Podpisana przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego Deklaracja LGBT+ jest dość skromna w wymowie. Warszawa reaktywuje hostel interwencyjny, w którym będą mogli się schronić prześladowany w domu gej czy uciekająca przed przemocą lesbijka. Warszawa będzie monitorować przemoc przeciwko grupom LGBT+, także w szkołach i miejscach pracy.
Warszawa będzie chronić wolność artystyczną, będzie wspierać paradę równości, nie będzie współpracować z firmami, które angażują się w mowę lub akty nienawiści. Warszawa zapewni dzieciom sensowną edukację seksualną. Innymi słowy, ponieważ istnieje grupa, której z powodu przesądów i nietolerancji trudniej korzystać z praw i wolności naszego pięknego świata, Warszawa postara się tej grupie realnie pomóc i zarazem pokazać za pomocą pewnych gestów, że jest ona (owa grupa) tu mile widziana. Dlaczego więc Deklaracja LGBT+ wzbudza aż takie kontrowersje na prawicy?
Odpowiedź 90 proc. liberalno-lewicowego Twittera i 80 proc. takiejż publicystyki streszcza się w słowach ”polityczna wojna„. Dlaczego PiS i duża część innych środowisk prawicowych sieje moralną panikę? Bo są w trudnej sytuacji wyborczej; piątka Kaczyńskiego nie podniosła sondaży w oczekiwanym stopniu i trzeba znaleźć wroga, na przykład geja transseksualistę, wiozącego na wytatuowanym w jednorożce grzbiecie odziane w skórzane spodnie i masturbujące się z polecenia Unii dziecko Angeli Merkel i Fukuyamy – i poszczuć na niego chętny tłum. Tak twierdzą internety różnej proweniencji; tak wygląda dziś faktyczna tkanka debaty, w której na (wszak niegodne) szafowanie lękiem przed deprawującą mocą tęczowej Europy odpowiada się prawie wyłącznie szafowaniem wyższością moralną i, na zmianę, oskarżeniami to o okrucieństwo, to o zaścianek.
Magazyn DGP 15.03.19 / Dziennik Gazeta Prawna
I niby mają rację te lewicowe Twittery i Facebooki; trudno mi wyobrazić sobie, by we w zasadzie pobocznych kwestiach obyczajowych (wszak Deklaracja LGBT+ nie postuluje żadnych głębokich zmian społecznych w stylu zezwolenia na adopcję dzieci parom homoseksualnym) Kaczyński robił coś z głębokiego przekonania. Przyzwyczailiśmy się raczej, że rzuca się nam kwestię aborcji jak mięso między dwa głodne stada psów, byśmy się żarli, kiedy trzeba po cichu robić jakąś niewygodną politykę; rzuca się nam uchodźców, byśmy ze strachu przed ich chorobami biegli do urn; z prawdopodobieństwem bliskim 1 możemy więc założyć, że ów mityczny deprawujący dzieci gej jest właśnie narzędziem w zarządzaniu wyborczą uwagą.
Ale za każdym cynicznym przywództwem idzie orszak, a w tym orszaku, obok sykofantów, błaznów, karierowiczów, owiec i zwykłych głupców znajduje się zawsze kilku myślących ludzi, dla których sprawa jest po ludzku ważna i którzy mają na jej rzecz jakieś realne argumenty. I nie, nie dam się zakrzyczeć siedzącym w lewicowej bańce, którzy wrzasną: ”Jak to myślący, czy ktokolwiek myślący może być okrutnym zacofańcem, narzędziem heteronormatywnego patriarchatu, którego poglądy to zwykła przemoc zadawana ofiarom opresji?„. Z uporem maniaka bowiem wierzę, że nawet gdy poglądy przeciwnika są dla mnie nieznośne, to jeśli, chcąc nie chcąc, stanowimy oboje część jednej wspólnoty, mam obowiązek się im przynajmniej krótko przyjrzeć, zanim zacznę krzyczeć ”Uwaga, Hitler!„.
Dlatego proponuję takie oto intelektualne ćwiczenie: załóżmy, że istnieją antydeklaracjoniści dobrej wiary. I zastanówmy się, dlaczego Deklaracja LGBT+ wzbudza takie emocje? Nie u Krystyny Pawłowicz i jej podobnym, ale u zwykłych konserwatystów, którzy na co dzień nie zajmują się zianiem nienawiścią, a deklarację podpisaną przez Trzaskowskiego jednakowoż krytykują? Nie musimy skończyć tego ćwiczenia, zgadzając się z nimi. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że uda nam (mi) się pozostać przy swoim. Zresztą nie chcę nawet rozstrzygać tych sporów; na pewno nie definitywnie i nie w gazetowym tekście. Ale spójrzmy na ich argumenty poważnie, bo tak naprawdę jesteśmy to winni sobie nawzajem – a jeśli nie sobie nawzajem, to ideałowi demokratycznej deliberacji.
Są, z grubsza rzecz ujmując, trzy główne powody występowania przeciwko tej deklaracji, które nie sprowadzają się do krzyczenia ”bić geja„ czy ”Gender to drugie imię Antychrysta„. Pierwszy jest polityczny: to pytania o wystarczalność klasycznego liberalizmu z jednej strony i o granice wolności rodzicielskiej z drugiej. Kolejny jest antropologiczny i tyczy się rozumienia mechaniki kulturowej ewolucji. Trzeci zaś dotyczy samej logiki politycznego sporu, a konkretnie tego, jak zmienia on swój przebieg w zależności od antycypowanej otwartości przeciwnika co do jego długofalowych celów.

Gejom tylko to, co wszystkim

Problem polityczny można streścić następująco: fakt, istnieją geje, lesbijki i osoby trans. Fakt, osoby te często doznają nieprzyjemności, agresji, przemocy od innych członków społeczeństwa. Ale po to mamy klasyczny liberalizm, który każdej osobie aksjomatycznie nadaje godność i prawa, żeby z jego pomocą dać polityczną ochronę wszystkim. Dlaczego mamy wyszczególniać akurat osoby queer (albo uchodźców, czarnoskórych, niepełnosprawnych)? Czy mamy też stworzyć osobne deklaracje wsparcia dla osób cierpiących na szalejący trądzik i dla rudych? Piękno uniwersalnych praw jest takie, że ”pokrywają„ one całość populacji. Już na ich gruncie traktuję osoby homoseksualne z należnym im szacunkiem. Problemem nie jest więc łatanie polityki osobnymi deklaracjami dla mnożących się tożsamości, problemem jest spójna aplikacja już istniejących praw.
Odpowiedzią lewicy na takie dictum jest zwykle oskarżenie mówiącego o złą wiarę. ”Aha, proszę, póki tylko wam jest dobrze, to macie gdzieś uniwersalne prawa człowieka, ale w momencie, gdy domagają się ich osoby trans, to nagle łapiecie je, niczym koło ratunkowe, żeby tylko o nas nie zadbać„. Może to i prawda, że taki bywa mechanizm użycia tego argumentu, ale problem z nim leży, jak sądzę, gdzie indziej, a mianowicie w pragmatyce stosowania uniwersalnych praw. Bo te może i się należą wszystkim, ale realność polityczna jest taka, że jednym łatwiej z tych praw korzystać, a innym trudniej. I ja, i mój znajomy gej mamy prawo do edukacji, ale tylko jego pobito i w szkole podstawowej, i w liceum, mnie tej wątpliwej rozrywki w placówkach szkolnych oszczędzono. Bywa, że jakieś prawo – wolność od przemocy – jest systemowo trudniej dostępne jakiejś grupie i korekta tego faktu musi być możliwa, jeśli nie chcemy, żeby wszelka polityka rozmyła się w abstrakcji. Nawet pomijając kwestie małżeństw jednopłciowych, z prawami jest jak z wolnym rynkiem – jedni mają kapitał początkowy, inni rodzą się w długach i sprawiedliwy system musi szukać korekt. Pytanie, czy tutaj te korekty się należą; odpowiedź brzmi ”tak„; bynajmniej nie arbitralnie, ale ze względu na statystyki przemocowe.

Precz od dziatek

Inną kwestią formalno-polityczną jest tu zakres władzy rodzicielskiej. Największe kontrowersje wzbudziła postulowana w rzeczonej deklaracji zapowiedź edukacji seksualnej, a konkretnie jej oparcie na standardach WHO. Pomijam kwestię zwykłego niezrozumienia stylu, jakim pisze się teksty w rodzaju takich standardów czy programów szkolnych, a na którą zwróciła mi uwagę zajmująca się edukacją znajoma – otóż fakt, że w standardzie kształcenia dla kilkulatków widnieje ”masturbacja„, nie znaczy, że uczymy te dzieci profesjonalnej masturbacji i pokazujemy im masturbacyjne filmy. Podobnie, gdy piszemy program na technikę w klasie IV, pisząc ”obróbka drewna„, nie zalecamy nauki obsługi frezarek i łańcuchowej piły. Chcemy, by na technice dzieci zobaczyły młotek, opcjonalnie wbiły gwóźdź, a po zajęciach ”z masturbacji„ potrafiły odpowiedzieć sobie na pytanie, które zadał kiedyś swojemu tacie mały chłopiec podsłuchany przeze mnie w pociągu pełnym ludzi, a mianowicie ”Ale czemu mnie gilgocze, jak się ciągnę za siusiaka?„, i może dowiedziały się, że pociąg to nie jest miejsce na tego typu eksperymenty. Tylko jak to zapisać w standardach inaczej niż ”masturbacja„?
Tak czy siak problem władzy rodzicielskiej pozostaje – nawet jeśli rodzice mają większy wpływ na przekazywane treści, niż się to konserwatystom wydaje – i niestety nie da się go prosto rozstrzygnąć. Napięcie między jurysdykcją opiekunów a państwem jest jednym z fundamentalnych napięć politycznych w ogóle. Jeśli chodzi o dzieci, państwo ma interes polegający na reprodukcji systemu, podczas gdy rodzic pragnie na dziecięcym polu reprodukować samego siebie; jeśli są więc głębokie różnice między państwem a rodzicem, klops gotowy. Ustalenie, którędy przebiega ta granica w liberalnej demokracji, to ustalenie, czym jest krzywda, poza którą państwo jest zobowiązane reagować, a to robota filozoficznie niewdzięczna. I jeśli rodzic mi powie, że to co ja uznaję za rzecz neutralną – powiedzenie małym dzieciom, że mogą doświadczyć chęci dotykania własnych narządów płciowych i to jest ok, czy powiedzenie dużym dzieciom, że mogą zauważyć, iż podoba im się nie płeć przeciwna, lecz ta sama – jest w gruncie rzeczy ideologią, to ja, jeśli mam być absolutnie szczera, na to dobrej odpowiedzi nie mam. Dlatego tutaj nie dyskutowałabym o pojęciach, które są po prostu niemożliwie zagmatwane, ale próbowała zwyczajnie szukać deliberatywnego kompromisu między interesami różnych grup.

Kolonializm a LGBT

Jeśli chodzi o kolejny powód, dla którego niektórzy konserwatyści zżymają się na Deklarację LGBT+, to jest to pewne specyficzne rozumienie uprawnionej transformacji kulturowej. Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego na YouTubie dowodzi, że afirmacja bądź promocja (nie sama akceptacja, którą popiera) środowisk LGBT i podporządkowanie edukacji naszych dzieci anglosaskim standardom WHO zdradzają paternalistyczne podejście do naszej kultury, której seksualność jest przecież jakże istotną częścią. Na Zachodzie, gdzie każdy seks jest dobry, byle by nikogo do niego nie zmuszano, panuje pewna wizja seksualności; my inaczej rozumiemy seks, związek czy flirt. Jak prawdziwy, postmodernistyczny antropolog, Mazur twierdzi, że (choć, jak sądzę, w pewnych granicach) nie ma tu kultur gorszych czy lepszych; ewolucja norm ma swoją racjonalność w Stanach Zjednoczonych i w Europie Wschodniej, a kolonizacja jednej kultury przez drugą nie może się odbywać pod płaszczykiem ”naukowości„ czy neutralności ideologicznej. A ponieważ deklaracja Trzaskowskiego bardziej ”promuje„ niż wnosi o akceptację LGBT (na przykład poprzez deklarowane preferencje przetargowe czy paradę równości) i kolonialnie odwołuje się do standardów zachodnich jako do probierza seksualnego zdrowia, Mazur ją odrzuca, zwracając jeszcze uwagę na kilka faktycznych problemów ze standardami WHO, na przykład niewielką wagę przydawaną kwestii pornografii (tu się z nim zgadzam; Mazur zresztą cytuje przy tej okazji mój tekst z ”Pisma„).
Czy istnieje dobra odpowiedź na stwierdzenie, że Polacy nie gęsi i swoje seksy mają, niepotrzebne im więc zachodnie standardy? Obawiam się, że to jedna z tych kwestii, w których zwykły progresywizm sam się daje zjeść, bo oto jest atakowany z terenów relatywizmu kulturowego, który sam zwykle głosi. Ale progresywizm zdroworozsądkowy, którego ja jestem wyznawcą, tak łatwo podejść się nie da i będzie dążył do tego, by mierzyć odsetek prób samobójczych młodzieży, anomię czy poziom szczęścia, by stwierdzić, która kultura jest preferowalna ze względu na utylitarystyczny ideał unikania cierpienia. Oczywiście takie badania społeczne w środowisku tryliarda zmiennych przypominają próbę przybicia galarety z nóżek do ściany gwoździem z żelki, ale nie znaczy to bynajmniej, że odpowiedź nie istnieje. A jeśli istnieje, to niekoniecznie oznacza to, że potrzebna jest rewolucja i zmiana wszystkich kulturowych norm, ale na pewno znaczy to, że warto z tej innej kultury przejąć to i owo (czy też byłoby warto, gdyby w czasach internetu było to faktycznie kwestią świadomej decyzji).

Twierdza i gród

Ostatnim ważnym powodem oporu, jak sądzę, jest kwestia antycypowanej agendy przeciwnika. Często wspomina się o argumencie z równi pochyłej, który w swojej wersji popularnej brzmi mniej więcej tak: ”Najpierw parada równości w Warszawie, a jutro gej w związku z prosięciem rodzi dziecko ze sztucznej macicy i oddaje je na wychowanie pedofilowi„. Nie sądzę bynajmniej, by to właśnie równi pochyłej obawiali się konserwatyści; wszak wiedzą, że nie ma nic takiego w, powiedzmy, związkach partnerskich, co by się łączyło nieuchronnością logiczną z poligamią czy innymi straszakami. Myślę, że obawiają się tego, czego i my się obawiamy z ich strony, a mianowicie częściowych jedynie deklaracji politycznego celu.
Zanim wyjaśnię, chciałam przypomnieć, jak wyglądały niektóre średniowieczne grody rycerskie: oto na wzgórzu tkwiła niewielka, łatwa do obrony twierdza; pod nią, nieco niżej, rozpościerał się otoczony murem rozległy dziedziniec, gdzie można było hasać, ucztować i ćwiczyć sztukę walki. Nicholas Schackel, filozof, użył kiedyś topografii takiego grodu, by opisać pewną specyficzną dynamikę konfliktu, w której obie strony udają, że chodzi im o niewiele, a w rzeczywistości chodzi im o (prawie) wszystko. Twierdza to tezy łatwe do obrony, potencjalnie akceptowalne przez przeciwnika; gród to całość naszych ideologicznych aspiracji. Kiedy cię atakują, kiedy chcesz wygrać spór, kryjesz się w twierdzy, czyli mówisz na przykład ”Mnie chodzi jedynie o to, żeby nie wstydzić się polskości, czy wy, wrogowie moi, chcecie się polskości wstydzić?„, ”Ano nie, nie chcemy„ – mówi wróg i oddala się spod wieży, poza mury. A wówczas ty wylegasz na gród, tańcujesz i krzyczysz ”Polska od morza do morza, precz z czarnymi, polexit!„. ”Ale jak to?„ – pyta wróg i znowu skacze przez mur, znów cię zagania do twierdzy. ”Ja tylko chcę być dumny, nic więcej!„ – krzyczysz z okienka. Ta technika, w której w czasie sporu o konkret kryjesz szerokość swoich aspiracji ideologicznych, by dać pozór akceptowalności twojej pozycji, została przez Schackela nazwana właśnie ”motte and bailey„, czyli, mniej więcej, ”twierdza i gród„.
Równia pochyła sugeruje istnienie niezależnego mechanizmu, który po pierwszym nieostrożnym kroku pośle nas w otchłań; twierdza i gród to raczej kwestia intencji drugiej strony. Konserwatyści, którzy nie mają nic przeciwko tolerancji dla osób LGBT, i tak często występują przeciwko sprawom takim jak owa deklaracja, z obawy o to, że jeśli nie osaczą nas w wieży, my wylegniemy na gród i zalegalizujemy adopcję dla par homoseksualnych, wprowadzimy redefinicję małżeństw i całkiem zerwiemy łączność naszej kultury z biologią poprzez agresywną ewolucję pojęć. ”Gdyby tylko chodziło o pomoc, o akceptację, o hostele – jak najbardziej„ – myśli ktoś taki. ”Ale na całkowitą reorganizację norm kulturowych nie chcę się zgodzić, a o to przecież może im chodzić„.
Owszem, może – kto nigdy nie śnił o hegemonii kulturowej własnych idei i założeń, niech pierwszy rzuci kamieniem. I jaką ja mam pewność, że konserwatyści, gdyby im pozwolić wyjść z wieży na gród, nie kazaliby mi rodzić trójki dzieci rocznie, nie wtłoczyliby mnie w spódnicę za kolana, nie wcisnęliby mi tamborka do haftowania makatki głoszącej ”Gość w dom, Bóg w dom„, nie kazali śpiewać pięć razy dziennie ”Roty„, leżąc krzyżem w stronę Wawelu? Otóż nie mam żadnej, a jednak decyduję się świadomie na debatowanie konkretnych uwag ich strony, a nie wyśmiewanie czy demonizowanie ich wyobrażonej przeze mnie wielkiej wizji, z którą być może chcą wylec na gród. I tylko to nas może uratować: zakładanie, że chodzi o to, o co chodzi, a nie o to, o co boimy się, że może chodzić. Nawet jeśli właśnie o to chodzi – jeśli wiecie, co mam na myśli.
Nie taka Deklaracja LGBT+ straszna, jaką ją cynicznie maluje Kaczyński, a właściwie w ogóle nie straszna. Ale i my nie bądźmy zakałą demokracji, bądźmy raczej zmianą, którą chcemy widzieć w świecie. Tam, gdzie się da dojrzeć jakiś argument po stronie przeciwnej, pochylmy się nad nim, choćby krótko i dla porządku. Nawet jeśli nie robią tego ONI. Inaczej możemy sobie całą tę demokrację od razu wyrzucić na ów osławiony śmietnik historii, a z nią, w dłuższej perspektywie, wszelkie deklaracje LGBT+.
Zastanówmy się, dlaczego Deklaracja LGBT+ wzbudza takie emocje? Nie u Krystyny Pawłowicz i jej podobnym, ale u zwykłych konserwatystów, którzy na co dzień nie zajmują się zianiem nienawiścią, a deklarację Trzaskowskiego jednakowoż krytykują