Paręset milionów? Kilka miliardów? Tego nie wie nikt, może poza samym zainteresowanym. Chociaż prezydent USA robił dotąd wszystko, co w jego mocy, aby ukryć stan swoich finansów, to mogą one stać się jednym z tematów kampanii wyborczej.
Magazyn DGP z 13 marca 2020 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Wzystko zależy od dziewięciu najważniejszych amerykańskich sędziów. Pod koniec marca przed Sądem Najwyższym USA odbędzie się pierwsze posiedzenie w sprawie, która w skrócie przedstawia się następująco: kilka komisji w Kongresie zażądało dostępu do informacji finansowych Trumpa. Prezydent zablokował ujawnienie tych danych na drodze sądowej. Sprawa przeszła przez wyższe instancje i w końcu trafiła na wokandę SN.
Reklama
Dlaczego prezydenckimi finansami musi się zajmować aż Sąd Najwyższy? Ano dlatego, że Trump, wbrew panującemu obyczajowi i pomimo wielokrotnie składanych obietnic, nie opublikował po objęciu urzędu swoich formularzy podatkowych. To oczywiście stało się wodą na młyn spekulacji, że wartość jego majątku nie jest tak wysoka, jak ten zwykł ją szacować publicznie – czyli na miliardy.
To dlatego niedawno satyryk John Oliver mógł żartować, że jednym z największych osiągnięć biznesowych Trumpa byłaby wygrana w procesie o zniesławienie z dziennikarzem Timothym O’Brienem, który w 2006 r. wydał „Trump Nation: The Art of Being Donald” (Kraj Trumpa: sztuka bycia Donaldem). Biznesmen podał autora do sądu o 5 mld dol. zadośćuczynienia, bo autor oszacował majątek prezydenta na „zaledwie” 150–250 mln dol. „Zwycięstwo byłoby bardzo ważne dla Trumpa – w końcu zostałby miliarderem” – śmiał się Oliver, gospodarz „The Last Week Tonight”.

Reklama

Przeszacuneczek

Ostatecznie sąd oddalił powództwo i do procesu nigdy nie doszło, a O’Brien mógł odetchnąć z ulgą (nawet jeśli sprawa zakończyłaby się porażką Trumpa, to dziennikarza mogłyby dobić rachunki za obsługę prawną). Na wiadomość od prezydenckich prawników teraz czeka David Enrich, dziennikarz „The New York Times” oraz autor książki „Dark Towers: Deutsche Bank, Donald Trump and Epic Trail of Destruction” (Mroczne wieże: Deutsche Bank, Donald Trump i imponujący ślad zniszczenia). Enrich pewnie naraził się prezydentowi, pisząc, że księgowym w Deutsche Banku wyszło kiedyś, iż jego majątek to mniej więcej jedna czwarta tego, co deklarował (ok. 800 mln zamiast 3 mld dol.).
Te szacunki sięgają początków współpracy banku z biznesmenem pod koniec lat 90. Teraz Trump jest pewnie wart znacznie więcej. Ubiegłoroczny ranking „Forbesa” ocenia jego majątek na 3,1 mld dol. Co zapewnia obecnemu prezydentowi upragnione miano miliardera – nawet jeśli sam widziałby się bliżej magicznej bariery 10 mld dol. Bo na przestrzeni lat Trump notorycznie przesadzał, kiedy opowiadał o swoich finansach. W 1976 r. (miał wtedy 30 lat) na łamach „The New York Times” w jednym z pierwszych artykułów na swój temat określił wartość posiadanego majątku na „ponad 200 mln dol.”. Jak po latach ustalił dziennik, Trump po prostu podał wtedy wycenę dobytku swojego ojca, legendarnego nowojorskiego dewelopera Freda Trumpa. W rzeczywistości jego dochód podlegający opodatkowaniu wynosił wówczas ok. 24,5 tys. dol.
Nikt oczywiście nie twierdzi, że prezydentowi brakuje pieniędzy; z pewnością ma ich bardzo dużo. Z perspektywy przeciętnego wyborcy ćwierć miliarda to wartość tak samo abstrakcyjna jak 10 mld. Elementem tej wartości jest sama marka – nazwisko „Trump”, przez lata naklejane było na wszelkie możliwe przedsięwzięcia biznesowe, od szkolnictwa, przez linie lotnicze, alkohole, aż po pola golfowe, hotele i inne nieruchomości (o telewizyjnym programie „The Apprentice” nie wspominając). A kluczowym składnikiem tej marki jest historia genialnego biznesmena i mistrza dobijania targu, który na początek dostał od ojca skromny milion dolarów, który zamienił w 10 mld.

Dziany młodzian

Ta narracja jest rażąco nieprawdziwa, czego dowodzi w swoim śledztwie „The New York Times”. Na podstawie setek wywiadów i dziesiątek tysięcy dokumentów dziennik ustalił, że prezydent Stanów Zjednoczonych zawdzięcza ojcu znacznie więcej niż niewielki kapitał początkowy i garść dobrych rad. Fred Trump bardzo szybko po założeniu rodziny zaczął bowiem podejmować kroki mające na celu zabezpieczyć finansową przyszłość swoich dzieci (prezydent miał czwórkę rodzeństwa; starszy brat Fred junior zmarł w 1981 r.).
Kiedy Donald był jeszcze trzyletnim berbeciem, to już zarabiał dzięki ojcu ok. 200 tys. dol. rocznie. Milionerem został w wieku ośmiu lat. Na rok przed osiemnastką Fred senior uczynił go współwłaścicielem budynku z 52 mieszkaniami (budowa całych bloków na wynajem – relatywna nowość nad Wisłą – w Stanach jest normą od dziesięcioleci; na tym zbił majątek Trump senior). Kiedy Donald kończył college (22 lata), na jego konto rocznie spływał okrągły milion dolarów. A gdy dobijał do pięćdziesiątki, było to nawet pięciokrotnie więcej.
Oczywiście młody Trump nie znajdował tych pieniędzy pod choinką; Fred senior był niezwykle kreatywny, jeśli chodzi o sposoby transferu bogactwa na dzieci. Należały do nich trusty (czyli specjalne instrumenty prawne pozwalające przenosić własność lub środki finansowe z jednej osoby na drugą), ale pieniądze płynęły też pod płaszczykiem normalnej działalności biznesowej. Stary Trump zatrudnił syna w swojej firmie i wypłacał mu wynagrodzenie. Wynagradzał go też za świadczenie różnych usług stworzonym przez siebie spółkom i postawił go na ich czele. W ten sposób Donald stał się dla ojca bankierem, konsultantem, menedżerem nieruchomości i nadzorcą.
Dodatkowo Trump senior udzielał juniorowi pożyczki za pożyczką (wiele nigdy nie spłacono), a także ustanowił go udziałowcem w posiadanych przez siebie nieruchomościach. A miał co dzielić: był właścicielem lub udziałowcem całych osiedli mieszkaniowych w Nowym Jorku (np. Trump Village, kompleksu siedmiu bloków na Coney Island), łącznie ok. 7 tys. mieszkań.
Według ustaleń „The New York Times”, kiedy Donald Trump miał 29 lat, otrzymał od ojca łącznie ok. 9 mln dol. Piętnaście lat później, w 1990 r., wartość ta urosła do 46,2 mln dol. Łącznie, jak wyliczyła gazeta, biznesmen dostał od seniora ekwiwalent obecnych 418 mln dol.

Ojcowska kroplówka

W artykule z 1976 r. Donald Trump chełpił się: „Do tej pory nie zrobiłem jeszcze kiepskiego interesu”. I zabrał jego autorkę na objazd po „swoich” biznesach i opowiadał o „swoich” ambitnych planach deweloperskich. Fred senior nie tylko finansował wszystkie inwestycje, lecz nawet płacił za leasing cadillaca, którym jeździli. Mimo to nie mógł się nachwalić syna: „Wszystko, czego się dotknie, zamienia się w złoto”. Słowem nie wspomniał o tym, że pomagał młodemu w tych cudownych transmutacjach – a w razie potrzeby chronił także przed upadkiem.
Przykładem są choćby kasyna – biznes, w którym młody Trump wyjątkowo chętnie topił pieniądze. Jednym z nich było „Trump’s Castle” (Zamek Trumpa) w Atlantic City. Biznesmen kupił je od sieci Hilton po tym, jak nie udało się jej otrzymać od stanu New Jersey pozwolenia na prowadzenie działalności hazardowej. Nabycie i wykończenie kasyna Trump sfinansował z emisji obligacji, ale interes nie okazał się aż tak dochodowy, jak oczekiwał, i pojawił się problem ze spłatą należności. Kiedy w grudniu 1990 r. okazało się, że nie będzie miał z czego pokryć 18,4 mln dol., których zbliżał się termin płatności, ojciec wysłał do Atlantic City swojego zaufanego księgowego Howarda Snydera z walizką pieniędzy. Snyder po prostu kupił w Zamku żetony o wartości 3,3 mln dol., a następnie zostawił je w kasynie, nie obstawiając ani jednego zakładu.
Początek lat 90. był dla młodego Trumpa kiepskim okresem. Zbankrutowały nie tylko jego kasyna, lecz także linia lotnicza Trump Shuttle, którą ostatecznie musiał sprzedać. W upadłościach i restrukturyzacjach pomagał mu oczywiście Fred Trump – na przykład gwarantując pożyczkę bankową o wartości 65 mln dol. pod zastaw jednego z bloków mieszkalnych ojca.
Jak podsumowuje „The New York Times”, łącznie senior pożyczył synowi znacznie więcej niż deklarowany przez niego po dziś dzień milion dolarów. Łącznie mogło to być nawet 60 mln dol.
O skali tej pomocy niech świadczy choćby fakt, że gdy ojciec Donalda zmarł w czerwcu 1999 r. w wieku 93 lat, na koncie miał niewiele ponad milion dolarów. A najważniejszym składnikiem jego majątku był weksel o wartości 10 mln dol. wystawiony przez syna. Mimo że kiedyś tak jak on figurował na liście najbogatszych Amerykanów kompilowanej przez magazyn „Forbes”. Stan finansów Freda Trumpa pod koniec jego życia był efektem bardzo skomplikowanej operacji przenoszenia majątku na dzieci. W jej ramach przekazał im nieruchomości warte prawie miliard dolarów, unikając płacenia 55-proc. podatku spadkowego. Tylko z ich sprzedaży w 2004 r. obecny prezydent zainkasował 236 mln dol. (wówczas 177 mln).

Deutsche Trump

Donald Trump nie jest więc może aż takim geniuszem biznesowym, jak lubi o sobie mówić, ale trudno też nazwać go nieudacznikiem. W końcu nie każdy ma umiejętność autopromocji, która pozwala zbudować znaną markę. Sam prezydent w 2013 r. wyceniał ją na 4 mld dol., jak wynika z dokumentów, które przed Kongresem przedstawił jego były osobisty prawnik Michael Cohen (odsiaduje wyrok za nielegalną wpłatę na kampanię wyborczą, jak prokurator zakwalifikował pieniądze przekazane aktorce filmów porno Stormy Daniels za milczenie w sprawie rzekomego romansu z prezydentem).
To marka sprawiła, że Trump był w stanie podnieść się – i to w wielkim stylu – po porażkach z początku lat 90. Dzięki sile swojego nazwiska udało mu się wówczas pozyskać partnera biznesowego, który „stał się główną siłą, jaka pozwoliła Trumpowi odbić się od wielu bankructw, nabyć i wyremontować ekskluzywne nieruchomości oraz na nowo obsadzić się w roli biznesmena z sukcesami – sensownego kandydata na prezydenta” – napisał w swojej książce Enrich. Tym partnerem okazał się Deutsche Bank, w latach 90. świeży gracz na amerykańskim rynku.
Instytucji z Frankfurtu bardzo zależało na tym, żeby zdobyć przyczółek po drugiej stronie Atlantyku, który pozwoliłby na globalną ekspansję. Aby szybko rozwinąć biznes w Stanach Zjednoczonych, centrala dała przyzwolenie na ryzykowne inwestycje, a Donald Trump w połowie lat 90. był bardzo ryzykowną inwestycją. Na tyle, że bankierzy z Wall Street wymyślili osobny typ ryzyka związany z wchodzeniem w interesy z Trumpem: „ryzyko Donalda”.
Kilka instytucji bowiem poważnie sparzyło się na interesach z synem Freda. Wśród nich był np. bank Merrill Lynch, który pod koniec lat 80. pomógł Trumpowi zorganizować sprzedaż obligacji o wartości 675 mln dol. Pieniądze miały posłużyć do budowy kasyna Taj Mahal w Atlantic City. Oczywiście bank, który angażuje się w sprzedaż papierów dłużnych swoim klientom, niejako firmuje inwestycję swoim szyldem i nie inaczej było w tym przypadku. Jaka więc musiała być wściekłość menedżerów banku, kiedy Trump budowę dokończył, ale wkrótce przestał spłacać swoje zobowiązania i ogłosił bankructwo, a oni zostali z nadszarpniętą opinią i niezłym bałaganem do posprzątania.
Pomimo tej kiepskiej opinii Deutsche Bank nie tylko wszedł w interesy z Trumpem, ale też się z nich nie wycofywał, kiedy kończyły się fiaskiem. Przykładem jest choćby inna emisja obligacji przeprowadzona już pod szyldem instytucji z Frankfurtu: 485 mln dol., które także miały pójść na renowację kasyn. Początkowo handlowcom Deutsche nie udało się znaleźć chętnych na śmieciowe papiery dłużne o bardzo wysokim oprocentowaniu. Wtedy jednak postanowił zmotywować ich sam Trump, obiecując, że jeśli uda im się emisja obligacji, to zawiezie ich swoim prywatnym odrzutowcem do Mar-a-Lago na Florydę, gdzie będą mogli bawić się na jego koszt przez cały weekend.
Handlowcy złapali więc za telefony i nadludzkim wysiłkiem znaleźli klientów na obligacje. Szef działu zadzwonił z dobrą nowiną do Trumpa i postanowił przypomnieć mu o weekendowej obietnicy. „E, niemożliwe, żeby o tym pamiętali” – miał odpowiedzieć biznesmen. Ale przyciśnięty do ściany uhonorował własne słowa. Nie zmienia to faktu, że wkrótce przestał spłacać obligacje, powtarzając manewr z czasów współpracy z Merrillem Lynchem.
Mimo to amerykański oddział niemieckiej instytucji nie zamierzał przerywać współpracy z Trumpem; bank inkasował zbyt wiele prowizji ze wspólnych interesów. Z tego względu obecny prezydent nie miał problemu z otrzymywaniem coraz wyższych kredytów. Pierwszy opiewał na 125 mln dol.; biznesmen wyremontował za to Trump Building, 71-piętrowy wieżowiec z 1930 r. Następny zamknął się w 300 mln dol. i poszedł na budowę Trump World Tower, apartamentowca w Nowym Jorku. Później Trump otrzymał jeszcze 640 mln na budowę hotelu i apartamentowca w Chicago.
To z tym ostatnim wieżowcem związana jest inna historia opisana przez Enricha. Kiedy w Stany Zjednoczone w latach 2007–2008 uderzył kryzys finansowy, doszło do załamania na rynku nieruchomości. Nagle luksusowe apartamenty, które Trump sprzedawał w swojej wieży w Chicago, przestały znajdować nabywców. Prawnicy biznesmena wpadli wówczas na pomysł, żeby powołać się na klauzulę o „sile wyższej” – uznali, że trawiąca kraj katastrofa gospodarcza jest bezprecedensowych rozmiarów. Deutsche Bank oczywiście pozwał Trumpa; biznesmen odpowiedział swoim pozwem, w którym oskarżył niemiecki bank o nielegalne praktyki i zażądał 3 mld dol. odszkodowania.
Pomimo to interesy robili aż do końca 2016 r., kiedy biznesmen został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Na centralę we Frankfurcie padł wtedy blady strach, że każda transakcja banku z nowojorczykiem stanie się przedmiotem zainteresowania mediów i poszukiwaczy politycznego błota. Bankierzy obawiali się także scenariusza, w którym Trump przestałby zwracać im pieniądze – co mieliby wtedy zrobić, wysłać komornika do Białego Domu? Zaordynowano nawet wewnętrzne dochodzenia mające na celu ustalić, jak to było możliwe, że amerykański oddział tak długo robił biznesy z Trumpem (łącznie pożyczono mu 2 mld dol., z których większość spłacił). Wynik? Problemy z komunikacją wewnątrz banku, słaby nadzór, a także kultura zorientowana na zysk.
Deutsche Bank jest jedną z instytucji, którą Kongres wezwał do przekazania dokumentów finansowych Trumpa. Jeśli Sąd Najwyższy zadecyduje, że instytucja powinna to zrobić, to o tym biznesowym partnerstwie przyjdzie nam jeszcze usłyszeć – być może nawet przed kampanią.