Kluczem do zwycięstwa w wyborach prezydenckich jest dotarcie do wyborców umiarkowanych – twierdzą politycy PO. Z kolei PiS nie wierzy w mityczne centrum i stawia na mobilizację twardego elektoratu. Kto jest bliżej prawdy?
Magazyn DGP 7 lutego 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Gdy w tym tygodniu marszałek Sejmu Elżbieta Witek zarządziła wybory prezydenckie na 10 maja, oficjalnie weszliśmy w kampanijne tryby. Szykuje się ostatnie starcie w ramach wyborczego „czwórboju”, które może się okazać punktem zwrotnym dla przyszłości PiS i PO.
Reklama
Reelekcja Andrzeja Dudy będzie symbolicznym potwierdzeniem, że zdaniem suwerena Zjednoczona Prawica trzyma właściwy kurs, np. w kwestii zmian w wymiarze sprawiedliwości (przynajmniej w sensie politycznym). Jej porażka da wiatr w żagle dla całej opozycji i spowoduje potężne rozchwianie w obozie rządzącym, które mogłoby doprowadzić do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Niewykluczone, że będziemy też świadkami niespodziewanego sukcesu kandydata reprezentującego tzw. trzecią drogę (np. Władysława Kosiniaka-Kamysza).
Wszyscy uczestnicy prezydenckiego wyścigu oraz ich zaplecze muszą teraz podjąć decyzję, z jakim przekazem wyjść do wyborców. Ale najpierw konieczne jest ustalenie, do kogo konkretnie ma on być zaadresowany. Diagnozy stawiane w tym kontekście przez działaczy PO i PiS bywają skrajnie różne.

Reklama
Politycy Platformy w rozmowach z DGP konsekwentnie powtarzają, że niezbędnym warunkiem zwycięstwa jest zbudowanie w wyborcach wiary, że są „silną partią racjonalnego centrum” i wypisanie się z wyścigu na populizm. – Widać, że Polacy, których nie przekonują radykalizmy z prawej czy z lewej strony, oczekują pragmatycznych rządów, trzymających się pewnych zasad, podzielających umiarkowane wartości i pozwalających osiągnąć stabilizację. To istotne zwłaszcza w wyborach prezydenckich, bo w nich bierze udział wiele osób, które na co dzień nie interesują się polityką – przekonuje poseł PO Jan Grabiec. Jak dodaje, sprawy „ważne dla ludzi” zmieniają się przy okazji każdego głosowania. – Nie istnieje jakiś zestaw zaklęć, które zadziałały pięć lat temu w kampanii prezydenta Dudy i teraz też sprawią, że ci sami ludzie go poprą. To kwestia poszukiwania właściwego języka, odpowiedniego nazwania tego, czego ludzie dziś oczekują – podkreśla Grabiec. Ocena ta jest oparta choćby na tym, że w ostatnich wyborach sejmowych trzy ugrupowania opozycyjne – Koalicja Obywatelska, lewica i ludowcy – łącznie zgarnęły ok. 8,9 mln głosów, tj. o 900 tys. więcej niż PiS (z którego list startowali też ziobryści i gowinowcy). I właśnie o tych kilkaset tysięcy wyborców – określanych przez polityków PO jako umiarkowanych – toczy się dzisiaj gra. To do nich ma dotrzeć Małgorzata Kidawa-Błońska, zwłaszcza jeśli dojdzie do drugiej tury wyborów i trzeba będzie łowić głosy w bazie oponentów.
Po drugiej stronie mamy PiS, którego przedstawiciele z reguły przekonują nas, że pojęcie centrum – w kontekście elektoratu gwarantującego wyborczy sukces – jest równie oderwane od rzeczywistości, co sformułowanie „prezydent wszystkich Polaków”. – To wymysł publicystyczny. Kluczowa jest mobilizacja własnego elektoratu, co pokazały poprzednie wybory, zwłaszcza do europarlamentu i do Sejmu – twierdzi polityk partii rządzącej.
– Wyborcze abecadło mówi, że wygrywa ten, kto uruchamia swój elektorat, więc to będzie profrekwencyjna kampania – potwierdził w czwartkowym wywiadzie dla DGP Stanisław Karczewski, wicemarszałek Senatu i szef sztabu PiS w kampanii parlamentarnej z 2015 r. Wszystko to – jego zdaniem – nie wyklucza prób sięgania po szerszy elektorat, również PO. – Analizujemy przekrój wyborców, do pozyskania jest elektorat centrowy.
Można się spodziewać, że PiS oraz Andrzej Duda raczej podtrzymają twardy kurs w kampanii. Widać to w ostatnich tygodniach po ostrych wypowiedziach prezydenta o środowisku sędziowskim. Przypieczętowaniem tego podejścia było podpisanie w miniony wtorek ustawy dyscyplinującej sędziów (przez jej przeciwników nazywanej ustawą kagańcową lub represyjną).
Zjednoczona Prawica nie jest jednak monolitem w sprawie formuły przekazu wyborczego. Tuż przed podpisaniem ustawy dyscyplinującej Andrzej Duda zaskoczył deklaracją w sprawie związków partnerskich, złożoną na łamach „Wprost”: „Gdyby chodziło o status osoby najbliższej, ułatwiający takie sprawy, jak wzajemne wspieranie się, troskę, dowiadywanie się o stan zdrowia, to jako prezydent podpisanie takiej ustawy poważnie bym rozważył” – powiedział prezydent. Można to było odebrać jako nieśmiałą próbę wyciągnięcia ręki w stronę wyborców raczej niechętnych dotąd PiS. Gdyby nie to, że jeszcze tego samego dnia sprawę błyskawicznie przeciął wicepremier Jacek Sasin w TVN24, mówiąc, że „dopóki PiS ma większość, to taka ustawa się nie pojawi, więc prezydent nie będzie miał dylematu”. Na złagodzenie kursu na pewno nie zgodzi się Solidarna Polska, która w tę sobotę organizuje w Warszawie konwencję poświęconą zmianom w sądownictwie. – Musimy być konsekwentni i nie poddawać się w obliczu presji, która zagraża naszej suwerenności – nawoływał na Twitterze wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta.
Jego partyjny kolega, poseł Jan Kanthak, sugeruje, że konwencja Solidarnej Polski to odpowiedź na oczekiwania ludzi co do przebudowy państwa. – Fakt, że PiS drugi raz wygrał samodzielne rządy, jest efektem m.in. przeprowadzanej reformy wymiaru sprawiedliwości – przekonuje Kanthak. Co niedawno było widać – jak podkreśla – na spotkaniu mieszkańców Opola Lubelskiego z Andrzejem Dudą. – Gdy prezydent zaczął odnosić się do kwestii zmian w sądownictwie, uzyskał największy aplauz. Społeczeństwo tej reformy się domaga – twierdzi poseł. Przyznaje jednocześnie, że w jego ugrupowaniu istnieje świadomość zagrożeń, jakie niesie za sobą twardy kurs. – Opozycja i część środowiska sędziowskiego chcieliby wywołać kompletny paraliż w czasie wyborczym, by uderzyć chaosem w prezydenta Dudę, bo przecież ustawa dotycząca KRS i Izby Dyscyplinarnej SN jest jego autorstwa – mówi DGP Kanthak.
Pytanie, który przekaz w nadchodzących wyborach okaże się skuteczniejszy – stonowany, skierowany do umiarkowanych wyborców (preferowany przez PO) czy zdecydowany, obliczony na aktywizację własnego elektoratu (forsowany przez PiS)? – Trzeba zmobilizować swój elektorat, ale gdybym na tym poprzestał, ograniczałbym swoje szanse, zamiast je zwiększać – ocenia prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Nieco inaczej na sprawę patrzą eksperci. – PO od kilku wyborów źle diagnozuje sytuację, skupia się na miastach, w których i tak wygrywa. Aby odnieść sukces, musi większą uwagę zwrócić na prowincję – ocenia Bartosz Brzyski z Klubu Jagiellońskiego. Według niego trudno też dziś przewidzieć, czy PiS do końca kampanii utrzyma dotychczasowy kierunek. – To zależy od sytuacji w sądownictwie. Kluczowe jest to, co się stanie po wyborze nowego I prezesa SN, czyli w okresie marca, kwietnia. Może być tak, że PiS, osiągnąwszy swój cel w tym zakresie, złagodzi retorykę. Wyborcy mają krótką pamięć, więc to, co teraz się dzieje wokół sądów, nie musi odegrać kluczowej roli w pozostałej części kampanii – dodaje Brzyski. – Jest grupa 500–800 tys. wyborców, którzy są pośrodku. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę, że średnio głosuje 16–17 mln ludzi – nie. Ale grupa ta może zdecydować, kto zostanie ostatecznie prezydentem. Sama go nie wykreuje, ale od tego, czy pójdzie do urn i na kogo zagłosuje, może zależeć wynik drugiej tury – twierdzi Marcin Duma z agencji United Surveys, zajmującej się badaniami opinii społecznych.
Z drugiej strony ostatnie wybory parlamentarne pokazały, że można skutecznie sięgnąć po rezerwy we własnym elektoracie. – PiS miał całą strategię w wyborach parlamentarnych ustawioną właśnie pod to. W jakimś stopniu się ona sprawdziła, choć walka o mobilizację wyborców wyszła mu trochę bokiem, bo nie następuje ona tylko po jednej stronie – zaznacza Duma. Jego zdaniem Małgorzata Kidawa-Błońska na tym etapie kampanii ma potencjał na maksymalnie ok. 40 proc. głosów; Robert Biedroń mógłby wywalczyć nie więcej jak 20 proc., podobnie Szymon Hołownia. Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz według Dumy ma szanse na 27 proc., co oznacza, że przy bardzo złej kampanii Kidawy-Błońskiej stanowiłby dla niej realne zagrożenie. Maksymalny potencjał Krzysztofa Bosaka to tylko 11 proc.
Na razie wszystko wskazuje, że będą dwie tury wyborów i że do drugiego etapu wejdą Małgorzata Kidawa-Błońska i Andrzej Duda. – W tej kalkulacji nikt nie musi się szczególnie martwić o mityczne centrum. Dla Andrzeja Dudy ważniejsza jest mobilizacja swoich wyborców i to, by nie stracić głosów na rzecz Krzysztofa Bosaka, niż starać się o centrum. Z kolei dla Kidawy-Błońskiej kluczowa będzie relacja jej wyniku do rezultatu Dudy oraz to, ile jest w stanie wyszarpać kandydatom z trzeciego i czwartego miejsca. To właśnie w drugiej turze centrum może odegrać dużo większą rolę i przechylić szalę na korzyść jednego z kandydatów. – Na Kidawę-Błońską mogłoby zagłosować mniej niż połowa wyborców PSL. Nie jest też oczywiste, że większość elektoratu lewicy by ją wybrała. No i mamy też tych 500–800 tys. osób, które są pośrodku i dopuszczają możliwość zagłosowania zarówno na Kidawę-Błońską, jak i Dudę. Odpuszczenie ich może kogoś kosztować pięcioletnią kadencję w Pałacu – ocenia Marcin Duma.
Taktyka Platformy wiąże się z ryzykiem, że baza umiarkowanych wyborców z mitycznego centrum, którzy pójdą do urn, nie okaże się tak duża, jak zakładano. A zdolność Małgorzaty Kidawy-Błońskiej do zjednania sobie w drugiej turze ludzi, którzy w pierwszej turze zagłosują na innych kandydatów opozycji, może być przeceniana.
Z kolei problemem PiS jest to, czy rezerwy w jego własnym elektoracie są dostatecznie duże, by zdystansować konkurencję i czy formacja ta nie osiągnęła już swojego maksimum. W ostatnich wyborach do Sejmu, przy rekordowej frekwencji, partia Jarosława Kaczyńskiego zdobyła nieco ponad 8 mln głosów. Andrzej Duda musi teraz wykręcić jeszcze lepszy wynik, by wygrać (w 2015 r. w I turze uzyskał ponad 5 mln głosów, a w II turze – 8,6 mln, tj. o 518 tys. więcej niż Bronisław Komorowski). Zadanie to może być trudne, zwłaszcza jeśli do urn pójdzie np. 18–19 mln ludzi, a PiS nie porzuci twardego kursu, który niekoniecznie podoba się niezdecydowanym.
– Historycznie urzędujący prezydent wykazuje zwykle tendencję spadkową w sondażach, a jego kontrkandydaci rosną w siłę. Teraz sytuacja jest inna. PAD ma w większości słabych kontrkandydatów i nastawioną bardzo prorządowo telewizję publiczną. Te czynniki mogą spowodować, że sondażowe spadki nie będą dramatyczne – ocenia Bartosz Brzyski.
– PiS wydaje się, że wygra te wybory z rozpędu. Dlatego pomysł, by iść na ostro w kampanii, jest dość ryzykowny – twierdzi z kolei Jarosław Flis, socjolog polityki z UJ. – PiS notował najlepszy wynik w wyborach, gdy rywalizował ze zjednoczonym przeciwnikiem. Gdy przeciwnik się rozdrobnił, sytuacja zaczęła się komplikować – dodaje. Jak tłumaczy, PiS w wyborach sejmowych sprzyjała metoda d’Hondta. Natomiast w wyścigu prezydenckim sytuacja jest bardziej złożona. O ile w przypadku izby niższej wynik wyborczy poniżej 50 proc. wciąż daje większość mandatów, o tyle w wyborach prezydenckich w drugiej turze oznacza porażkę.
Zdaniem Jarosława Flisa polska scena polityczna przypomina dzisiaj drzewo, w którym tradycyjny podział lewica – prawica został zastąpiony podziałem góra – dół. – Główna część tego drzewa jest rozdzielona na różne strony, niczym gałęzie. Mamy tam tradycyjną i liberalną lewicę, liberałów, umiarkowanych chadeków i centrum. Bazą PiS jest dolna część sceny politycznej, czyli pień, która jest bardziej zwarta – wyjaśnia ekspert. W jego opinii PiS trudniej pójść na kompromis, bo wydaje mu się, że jest bliżej większości. Za to na górze politycznego drzewa skłonność do konsensusu jest większa, bo nikt nie jest dostatecznie blisko tej zwartej większości.