Podniesienie płacy minimalnej i częściowe zniesienie obciążeń podatkowych dla emerytów mają uspokoić rewoltę. Mogą jednak zrujnować budżet.
Reklama
Poniedziałkowe orędzie Emmanuela Macrona zgromadziło przed telewizorem ponad 21 mln widzów, więcej niż finał tegorocznego mundialu wygrany przez Les Bleus. Prezydent w odpowiedzi na trwające od 17 listopada protesty „żółtych kamizelek” zapowiedział podniesienie płacy minimalnej o 100 euro miesięcznie. Równocześnie zaapelował do tych przedsiębiorców „którzy mogą sobie na to pozwolić”, żeby wypłacili swoim pracownikom premie na koniec roku. Z podatków zwolnione zostanie wynagrodzenie za nadgodziny, a emeryci, których świadczenie jest niższe niż 2000 euro, nie będą musieli płacić planowanego podatku. Już przed tygodniem francuski rząd zapowiedział, że wstrzyma wprowadzenie podatku ekologicznego, w efekcie którego miała podrożeć cena diesla.
Otoczenie prezydenta liczy, że wizja zasilenia domowych budżetów uspokoi „żółte kamizelki” i doprowadzi do zakończenia protestów jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Z sondażu przygotowanego dla francuskiej telewizji LCI zaraz po orędziu wynika, że oferta prezydenta przekonała tylko 49 proc. Francuzów. Opinia publiczna jest równie podzielona w ocenie przyszłości protestów „żółtych kamizelek”. 54 proc. uważa, że blokady dróg i weekendowe demonstracje należy zakończyć. 45 proc. jest zdania, że protesty powinny trwać dalej.
To pierwsza tak poważna korekta planów Macrona, który dotychczas podkreślał, że będzie trzymał się swoich reform nawet kosztem poparcia społecznego. 40-letni prezydent nie przewidział, że działania oddolnego ruchu „żółtych kamizelek” jeszcze mocniej uderzą w jego i tak już malejące sondaże.
Zmienia się także wizerunek polityka na świecie. Zagraniczne media po wygranych przez Macrona wyborach w 2017 r. szybko obwołały go „francuskim Obamą” i przyszłym reformatorem Europy. Od czasu rozpoczęcia masowych protestów doniesienia z Francji zdominowane zostały przez obrazy zablokowanych dróg i brutalnych walk demonstrujących z policją na ulicach Paryża.
Na początku „żółte kamizelki” chciały tylko rezygnacji z rządowych planów podniesienia cen paliwa, ale protestujący szybko wzięli na celownik głowę państwa, którą obwiniają za pogarszającą się sytuację bytową, w szczególności na prowincji. O tym, czy prezydenckie obietnice uspokoją wewnętrzne nastroje, będzie można spekulować dopiero na podstawie frekwencji i intensywności sobotnich protestów.
Wystąpienie prezydenta wzbudziło w całej Europie dyskusję na temat jego ekonomicznych konsekwencji. Francja już teraz przeznacza na wydatki socjalne 31,5 proc. swojego PKB. Płaca minimalna jeszcze przed zapowiedziami prezydenta wynosiła 9,88 euro za godzinę, więcej niż np. w Niemczech. Francuski dziennik ekonomiczny „Les Echos” wyliczył, że nowe wydatki mogą uszczuplić budżet państwa o 11 mln euro. A to oznacza, że przyszłoroczny deficyt budżetowy, już teraz planowany na 2,8 proc., może przekroczyć poziom 3 proc. PKB i tym samym nie będzie spełniać kryteriów obowiązujących w strefie euro. Przykładowo Włochy, których projekt budżetowy został odrzucony przez Komisję Europejską, przewidywały „tylko” 2,4 proc. PKB deficytu. Dochodzi do tego rosnący francuski dług publiczny, który obecnie wynosi 97 proc. PKB.
Pierre Moscovici, europejski komisarz ds. ekonomicznych i finansowych, zapowiedział wczoraj, że Komisja Europejska weźmie pod lupę wpływ prezydenckich obietnic na projekt budżetu. Z kolei w niemieckich mediach pojawiły się komentarze krytykujące posunięcie Emmanuela Macrona. – Macron nie jest partnerem w ratowaniu euro i Europy, tylko czynnikiem ryzyka – komentował wczoraj dziennik „Die Welt”.