Tata miał swoje poglądy, ale nigdy nie mówił o nich publicznie. Spytałam go kiedyś: „Tato, a jaki jest ten Kaczyński?”, a on mi na to: „Wiesz, ja go nawet lubię. To jeden z niewielu ludzi, którzy nie patrzą na mnie z góry” - mówi w wywiadzie dla DGP Darek Golik, Wanda Buk prawniczka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Tak, co roku 10 kwietnia jestem w Spale.
Rano spotykamy się z bliskimi i przyjaciółmi taty na cmentarzu, potem spędzam dzień z rodziną.
Nie wszyscy wiedzą, że tata zginął w katastrofie smoleńskiej.
Nie wszyscy.
Bo pan jest stary.
To niedługo zmieni się pan w diament.
Starałam się wybrnąć ze złego początku.
Mieliśmy specyficzne, czasem trudne relacje. Ojciec często wyjeżdżał i ja wtedy z mamą wszystko w domu układałam, po czym tata wracał i zaczynał mnie wychowywać, czytaj: zabraniał mi czegoś.
Nie potrafiłam tego zrozumieć, przecież ja od lat byłam niezależną, równoprawną mamie partnerką do dyskusji, a on tu nagle przyjeżdża i jest tatą?
Zawsze uważał, że stać mnie na więcej, więc był raczej nieusatysfakcjonowany, względnie umiarkowanie usatysfakcjonowany moimi osiągnięciami... Z drugiej strony uważał też, że jeśli ktokolwiek ma potencjał odstawić jakiś naprawdę poważny numer i go zawieść, to będę to ja. Jednocześnie tata wygenerował we mnie taką potrzebę, żebym zawsze była mądra. I nie chodziło tylko o wiedzę czy inteligencję, ale o mądrość wyrastającą z wartości, którymi się żyje. Żałuję, że nie mogę dziś z nim porozmawiać, na pewno więcej bym się od niego nauczyła.
Myślę, że tego, co jest ci w stanie wykrzyczeć dorastające dziecko, nie wykrzyczy nikt inny. Podziwiam tatę, bo ja na jego miejscu bym siebie zabiła, naprawdę. Przecież taki nastolatek może człowieka doprowadzić do absolutnego szału!
Oj, to nie był temat. Kiedy pojawiał się ktoś wokół mnie, wyciągał strzelby. Nie żartuję.
Byłam już pełnoletnia, gdy przyszedł mój chłopak, mieliśmy jechać na sylwestra do Łodzi. Ojciec wyciągnął strzelby i zaczął mu je pokazywać, mówiąc, z której trafia z ilu metrów. I że nie ma możliwości, żeby spudłował…
Mam 22 lata, budzę się w sobotę po imprezie i dostaję SMS.
Nie, od szefa sekretariatu taty. Chyba nie umiał mi tego powiedzieć wprost.
Przede wszystkim jadę natychmiast do domu do Spały i dzwonię, żeby ktoś zaopiekował się mamą, młodszą siostrą i bratem. Kiedy przyjechałam, dom był już pełen. Bardzo dużo ludzi przyjechało.
To bardzo trudno wytłumaczyć, ale ja w tamtych dniach, tygodniach po katastrofie otrzymałam od ludzi tyle wsparcia, zrozumienia, że każdemu tego życzę. Umiera ci ktoś najbliższy, twoje życie się załamuje, ale świat istnieje dalej.
Często mam takie myśli, ale wtedy byłam w takiej sytuacji, że mnie wspierał i jednoczył się ze mną cały kraj. Nie mogę powiedzieć, że byłam szczęściarą, bo to było najgorsze, co mogło mnie spotkać, ale dostałam od ludzi bardzo dużo.
Moja mama przeżywała to bardziej, na pewno było jej ciężko, ale to było trochę poza mną, jakby mnie nie dotyczyło. Dla mnie ta katastrofa nigdy nie miała wymiaru politycznego, społecznego, a była wyłącznie osobista. Nagle z naszej piątki zrobiła się czwórka, a tata nie był przecież piątym kołem u wozu, tylko opoką całej rodziny, nie tylko tej najbliższej. Było wiadomo, że jak się coś stanie, to można zadzwonić do taty, na nim zawsze można się było oprzeć. Wiedziałam, że jak upadnę, to na miękko, bo on będzie obok. I ja po prostu strasznie tęskniłam za tatą.
Mówi się, że czas leczy rany, ale to nieprawda. Czas nie leczy ran, tylko uczy człowieka z nimi żyć. I żyję z tymi ranami, ale do tego przywykłam.
Najpierw myśli się o tym cały czas, potem przychodzą krótkie chwile wytchnienia, które rozciągają się na godziny i dni, i wreszcie zaczyna się normalnie funkcjonować, ale to nie znaczy, że to wszystko znika. To wraca. Przychodzą takie momenty, że potwornie tęsknię, cały czas, tak samo mocno jak wtedy.
Zawsze sobie radziłam.
Znamy się na tyle, na ile nas sprawdzono, i jak dotąd dawałam radę.
Gigantyczny strach o mamę, siostrę, brata, który nie jest samodzielny, o to, czy sobie poradzi, jak się będzie rozwijał, czy nagle nie okaże się, że cała praca, jaką włożono w jego rozwój, nie skończy się na niczym, bo zamknie się w sobie, albo – nie daj Boże – cofnie się. W końcu stracił jeden z filarów swojego funkcjonowania.
Leciałam rano do Moskwy, a on nie mógł zrozumieć, co się stało, i pytał: „A gdzie teraz jest tata?”. Powiedziałam mu: „Maniu, ten tata – wariat po prostu – wszedł ci do serca i teraz jesteście dwa w jednym, nasze dwa chłopaki”. I on jeszcze długo potem tłumaczył sobie, że on jest dwa w jednym, bo jego tata wariat wlazł mu do serca, bo go najbardziej kochał, bo jest chłopakiem.
Płaczliwe, a nie chcę, żeby było płaczliwe.
Z adiutantem taty, razem mieliśmy zidentyfikować ciało. Okazało się, że jestem w stanie zobaczyć krew i to wszystko.
Staram się, ale nie wiem, jak mi to wychodzi. Jestem dzieckiem mojej mamy, nie jej partnerem, mężem, tego nie można zrównać.
Jego nie da się zastąpić. Ja wiem, że dzieci bardzo często tak mówią o rodzicach, ale ja naprawdę jestem głęboko przekonana, że to był wybitny człowiek, ogromnie inteligentny, charyzmatyczny i naprawdę dobry.
Miało nie być o polityce!
Jestem wolnym człowiekiem i gdyby mi było źle tu, gdzie jestem, tobym tu nie była. Gdybym nie zgadzała się z tym, co robi ten rząd, nie tylko moje ministerstwo, to bym odeszła.
Pewnie tak samo jak czterdziestolatek.
Dziękuję.
Jestem prawnikiem, doradzałam przy projekcie, który prowadziła w 2015 r. minister Streżyńska. Zaprosiła mnie do współpracy. A że jednocześnie partner w kancelarii, w której pracowałam, zostawał wiceministrem, to łatwiej było przyjąć tę propozycję. Zostałam dyrektorem „Polski Cyfrowej”, czyli jednostki finansującej projekty z obszaru cyfryzacji.
Minister Zagórski szukał kogoś, kto będzie znał projekty, nad którymi pracuje ministerstwo, a że je znałam i miałam big picture…
(śmiech) Ja tak normalnie nie mówię! Niech pan tego nie pisze, bo wyjdzie, że siksa nie mówi po polsku.
W administracji nie ma nic z korpo, po prostu taki jest język milenialsów.
Tego nie znałam! Oho, to już jest kolejne pokolenie. No tak, też kiedyś uważałam, że ludzie po trzydziestce stoją jedną nogą nad grobem.
Standard sieci telekomunikacyjnej piątej technologii. Będzie pan miał taki znaczek w telefonie.
Bo pięć to więcej niż trzy.
Ale w tym wypadku więcej znaczy lepiej. W dużych miastach zaczyna nam brakować pojemności sieci, co widać po tym, że zwalnia transmisja danych i gubi się panu zasięg.
Nie będzie, ten standard pozwala na dużo lepsze wykorzystanie sieci. Oczywiście każda kolejna generacja sieci kosztuje, ale też pozwala na dużo większą monetyzację.
To się pan doczekał.
Nie, każdy operator korzysta z tej technologii, na jaką go stać, zwykle z najlepszej, bo ona ekonomizuje sieć.
Zwiększa się efektywność wykorzystania widma częstotliwościowego. Czemu pan się znowu śmieje?
Nie, to pan wykorzystuje.
To dobrze czy źle?
Pana nie interesuje technologia, w jakiej działa pański telefon, byle działał. My jednak musimy zadbać o to, czego nie widzą konsumenci, czyli na przykład o to, by zasięg sieci obejmował nie tylko wielkie miasta, w których operatorzy robią największy biznes. I to jest w tej chwili jedno z ważniejszych wyzwań Ministerstwa Cyfryzacji.
I musimy skłonić do tego operatorów, bo na koniec dnia…
Pan jest okropny, a ja strasznie często używam tego sformułowania. W każdym razie najważniejsze jest to, by cała Polska miała dostęp do szybkiej i pojemnej sieci.
Chyba się bardziej przeraziła, niż ucieszyła. Pewnie jest dumna, ale się bardzo stresuje.
Też tak uważam. Nie ma się czym stresować, bo jak mnie wyrzucą, to znajdę sobie jakąś pracę.
Człowiek zostaje wiceministrem z poczucia misji albo traktuje to jako inwestycję w siebie. Potem będzie można to doświadczenie, jak pani mówi, zmonetyzować. Jak było u pani?
OK, dzisiaj w rządzie zarabiam dokładnie tyle, ile zarabiałam w pierwszym roku pracy w kancelarii. Ale z drugiej strony, dopóki mi tych pieniędzy wystarcza, to zarobki nie są dla mnie problemem. Myśmy tu zrobili fajne rzeczy, naprawdę znakomite.
Ale to jest dla mnie ważne. Mam 31 lat i robię rzeczy, o których większość moich rówieśników może tylko pomarzyć, bo nie mieli takiej szansy. Ta praca jest niesłychanie rozwijająca i ja po prostu bardzo chcę to robić. Mówi pan o motywacjach, ale u mnie czasami coś się dzieje na poziomie intuicji i dopiero później zadaję sobie pytanie, dlaczego to się stało.
Kiedy mi zaproponowano przejście z Polski Cyfrowej do ministerstwa, to wiedziałam, że tego chcę, a dopiero później zadałam sobie pytanie, dlaczego tego chciałam. Podobnie było w 2016 r., kiedy zdecydowałam się pokierować Centrum – jednostką, która była na granicy likwidacji, miała zaogniony spór zbiorowy ze związkami zawodowymi, a musiała poprowadzić największy w historii funduszy europejskich konkurs na dofinansowanie infrastruktury telekomunikacyjnej, czyli na podłączenie 2 mln gospodarstw domowych i 30 tys. polskich szkół do internetu. To wszystko przy bardzo trudnym rynku. To było ogromne wyzwanie, za którym stała szczytna idea, i chciałam się go podjąć. To była jazda bez trzymanki, takie emocje!
Chcę pracować z tymi ludźmi, nie z innymi.
Na komplementy łatwo się nabrać i łatwo się uwodzi młode osoby, które mają ambicje i myślą technokratycznie, ale to jest polityka, trzeba wiedzieć, z kim się pracuje.
Nie widziałam w poprzednim rządzie tylu ambitnych pomysłów co teraz. Nie wierzę, by za tymi ludźmi stało to, co stoi za nami.
Ministerstwo to polityka, to gigantyczny rynek, na którym można robić różne rzeczy. Widziałam, co robili moi poprzednicy w Polsce Cyfrowej, widziałam poziom zarządzania i wydawania pieniędzy na rzeczy zbędne, oględnie mówiąc. Nie wierzę, by ci ludzie, po których sprzątałam, byli w stanie prowadzić inną politykę i by mogli mnie przekonać jakąś atrakcyjną gadką.
Tata miał swoje poglądy, ale nigdy nie mówił o nich publicznie. Spytałam go kiedyś: „Tato, a jaki jest ten Kaczyński?”, a on mi na to: „Wiesz, ja go nawet lubię”. „Tak?”. „Tak, to jeden z niewielu ludzi, którzy nie patrzą na mnie z góry”.
Wypraszam sobie, w dowodzie mam 167 cm.
Nie, sama sobie wpisałam.
To minister Zagórski powiedział: „Wanda, nie jesteś już najmłodsza”. Ale w rządzie są młodsi wiceministrowie.
Piotr Müller z nauki, Janusz Cieszyński ze zdrowia, Paweł Szefernaker, Patryk Jaki jest niewiele starszy.... No, ale rozumiem, że ja wyglądam najmłodziej?
Zależy od okoliczności.
Niech pan tego nie pisze, bo wyjdzie na to, że rozmawia pan z głupią siksą. Zaszkodzi to pańskiej reputacji.
Wiedziałam, że gdzieś słyszałam to nazwisko.
(cisza)
Uznałam, że trochę się różnimy w poglądach i sposobach ich wyrażania.
Tu w ogóle pracuje się dobrze. Ministerstwo jest o tyle specyficzne, że każdy z nas ma swoją działkę i nie wchodzimy sobie w drogę. Robimy swoje pod nadzorem ministra.
Można mnie opisać wieloma przymiotnikami, ale krnąbrna? Bywam bardzo pokorna, szczególnie wobec wiedzy i doświadczenia. Jednak są sytuacje, w których wiem najlepiej, bo racje racjami, ale sorry, ja wiem.
Albo mamusi.
Spała jest bardzo małą miejscowością, a nasi sąsiedzi mają restaurację i sklep. Sąsiadka siedziała w biurze i zauważyła w kamerze, że w sklepie jest moja mama, i mówi do pracownika: „W sklepie jest Regina Bukowa, weź mi ją tu daj”. Przyszedł po piętnastu minutach i mówi, że cały sklep przeszukał, ale znalazł tylko „Reginę” rumiankową i nie wie, czemu musi to być inny papier toaletowy.
Zawsze chciałam dać córce na imię Regina, ale niech już ta „Regina” splajtuje.
Zawsze bardzo mnie stresuje pytanie o pasje, bo dziś oczekuje się od ludzi, żeby mieli jakąś konkretną, najlepiej jakąś ekstremalną pasję. A ja nie robię niczego „wow!”, więc jestem bardzo nudna.
Jak panu powiem, że czytam książki…
Właśnie skończyłam czytać wydaną kilka lat temu powieść Olgierda Świerzewskiego „Zapach miasta po burzy”, znakomitą. To historia radzieckich szachistów, wzorowana na Karpowie i Kasparowie, wspaniale osadzona w historii Związku Radzieckiego, wiele się z niej dowiedziałam.
p…
Córki generała i harcerki? Faktycznie mam poczucie, że jestem coś winna temu krajowi, że kilkadziesiąt lat temu ludzie w moim wieku, którzy tak samo jak ja bardzo chcieli żyć, oddali życie za Polskę. I tak, mam poczucie, że jestem im coś winna. Bardzo nie lubię, gdy ktoś strasznie narzeka na Polskę i powtarza, że trzeba stąd wyjechać. Jak ci coś nie pasuje, to zrób coś, by było lepiej!
To jest pytanie, co rozumiemy przez dzisiejszy patriotyzm. Dla mnie to poczucie długu wobec mojego kraju. Długu i obowiązku.
Bardzo! Mieszkałam rok za granicą, dużo podróżowałam i nigdzie nie czuję się tak dobrze jak w Polsce. Jest mi tu dobrze i rzeczywiście pamiętam, że tu ginęli ludzie, byśmy my mogli sobie teraz swobodnie siedzieć na ławeczce, rozmawiać i bym ja spóźniała się właśnie na samolot do Genewy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu