Tata miał swoje poglądy, ale nigdy nie mówił o nich publicznie. Spytałam go kiedyś: „Tato, a jaki jest ten Kaczyński?”, a on mi na to: „Wiesz, ja go nawet lubię. To jeden z niewielu ludzi, którzy nie patrzą na mnie z góry” - mówi w wywiadzie dla DGP Darek Golik, Wanda Buk prawniczka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Magazyn. 12.04.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Było jak co roku?
Reklama
Tak, co roku 10 kwietnia jestem w Spale.
Rano spotykamy się z bliskimi i przyjaciółmi taty na cmentarzu, potem spędzam dzień z rodziną.

Reklama
Wszyscy wiedzą, kiedy zginął pani ojciec.
Nie wszyscy wiedzą, że tata zginął w katastrofie smoleńskiej.
Nie kojarzą pani z gen. Tadeuszem Bukiem?
Nie wszyscy.
Dla mnie to było oczywiste.
Bo pan jest stary.
Hm, jak węgiel.
To niedługo zmieni się pan w diament.
Komplementy to pani nie wychodzą.
Starałam się wybrnąć ze złego początku.
Porozmawiajmy o tym poważniej. Jest pani córeczką tatusia?
Mieliśmy specyficzne, czasem trudne relacje. Ojciec często wyjeżdżał i ja wtedy z mamą wszystko w domu układałam, po czym tata wracał i zaczynał mnie wychowywać, czytaj: zabraniał mi czegoś.
Więc się pani wściekała?
Nie potrafiłam tego zrozumieć, przecież ja od lat byłam niezależną, równoprawną mamie partnerką do dyskusji, a on tu nagle przyjeżdża i jest tatą?
Był wymagający?
Zawsze uważał, że stać mnie na więcej, więc był raczej nieusatysfakcjonowany, względnie umiarkowanie usatysfakcjonowany moimi osiągnięciami... Z drugiej strony uważał też, że jeśli ktokolwiek ma potencjał odstawić jakiś naprawdę poważny numer i go zawieść, to będę to ja. Jednocześnie tata wygenerował we mnie taką potrzebę, żebym zawsze była mądra. I nie chodziło tylko o wiedzę czy inteligencję, ale o mądrość wyrastającą z wartości, którymi się żyje. Żałuję, że nie mogę dziś z nim porozmawiać, na pewno więcej bym się od niego nauczyła.

Ale wtedy bywało ostro.
Myślę, że tego, co jest ci w stanie wykrzyczeć dorastające dziecko, nie wykrzyczy nikt inny. Podziwiam tatę, bo ja na jego miejscu bym siebie zabiła, naprawdę. Przecież taki nastolatek może człowieka doprowadzić do absolutnego szału!
Może nie zabił, bo liczył na rekompensatę w postaci wnuków?
Oj, to nie był temat. Kiedy pojawiał się ktoś wokół mnie, wyciągał strzelby. Nie żartuję.
Słucham?
Byłam już pełnoletnia, gdy przyszedł mój chłopak, mieliśmy jechać na sylwestra do Łodzi. Ojciec wyciągnął strzelby i zaczął mu je pokazywać, mówiąc, z której trafia z ilu metrów. I że nie ma możliwości, żeby spudłował…
Jeśli córuni coś się stanie? Rozumiem człowieka. Wróćmy do 2010 r. Jest pani dorosła, studiuje…
Mam 22 lata, budzę się w sobotę po imprezie i dostaję SMS.
Z domu?
Nie, od szefa sekretariatu taty. Chyba nie umiał mi tego powiedzieć wprost.
I dzwoni pani do mamy?
Przede wszystkim jadę natychmiast do domu do Spały i dzwonię, żeby ktoś zaopiekował się mamą, młodszą siostrą i bratem. Kiedy przyjechałam, dom był już pełen. Bardzo dużo ludzi przyjechało.
Chyba dobrze nie być w takiej chwili samemu?
To bardzo trudno wytłumaczyć, ale ja w tamtych dniach, tygodniach po katastrofie otrzymałam od ludzi tyle wsparcia, zrozumienia, że każdemu tego życzę. Umiera ci ktoś najbliższy, twoje życie się załamuje, ale świat istnieje dalej.
Ludzie na tym placu będą spacerować jak gdyby nigdy nic, nawet gdy my już umrzemy.
Często mam takie myśli, ale wtedy byłam w takiej sytuacji, że mnie wspierał i jednoczył się ze mną cały kraj. Nie mogę powiedzieć, że byłam szczęściarą, bo to było najgorsze, co mogło mnie spotkać, ale dostałam od ludzi bardzo dużo.
Tylko że zaraz potem zaczął się smoleński hejt.
Moja mama przeżywała to bardziej, na pewno było jej ciężko, ale to było trochę poza mną, jakby mnie nie dotyczyło. Dla mnie ta katastrofa nigdy nie miała wymiaru politycznego, społecznego, a była wyłącznie osobista. Nagle z naszej piątki zrobiła się czwórka, a tata nie był przecież piątym kołem u wozu, tylko opoką całej rodziny, nie tylko tej najbliższej. Było wiadomo, że jak się coś stanie, to można zadzwonić do taty, na nim zawsze można się było oprzeć. Wiedziałam, że jak upadnę, to na miękko, bo on będzie obok. I ja po prostu strasznie tęskniłam za tatą.
Nadal pani tęskni?
Mówi się, że czas leczy rany, ale to nieprawda. Czas nie leczy ran, tylko uczy człowieka z nimi żyć. I żyję z tymi ranami, ale do tego przywykłam.
Jak się do tego przyzwyczaja?
Najpierw myśli się o tym cały czas, potem przychodzą krótkie chwile wytchnienia, które rozciągają się na godziny i dni, i wreszcie zaczyna się normalnie funkcjonować, ale to nie znaczy, że to wszystko znika. To wraca. Przychodzą takie momenty, że potwornie tęsknię, cały czas, tak samo mocno jak wtedy.
Ale sobie pani poradziła.
Zawsze sobie radziłam.
Bo pani jest twarda?
Znamy się na tyle, na ile nas sprawdzono, i jak dotąd dawałam radę.
Co było najgorsze po pierwszym szoku?
Gigantyczny strach o mamę, siostrę, brata, który nie jest samodzielny, o to, czy sobie poradzi, jak się będzie rozwijał, czy nagle nie okaże się, że cała praca, jaką włożono w jego rozwój, nie skończy się na niczym, bo zamknie się w sobie, albo – nie daj Boże – cofnie się. W końcu stracił jeden z filarów swojego funkcjonowania.
Jak to przeżył?
Leciałam rano do Moskwy, a on nie mógł zrozumieć, co się stało, i pytał: „A gdzie teraz jest tata?”. Powiedziałam mu: „Maniu, ten tata – wariat po prostu – wszedł ci do serca i teraz jesteście dwa w jednym, nasze dwa chłopaki”. I on jeszcze długo potem tłumaczył sobie, że on jest dwa w jednym, bo jego tata wariat wlazł mu do serca, bo go najbardziej kochał, bo jest chłopakiem.
Wzruszające.
Płaczliwe, a nie chcę, żeby było płaczliwe.
Z kim pani leciała do Moskwy?
Z adiutantem taty, razem mieliśmy zidentyfikować ciało. Okazało się, że jestem w stanie zobaczyć krew i to wszystko.
Jest pani najstarsza z rodzeństwa, pani jechała identyfikować ojca. Teraz to pani jest tą opoką rodziny?
Staram się, ale nie wiem, jak mi to wychodzi. Jestem dzieckiem mojej mamy, nie jej partnerem, mężem, tego nie można zrównać.
Ma pani ambicje, by zastąpić rodzinie ojca?
Jego nie da się zastąpić. Ja wiem, że dzieci bardzo często tak mówią o rodzicach, ale ja naprawdę jestem głęboko przekonana, że to był wybitny człowiek, ogromnie inteligentny, charyzmatyczny i naprawdę dobry.
Porozmawiajmy o polityce.
Miało nie być o polityce!
Ale jest pani członkiem rządu. Identyfikuje się pani z nim, czy jest fachowcem do wynajęcia?
Jestem wolnym człowiekiem i gdyby mi było źle tu, gdzie jestem, tobym tu nie była. Gdybym nie zgadzała się z tym, co robi ten rząd, nie tylko moje ministerstwo, to bym odeszła.
Jak trzydziestolatka zostaje wiceministrem?
Pewnie tak samo jak czterdziestolatek.
Dobre.
Dziękuję.
A jak to w tym wypadku wyglądało?
Jestem prawnikiem, doradzałam przy projekcie, który prowadziła w 2015 r. minister Streżyńska. Zaprosiła mnie do współpracy. A że jednocześnie partner w kancelarii, w której pracowałam, zostawał wiceministrem, to łatwiej było przyjąć tę propozycję. Zostałam dyrektorem „Polski Cyfrowej”, czyli jednostki finansującej projekty z obszaru cyfryzacji.
Anna Streżyńska i wiceminister Piotr Woźny odeszli. Pani nie.
Minister Zagórski szukał kogoś, kto będzie znał projekty, nad którymi pracuje ministerstwo, a że je znałam i miałam big picture…
Co pani miała?
(śmiech) Ja tak normalnie nie mówię! Niech pan tego nie pisze, bo wyjdzie, że siksa nie mówi po polsku.
Mówi, ale słabo. Widocznie przesiąkła pani językiem korpo.
W administracji nie ma nic z korpo, po prostu taki jest język milenialsów.
Moja nastoletnia córka ma crusha, czyli podoba jej się jakiś chłopak.
Tego nie znałam! Oho, to już jest kolejne pokolenie. No tak, też kiedyś uważałam, że ludzie po trzydziestce stoją jedną nogą nad grobem.
Wróćmy do pani pracy. Co to jest 5G?
Standard sieci telekomunikacyjnej piątej technologii. Będzie pan miał taki znaczek w telefonie.
Teraz mam 3G. Dlaczego 5G ma być lepsze od poprzednich G?
Bo pięć to więcej niż trzy.
Więcej nie znaczy lepiej. Jak ktoś ma więcej wszy, to nie wygrywa.
Ale w tym wypadku więcej znaczy lepiej. W dużych miastach zaczyna nam brakować pojemności sieci, co widać po tym, że zwalnia transmisja danych i gubi się panu zasięg.
I jak będzie 5G, to się nie będzie zapychało?
Nie będzie, ten standard pozwala na dużo lepsze wykorzystanie sieci. Oczywiście każda kolejna generacja sieci kosztuje, ale też pozwala na dużo większą monetyzację.
O, monetyzacja, brakowało mi u pani tego słowa.
To się pan doczekał.
Na to 5G będzie jakaś koncesja czy coś?
Nie, każdy operator korzysta z tej technologii, na jaką go stać, zwykle z najlepszej, bo ona ekonomizuje sieć.
Ekonomizować – jakich to słówek człowiek się nauczy…
Zwiększa się efektywność wykorzystania widma częstotliwościowego. Czemu pan się znowu śmieje?
To jest boskie! „Zwiększa się efektywność wykorzystania widma”. Często pani wykorzystuje widma?
Nie, to pan wykorzystuje.
Siedzę naprzeciwko pani i nie mam poczucia, że jest pani widmem. Poza tym nie wykorzystuję pani.
To dobrze czy źle?
Wróćmy już do tych 5G.
Pana nie interesuje technologia, w jakiej działa pański telefon, byle działał. My jednak musimy zadbać o to, czego nie widzą konsumenci, czyli na przykład o to, by zasięg sieci obejmował nie tylko wielkie miasta, w których operatorzy robią największy biznes. I to jest w tej chwili jedno z ważniejszych wyzwań Ministerstwa Cyfryzacji.
Czyli co zrobić, by 5G było też na Podkarpaciu i w Sejnach?
I musimy skłonić do tego operatorów, bo na koniec dnia…
O, „na koniec dnia”! At the end of the day, mówi pani?
Pan jest okropny, a ja strasznie często używam tego sformułowania. W każdym razie najważniejsze jest to, by cała Polska miała dostęp do szybkiej i pojemnej sieci.
Mama była dumna, że córka zostaje wiceministrem?
Chyba się bardziej przeraziła, niż ucieszyła. Pewnie jest dumna, ale się bardzo stresuje.
Nie ma czym, jak panią wyrzucą, to pójdzie pani zarabiać duże pieniądze.
Też tak uważam. Nie ma się czym stresować, bo jak mnie wyrzucą, to znajdę sobie jakąś pracę.
Człowiek zostaje wiceministrem z poczucia misji albo traktuje to jako inwestycję w siebie. Potem będzie można to doświadczenie, jak pani mówi, zmonetyzować. Jak było u pani?
OK, dzisiaj w rządzie zarabiam dokładnie tyle, ile zarabiałam w pierwszym roku pracy w kancelarii. Ale z drugiej strony, dopóki mi tych pieniędzy wystarcza, to zarobki nie są dla mnie problemem. Myśmy tu zrobili fajne rzeczy, naprawdę znakomite.
Pytałem o motywacje.
Ale to jest dla mnie ważne. Mam 31 lat i robię rzeczy, o których większość moich rówieśników może tylko pomarzyć, bo nie mieli takiej szansy. Ta praca jest niesłychanie rozwijająca i ja po prostu bardzo chcę to robić. Mówi pan o motywacjach, ale u mnie czasami coś się dzieje na poziomie intuicji i dopiero później zadaję sobie pytanie, dlaczego to się stało.
Intuicyjnie została pani wiceministrem?
Kiedy mi zaproponowano przejście z Polski Cyfrowej do ministerstwa, to wiedziałam, że tego chcę, a dopiero później zadałam sobie pytanie, dlaczego tego chciałam. Podobnie było w 2016 r., kiedy zdecydowałam się pokierować Centrum – jednostką, która była na granicy likwidacji, miała zaogniony spór zbiorowy ze związkami zawodowymi, a musiała poprowadzić największy w historii funduszy europejskich konkurs na dofinansowanie infrastruktury telekomunikacyjnej, czyli na podłączenie 2 mln gospodarstw domowych i 30 tys. polskich szkół do internetu. To wszystko przy bardzo trudnym rynku. To było ogromne wyzwanie, za którym stała szczytna idea, i chciałam się go podjąć. To była jazda bez trzymanki, takie emocje!
Przyjęłaby pani tę propozycję od innego rządu?
Chcę pracować z tymi ludźmi, nie z innymi.
Przychodzi minister z Koalicji Europejskiej, obsypuje panią komplementami i proponuje, by pani dalej robiła to samo.
Na komplementy łatwo się nabrać i łatwo się uwodzi młode osoby, które mają ambicje i myślą technokratycznie, ale to jest polityka, trzeba wiedzieć, z kim się pracuje.
To teraz proszę o odpowiedź na pytanie.
Nie widziałam w poprzednim rządzie tylu ambitnych pomysłów co teraz. Nie wierzę, by za tymi ludźmi stało to, co stoi za nami.
Ale nie rozstrzygałaby pani ideologicznych sporów, tylko miała służyć Polsce swoją wiedzą – tak by to pani przedstawili.
Ministerstwo to polityka, to gigantyczny rynek, na którym można robić różne rzeczy. Widziałam, co robili moi poprzednicy w Polsce Cyfrowej, widziałam poziom zarządzania i wydawania pieniędzy na rzeczy zbędne, oględnie mówiąc. Nie wierzę, by ci ludzie, po których sprzątałam, byli w stanie prowadzić inną politykę i by mogli mnie przekonać jakąś atrakcyjną gadką.
Rozmawiała pani z ojcem o polityce?
Tata miał swoje poglądy, ale nigdy nie mówił o nich publicznie. Spytałam go kiedyś: „Tato, a jaki jest ten Kaczyński?”, a on mi na to: „Wiesz, ja go nawet lubię”. „Tak?”. „Tak, to jeden z niewielu ludzi, którzy nie patrzą na mnie z góry”.
Pani też raczej w rozmiarach kieszonkowych.
Wypraszam sobie, w dowodzie mam 167 cm.
Zmierzyli panią?
Nie, sama sobie wpisałam.
Kiedy do resortu przyszedł Adam Andruszkiewicz…
To minister Zagórski powiedział: „Wanda, nie jesteś już najmłodsza”. Ale w rządzie są młodsi wiceministrowie.
Serio?
Piotr Müller z nauki, Janusz Cieszyński ze zdrowia, Paweł Szefernaker, Patryk Jaki jest niewiele starszy.... No, ale rozumiem, że ja wyglądam najmłodziej?
Jest pani przyzwyczajona do tego, że mężczyźni prawią pani komplementy?
Zależy od okoliczności.
Bo teraz się pani nie doczekała i musiała sobie powiedzieć?
Niech pan tego nie pisze, bo wyjdzie na to, że rozmawia pan z głupią siksą. Zaszkodzi to pańskiej reputacji.
Będzie i jedno, i drugie. A teraz wróćmy do polityki. Pani wiedziała, kim jest Andruszkiewicz?
Wiedziałam, że gdzieś słyszałam to nazwisko.
Sprawdziła pani sobie i…?
(cisza)
Pani minister się uśmiecha.
Uznałam, że trochę się różnimy w poglądach i sposobach ich wyrażania.
To jak się pani czuje, dzieląc z tym dżentelmenem ministerialne salony?
Tu w ogóle pracuje się dobrze. Ministerstwo jest o tyle specyficzne, że każdy z nas ma swoją działkę i nie wchodzimy sobie w drogę. Robimy swoje pod nadzorem ministra.
To prawda, że jest pani strasznie krnąbrna? Ludzie tak mówią.
Można mnie opisać wieloma przymiotnikami, ale krnąbrna? Bywam bardzo pokorna, szczególnie wobec wiedzy i doświadczenia. Jednak są sytuacje, w których wiem najlepiej, bo racje racjami, ale sorry, ja wiem.
To po tatusiu?
Albo mamusi.
A propos, na drugie ma pani Regina, po mamie właśnie.
Spała jest bardzo małą miejscowością, a nasi sąsiedzi mają restaurację i sklep. Sąsiadka siedziała w biurze i zauważyła w kamerze, że w sklepie jest moja mama, i mówi do pracownika: „W sklepie jest Regina Bukowa, weź mi ją tu daj”. Przyszedł po piętnastu minutach i mówi, że cały sklep przeszukał, ale znalazł tylko „Reginę” rumiankową i nie wie, czemu musi to być inny papier toaletowy.
O matko…
Zawsze chciałam dać córce na imię Regina, ale niech już ta „Regina” splajtuje.
Czym się pani interesuje?
Zawsze bardzo mnie stresuje pytanie o pasje, bo dziś oczekuje się od ludzi, żeby mieli jakąś konkretną, najlepiej jakąś ekstremalną pasję. A ja nie robię niczego „wow!”, więc jestem bardzo nudna.
Kokieteria.
Jak panu powiem, że czytam książki…
To spytam jakie?
Właśnie skończyłam czytać wydaną kilka lat temu powieść Olgierda Świerzewskiego „Zapach miasta po burzy”, znakomitą. To historia radzieckich szachistów, wzorowana na Karpowie i Kasparowie, wspaniale osadzona w historii Związku Radzieckiego, wiele się z niej dowiedziałam.
Mówili mi, że jest pani bardzo patriotyczna i zainteresowana historią. To by się wpisywało w stereotyp…
Córki generała i harcerki? Faktycznie mam poczucie, że jestem coś winna temu krajowi, że kilkadziesiąt lat temu ludzie w moim wieku, którzy tak samo jak ja bardzo chcieli żyć, oddali życie za Polskę. I tak, mam poczucie, że jestem im coś winna. Bardzo nie lubię, gdy ktoś strasznie narzeka na Polskę i powtarza, że trzeba stąd wyjechać. Jak ci coś nie pasuje, to zrób coś, by było lepiej!
No dobrze, uznajmy, że pani robi.
To jest pytanie, co rozumiemy przez dzisiejszy patriotyzm. Dla mnie to poczucie długu wobec mojego kraju. Długu i obowiązku.
Mówi pani o długu, obowiązku, nie o radości. Dobrze się pani czuje w Polsce?
Bardzo! Mieszkałam rok za granicą, dużo podróżowałam i nigdzie nie czuję się tak dobrze jak w Polsce. Jest mi tu dobrze i rzeczywiście pamiętam, że tu ginęli ludzie, byśmy my mogli sobie teraz swobodnie siedzieć na ławeczce, rozmawiać i bym ja spóźniała się właśnie na samolot do Genewy.