Alternatywa dla Niemiec walczy o wygraną w wyborach landowych na wschodzie RFN. Jednak pozostałe ugrupowania stanowczo odrzucają scenariusz wejścia w koalicję z tą populistyczną partią.
Reklama
W niedzielę do urn udadzą się mieszkańcy Brandenburgii i Saksonii. Obydwa landy związkowe nie mają w skali kraju strategicznego znaczenia. Saksonia ma 4 mln mieszkańców i w 2017 r. dołożyła 3,7 proc. do niemieckiego PKB. Brandenburgia to tylko 2,4 mln mieszkańców i wkład 2,1 proc. Dla porównania położona na zachodzie Nadrenia Północna-Westfalia ma ponad 17,5 mln mieszkańców, a land samodzielnie wytwarza 21 proc. PKB. Mimo to wybory do regionalnych parlamentów na wschodzie elektryzują całą republikę federalną.
W majowych wyborach do europarlamentu w obydwu landach triumfowała antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD). Scenariusz ponownej wygranej politycznego pariasa spędza sen z oczu członków tradycyjnych partii. Od niemal 30 lat w Saksonii nieprzerwanie zwycięża i rządzi Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU), a w Brandenburgii – Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD). Obie formacje współtworzą koalicyjny rząd federalny w Berlinie, na którego czele stoi Angela Merkel. Tymczasem centralnym elementem tożsamości AfD jest całkowite zanegowanie polityki migracyjnej kanclerz.
Wiele punktów programu wyborczego partii odnosi się właśnie do migracji i obcokrajowców żyjących w Niemczech. AfD chce ostrych przepisów regulujących proces udzielania azylu, skuteczniejszych deportacji osób, którym go odmówiono, zakazu noszenia tradycyjnych muzułmańskich chust w szkołach i przedszkolach oraz zaprzestania wypłacania Kindergeld, czyli świadczeń pieniężnych, w przypadku gdy rodzic pracuje na terenie RFN, ale dziecko pozostaje w jego kraju ojczystym. Dzięki istnieniu takiej możliwości niemieckie świadczenia obejmują obecnie przeszło 100 tys. polskich dzieci. Alternatywa kusi z plakatów swoich wyborców hasłem „Narody potrzebują granicy”, choć postulat ich zamknięcia jest na poziomie landowym nie do zrealizowania.
W programie AfD kolejne miejsce obok migracji zajmuje krytyka niemieckich planów transformacji energetycznej. Partia sprzeciwia się Energiewende, czyli wyłączeniu elektrowni atomowych do końca 2022 r., zamknięciu elektrowni węglowych do 2035 r. oraz przestawieniu krajowego miksu energetycznego na odnawialne źródła energii. Alternatywa chce dalej wykorzystywać węgiel i atom oraz promuje dalsze użytkowanie samochodów z silnikiem Diesla, choć rząd Merkel i koncerny motoryzacyjne na nadchodzącą dekadę zapowiadają masową przesiadkę Niemców do e-aut.
Żeby nie oddać pierwszego miejsca AfD, CDU w Saksonii samo zaczęło podkreślać co bardziej konserwatywne części swojego programu. Michael Kretschmer, obecny chadecki premier landu, na każdym spotkaniu wyborczym powtarza niczym mantrę: więcej policjantów, skuteczniejsze przepisy azylowe, monitoring w centrach miast. Koncentracja na poczuciu bezpieczeństwa mieszkańców jest punktem wspólnym w programach CDU i AfD. Jednak chadecy wykluczają koalicję z Alternatywą oraz Lewicą, czyli formacją tworzoną częściowo przez byłych członków Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, monopartii rządzącej w Niemieckiej Republiki Demokratycznej.
W ostatnich sondażach notowania CDU w Saksonii wzrosły do 29 proc., a AfD zatrzymały się na 25 proc. W Brandenburgii sondaże dają AfD i SPD po 21 proc. głosów. Do roli cichego zwycięzcy wyborów przygotowują się natomiast Zieloni. Partia, która w ostatnich wyborach ledwo przekroczyła 5-proc. próg wyborczy, w niedzielę może nawet potroić wynik i jest niemal pewnym kandydatem do funkcji partnera koalicyjnego.