenia nie widać, ale ono jest wyczuwalne i powoli skrada się do domowników, testując wytrzymałość ich więzi społecznych. Groźny wirus atakuje nestora rodu, a ojciec z synem wywożą umierającego dziadka taczką do lasu, gdzie mężczyzna zabija teścia z broni myśliwskiej i pali jego zwłoki, aby oddalić od reszty rodziny widmo niebezpieczeństwa.
Bywa, że kwarantanna, pozwalająca bohaterowi być w gronie szczęśliwie ocalonych z pożogi, wyzwala altruistyczne odruchy i skłania ludzi do rezygnacji z bezpieczeństwa. Tak robi Marc, bohater hiszpańskiego thrillera „To już ostatnie dni” (reż. Àlex i David Pastor), kiedy wychodzi z bezpiecznego ukrycia szukać w zdziesiątkowanym przez chorobę mieście ukochanej Julii. Jest też poruszający australijski „Ładunek” (reż. Ben Howling i Yolanda Ramke) o samotnym ojcu, który razem z małą córką przemierza apokaliptyczną scenerię w poszukiwaniu schronienia dla dziecka przed atakami zombi. Ma tylko dwie doby, bo sam jest zakażony. Po drodze para bohaterów spotyka kilkuletnią Aborygenkę, która próbuje sprowadzić pomoc dla zakażonego ojca. W tym filmie w obliczu katastrofy relacje społeczne (szczególnie rodzinne) nie pozwalają być obojętnym na losy jednostki, która pozostaje w odosobnieniu skazana na łaskę i niełaskę innych.
Tyle wiemy z filmów. A co wiemy o sobie? Czy odosobnieni przez dwa tygodnie, miesiąc, a może dwa, rozmyślając o zagrożeniu, które czyha gdzieś na ulicy czy w sklepie, będziemy w stanie dalej świadczyć sobie pomoc, robić zakupy osobom starszym, aby nie musiały niepotrzebnie wychodzić z domu? Czy nabierzemy do siebie większej nieufności i wrogości, stygmatyzując jednostki, które są nosicielami koronawirusa?
– Skutki oddalenia społecznego mogą być fatalne. Dystans rodzi psychozę, agresję, anomię. Na razie wszystko działa bez zarzutu. Po zamknięciu szkół i restauracji i przejściu wielu osób na pracę zdalną zapanował nawet gdzieniegdzie hurraoptymizm. Ludzie wsiadają na rowerek treningowy, uczą się z dziećmi, tylko pytanie, na jak długo wystarczy im energii? Fundamentem społeczeństwa są relacje międzyludzkie, a zewsząd słyszymy: izolujcie się! Technologia też na dłuższą metę nie zastąpi kontaktu z żywym człowiekiem, ponieważ badania dowodzą, że im więcej czasu spędzamy w mediach społecznościowych, tym gorsze mamy samopoczucie. Kwarantanna jest potrzebna z powodów epidemiologicznych, ale nie jest wskazana ze względów psychologicznych – uważa dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS.
Długotrwała kwarantanna spowodowana kornawirusem może osłabiać siłę więzów społecznych. Tym bardziej że – na co zwracają uwagę eksperci – Polska nie jest krajem o wysokim poziomie zaufania społecznego. Od kiedy wolność słowa i wolność osobista nie są ograniczane, ludzie zaczęli również bardziej szanować swoją prywatność i już nie tak chętnie przyjmują w niedzielę niezapowiedzianych gości. Trudniej budować wspólnotowość i bliskość. Jak więc wytrzymać w izolacji i wrócić do społeczeństwa, kiedy kwarantanna dobiegnie końca i trzeba będzie jakoś posklejać poodcinane relacje?
– Jeszcze niedawno na jednym spotkaniu wyciągnęłam rękę na powitanie. Usłyszałam pół żartem, pół serio „To co, jednak się witamy?”. Uściśnięcie dłoni mocno determinuje nas kulturowo. Nie wyobrażam sobie, że można by tego trwale zaprzestać, bo to byłby właśnie symbol izolowania się człowieka od człowieka. Teraz jest taka konieczność, ale jak już to wszystko się skończy, trzeba będzie chyba zorganizować kampanię społeczną „Podaj rękę”, aby odbudować do siebie zaufanie i bliskość kontaktów społecznych – mówi dr Jarczewska-Gerc.