20 lat temu obywatele mieli poczucie, że system polityczny dobrze im służy. W wielu państwach to już nieaktualne - mówi DGP amerykański politolog Yascha Mounk
Reklama
Protest żółtych kamizelek / PAP/EPA / JULIEN DE ROSA
W ubiegłą sobotę już po raz dziewiąty na terenie całej Francji doszło do demonstracji „żółtych kamizelek”. Ten nieformalny ruch protestu rozpoczął działalność w listopadzie 2018 r. Początkowo manifestanci chcieli zatrzymania podwyżek cen diesla. Gdy władze poszły na ustępstwa, zażądali także odejścia prezydenta Emmanuela Macrona. „Żółte kamizelki” domagają się też demokracji bezpośredniej i częstych referendów na wzór szwajcarski. Podczas sobotnich demonstracji pojawiły się także szyldy nawołujące do wyjścia Francji z Unii Europejskiej.
Ruch pomimo braku struktur i liderów utrzymuje dynamikę. Resort spraw wewnętrznych podał, że tym razem w całym kraju na ulicę wyszły 84 tys. osób, z czego 8 tys. w samym Paryżu. W przeciwieństwie do ubiegłych tygodni obyło się bez poważniejszych walk ulicznych między protestującymi a oddziałami policji. W kilku miastach doszło natomiast do napaści na dziennikarzy. Najpoważniejszy incydent odnotowano w Rouen w północnej Francji, gdzie kilkunastu demonstrantów brutalnie zaatakowało dwóch dziennikarzy i dwóch ochroniarzy telewizji LCI.
Symbolika francuskich demonstrantów cieszy się coraz większą popularnością w innych państwach. Jeszcze w zeszłym roku lokalne demonstracje „żółtych kamizelek” odbyły się w Belgii i Holandii. Także podczas grudniowych antyrządowych protestów w Libanie część demonstrantów włożyło kamizelki. W ubiegłą sobotę odblaskowy atrybut był elementem demonstracji zorganizowanej w centrum Londynu. W Wielkiej Brytanii francuski znak protestu przejęli najzagorzalsi zwolennicy brexitu. W Niemczech do demonstracji na wzór francuski namawia Sahra Wagenknecht, wiceprzewodnicząca partii Lewica.
„Żółtymi kamizelkami” interesują się także włoscy politycy. Luigi Di Maio, włoski wicepremier i lider Ruchu 5 Gwiazd (M5S), poparł protesty i zaproponował Francuzom przekazanie systemu informatycznego Rousseau. Dzięki niemu M5S, który tak jak „żółte kamizelki” był początkowo oddolnym ruchem sprzeciwu, zorganizował własną komunikację i zarządzanie strukturami. Rousseau służy także do internetowych głosowań w kwestiach programowych.
Z kolei jutro we Francji startuje wielka debata, czyli cykl konsultacji społecznych na cztery tematy dotyczące ekologii, demokracji, usług publicznych i podatków. Prezydent Emmanuel Macron liczy, że konsultacje pozwolą mu odbudować nadszarpnięte więzi z francuskim społeczeństwem. Inicjatywa rządu jeszcze przed startem napotkała jednak problemy. W zeszłym tygodniu francuska prasa podała, że Chantal Jouanno, była minister sportu, która miała być twarzą i moderatorem wielkiej debaty, ma otrzymać za tę pracę 15 tys. euro. Wysoka kwota wzbudziła oburzenie w kanałach społecznościowych „żółtych kamizelek”. Jouanno zrezygnowała z prowadzenia konsultacji na tydzień przed ich rozpoczęciem.
ROZMOWA: Yascha Mounk, politolog z Johns Hopkins University w Baltimore, badający zjawiska populizmu i kryzysu liberalnej demokracji, autor książki „The People vs. Democracy”
Kim są „żółte kamizelki” z politologicznego punktu widzenia?
To typowy ruch ery internetu. Luźna sieć ludzi, która nie powstała na bazie spójnej ideologii ani nie została zainicjowana przez konkretną organizację, jak partia polityczna czy związek zawodowy. Można w nim odnaleźć jednocześnie elementy lewicowe i prawicowe. Czasami to pokojowy protest, ale w niektórych momentach przypomina brutalne insurekcje. Zaczęło się od wrzucenia zaproszenia na Facebooka. Liczono pewnie, że przyjdzie kilka tysięcy osób. Doszło jednak do połączenia ludzkich frustracji, poczucia, że obywatele mają dość, z typowo strajkową symboliką żółtej kamizelki. Ruch szybko przeistoczył się w coś większego.
Jak ewoluuje taki nieskoordynowany ruch społeczny?
Można zauważyć, że „żółte kamizelki” z upływem czasu przekształcają się w dość zwartą grupę, która przypomina populistyczne ruchy, takie jak np. amerykańska Tea Party.
Na czym polega ich populizm?
Mówiąć o populizmie, najczęściej mamy na myśli polityka lub partię polityczną. Jednak za główną cechę populizmu uważam przekonanie, że jest się jedynym prawomocnym przedstawicielem ludu i nikt więcej nie jest do takiej reprezentacji uprawniony. Dostrzegam w „żółtych kamizelkach” elementy takiego myślenia. Jeśli ludzie protestują przeciwko konkretnym podatkom, które zapowiada Emmanuel Macron, to jest to zupełnie normalne. Nie ma w tym nic populistycznego. Jednak „żółte kamizelki” wychodzą na ulice w roli jedynego przedstawiciela ludu i domagają się rezygnacji Emmanuela Macrona. Prezydent, który został wybrany dwa lata temu w legalnych wyborach, ma teraz moralny obowiązek ustąpić, ponieważ tego chcą protestujący. To populistyczne myślenie.
Protesty „żółtych kamizelek”, ale i innych protestów na całym kontynencie, są wymierzone w „aroganckie elity”. Na czym polega problem dzisiejszych elit?
To główne pytanie naszych czasów. Nie jestem pewien, czy ktokolwiek znalazł już na nie satysfakcjonującą odpowiedź. W krajach takich jak Francja 20, 30 lub 60 lat temu większość obywateli miało poczucie, że system polityczny bardzo dobrze im służy. Że dostają od polityków to, co zostało im obiecane. Ich perspektywy życiowe były dobre, a perspektywy ich dzieci nawet lepsze. W wielu państwach ten układ jest już nieaktualny. Obywatele czują, że system polityczny nie daje im tego, czego oczekują. Narastające obawy co do przyszłości obserwujemy w większości państw Zachodu. Historia wygląda inaczej w przypadku takich państw jak Polska, która obiektywnie w ostatnich dekadach radzi sobie bardzo dobrze. Ale także tu widać różne formy napięć, wynikające np. ze standardów życiowych, które odstają od normy z państw Europy Zachodniej, lub różnic pomiędzy Warszawą a prowincją.
Co jeszcze łączy antyestablishmentowe protesty społeczne w różnych krajach?
Podobieństwa dotyczą popularności internetu i mediów społecznościowych. Obecnie pokazywanie wad elit jest dużo prostsze, tak samo jak zorganizowanie protestów i dzielenie się informacjami. To także powód, dlaczego coraz częściej kwestionuje się elity.
Luigi Di Maio, włoski wicepremier i lider Ruchu 5 Gwiazd (M5S), zaproponował, że użyczy francuskim „kamizelkom” systemu teleinformatycznego, który jego partia wykorzystuje do komunikacji i zarządzania strukturami. Czy te ruchy są do siebie podobne?
Istnieją podobieństwa pomiędzy M5S a „żółtymi kamizelkami”. Włoski ruch też zaczynał jako idealistyczny zryw. Jego działania wymierzone były w systemową korupcję rządów Silvio Berlusconiego. Tylko że teraz Ruch współrządzi w koalicji z jedną z najbardziej ksenofobicznych partii w Europie Zachodniej (chodzi o Ligę Matteo Salviniego – red.). W historii Ruchu 5 Gwiazd widać, co się dzieje z polityczną energią mającą źródło w złości przeciwko zastanemu systemowi politycznemu, jeśli nie jest ona zagospodarowana przez organizacje polityczne. Ta energia szybko zaczyna koncentrować się na sprawach, które wzbudzają najsilniejsze emocje. A te krążą wokół tematu migracji. Nie będę więc zdziwiony, jeśli również w przypadku „żółtych kamizelek”, nawet jeśli teraz jeszcze tak nie jest, ten temat zacznie odgrywać większą rolę.
Czy w 2019 r. należy się spodziewać wzrostu populizmu?
Wzrost tendencji populistycznych obserwujemy od dwóch, trzech dekad. To stały trend i nie widzę przesłanek, aby twierdzić, że może się wkrótce skończyć. Myślę, że w 2019 r. populiści będą dalej czynić powolne postępy. Jednocześnie w wielu miejscach dostrzegam coraz większy bunt zwykłych ludzi przeciwko populistycznym rządom. W związku z tym w bieżącym roku w krajach takich jak Indie lub Polska, gdzie odbędą się wybory parlamentarne, populiści mogą napotkać duże problemy.