W przeciwieństwie do rządu i prezesa PiS, Andrzej Duda nie prowadzi polityki antyniemieckiej czy antyfrancuskiej. Dba też o zachowanie pozorów w relacjach z instytucjami unijnymi, włącznie z Radą Europejską, na czele której stoi Donald Tusk.
W ostatnich dwóch latach kadencji prezydenta Andrzeja Dudy międzynarodowe środowisko Polski będzie coraz trudniejsze. Będzie to wymagać silnego, niepartyjnego i jasnego przekazu ze strony prezydenta oraz zdolności do wywierania skutecznego wpływu na politykę zagraniczną. Duda powinien skoncentrować swe wysiłki na stymulowaniu inwestowania w samowystarczalność obronną i w rozwój europejskiej polityki bezpieczeństwa.
Jest marzec 2016 r. Od wyborów prezydenckich, w których zwyciężył Andrzej Duda, upłynął blisko rok. Na świecie nikt o nim nie słyszał, za to nowy polski rząd Prawa i Sprawiedliwości traktowany jest z niechęcią i podejrzliwością. W tych okolicznościach prezydent Duda udaje się do Stanów Zjednoczonych z trudną misją. Za cztery miesiące w Warszawie ma się odbyć szczyt NATO, który zadecyduje o rotacyjnym stacjonowaniu wojsk amerykańskich i innych państw NATO w Polsce i w państwach bałtyckich. Decyzja ta była przygotowywana przez lata przez rząd koalicji PO-PSL, który miał wsparcie administracji prezydenta Baracka Obamy i znakomitej większości europejskich członków Sojuszu. Jednak w marcu 2016 r. polski rząd jest już w konflikcie z Unią Europejską, a w amerykańskim Departamencie Stanu jest postrzegany jako polska odmiana zwalczanego przez Waszyngton gabinetu Viktora Orbána.
Natowska maszyna administracyjna przygotowuje już co prawda komunikaty o umieszczeniu Sojuszu na wschodniej flance, ale formalnej decyzji jeszcze nie ma. Andrzej Duda ma przekonać Amerykę i sojuszników, że warto podtrzymać inwestycje w polskie bezpieczeństwo i że PiS nie stanowi zagrożenia dla demokracji w Polsce. W Waszyngtonie ma od początku pod górkę. W kalendarzu brakuje spotkania z Barackiem Obamą, wiceprezydentem Bidenem czy innymi członkami gabinetu. Poza tradycyjnymi spotkaniami z Polonią Duda odbywa publiczną debatę w klubie prasowym z ikonami amerykańskiego dziennikarstwa Joe'em Scarborough i Miką Brzezinski. To ratuje sytuację. Joe i Mika (prywatnie córka Zbigniewa Brzezińskiego, amerykańskiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego za prezydentury Jimmy’ego Cartera) prowadzą wspólnie cieszący się rekordową oglądalnością program „Morning Joe”, który należy do najbardziej opiniotwórczych programów w amerykańskiej telewizji. Oglądają go także członkowie administracji i kongresmeni. Duda dostaje więc szansę dotarcia do najbardziej opiniotwórczej części establishmentu w Waszyngtonie.
Reklama
Rozmowa z Miką i Joem to mniej więcej ekwiwalent publicznej konwersacji z Moniką Olejnik, z którą rozmowa raczej do przyjemności nie należy. Młody, niedoświadczony i nieznany Ameryce polski prezydent jest ewidentnie zestresowany, ale ujmuje gospodarzy otwartością i skromnością. Jasno i klarownie tłumaczy potrzebę inwestycji w polskie bezpieczeństwo i benefity wynikające z tego dla USA. Plącze się nieco, mówiąc o sporze wokół Trybunału Konstytucyjnego i rządach prawa, co powoduje zniecierpliwienie dziennikarzy. Przerywają tę wypowiedź. Summa summarum w tych aspektach, które miały wymiar ponadpartyjny – bezpieczeństwo kraju – prezydent skutecznie pozyskał publikę; w tych, które dotyczyły polskiego wewnętrznego sporu, wypadł nieprzekonująco. Z punktu widzenia Ameryki liczy się jednak przede wszystkim ocena strategicznego potencjału kraju i w tym aspekcie Duda przedstawił argumenty zgodne z interesem narodowym.

Reklama
To wczesne amerykańskie doświadczenie pokazało, że prezydent potrafi być skuteczny w promowaniu interesów kraju, szczególnie w tych obszarach, gdzie istnieje konsensus partyjny, i unika wpadania w sztampę krytykowania poprzedników. Do dziś Amerykanie stawiają na Kancelarię Prezydenta w relacjach z Warszawą. Jednak kiedy w prezydencie do głosu dochodzi upartyjniony polityk PiS, przenoszący polskie fobie na pole międzynarodowe, to cierpią na tym przekaz i opinia kraju za granicą.

Dokąd odpływa Ameryka

Bezpieczeństwo Polski i zdolność do powiększania dobrobytu materialnego opierają się na dwóch podstawowych filarach – relacjach z USA oraz członkostwie w UE. Niestety nasza pozycja zarówno wobec USA, jak i UE jest coraz słabsza i należy się przygotować na bardzo głęboką zmianę otoczenia międzynarodowego Polski.
Stany Zjednoczone odpływają od Europy i należy liczyć się z przyszłością, w której zabraknie amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa wobec naszego kontynentu. Ten proces rozpoczął się już w czasie prezydentury Obamy, który zdecydował o przeniesieniu strategicznego zainteresowania USA z Europy do Azji. Dryft od brzegów europejskich nabiera przyspieszenia za rządów Trumpa, który stał się pierwszym w historii prezydentem USA wspierającym ruchy eurosceptyczne i pracującym na rzecz osłabienia UE. Antyeuropejska działalność Trumpa jest co prawda moderowana przez Departamenty Obrony i Stanu, a także dużą część Kongresu, ale w systemie amerykańskim to prezydent decyduje o kierunkach polityki zagranicznej. Ponadto wiele wskazuje na to, że antyeuropejska retoryka Trumpa jest popularna w USA, gdzie narastają nastroje protekcjonistyczne.
Powojenne zaangażowanie USA w bezpieczeństwo Europy jest raczej historycznym wyjątkiem niż regułą. Młodzi Amerykanie nie mają sentymentalnego stosunku do Europy, a jeśli interesuje ich zagranica, to stawiają raczej na Azję. Demograficzna siatka kraju zmienia się dynamicznie, a najszybciej rosnącą grupą ludności są Latynosi, dla których punktem odniesienia nie jest Europa, lecz Ameryka Południowa. Trump nie jest więc jedynym powodem, dla którego USA odpływają od Europy. O wiele ważniejsze są wewnętrzne procesy społeczne i demograficzne, które nie sprzyjają zaciskaniu więzów transatlantyckich.
Polski prezydent nie jest w stanie, podobnie zresztą jak nikt inny, zatrzymać tych procesów. Ale Andrzej Duda może skuteczniej przygotowywać kraj do rzeczywistości międzynarodowej, w której nie możemy już polegać na USA. Obecna strategia prezydenta i rządu jest oparta na wierze, że Polska może nawet zyskać na konflikcie między USA i większością UE. Skoro Trump nie lubi Niemiec i Merkel, to należy zachęcić USA do przeniesienia amerykańskich baz z Niemiec do Polski – głoszą stratedzy PiS. W tym kierunku szła też oficjalna propozycja Ministerstwa Obrony Narodowej, która oferowała Amerykanom 2 mld dol. za umieszczenie stałych baz w Polsce. Od razu napotkała na stanowczy opór amerykańskich wojskowych włącznie z bardzo propolskim generałem Hodgesem, byłym dowódcą sił amerykańskich w Europie. Hodges argumentował, że przyjęcie tej propozycji oznaczałoby złamanie konsensusu w NATO i w efekcie osłabienie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Kancelaria Prezydenta podobno nie była poinformowana o propozycji MON, więc trudno ją za to winić. Ale nie ulega wątpliwości, że Amerykanie publicznie nam powiedzieli, iż nie są zainteresowani stałymi bazami w Polsce, natomiast europejscy członkowie NATO odebrali to posunięcie jako uderzenie w jedność Sojuszu. Jakiekolwiek próby powrotu do tego tematu w przyszłości spotkają się z podobną reakcją – nic nie dostaniemy, a wszystkich zantagonizujemy. Relacje z Polską są dla USA istotne, ale nie są i nie będą ważniejsze niż relacje z Europą Zachodnią. Dodatkowo istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że jakiekolwiek inwestycje o naturze obronnej w Polsce zostaną przehandlowane przez Waszyngton na rzecz porozumienia z Putinem. Działo się tak już w okresie prezydentury Obamy, który zmienił projekt tarczy rakietowej w Polsce, by wykazać przed Putinem dobrą wolę i odpalić słynny reset w relacjach amerykańsko-rosyjskich. Nie wiemy, co było przedmiotem uzgodnień między Trumpem i Putinem w Helsinkach 16 lipca 2018 r., ale naiwnością byłaby wiara w to, że zakochany w Putinie Trump będzie strzegł interesów Polski.
Trzy lata prezydentury Dudy to wystarczająco długi czas, by uzyskać trzeźwą ocenę realnego amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo kraju. Wiemy dziś, że zdaniem Amerykanów ma ono polegać głównie na zakupie sprzętu wojskowego od firm amerykańskich i na mglistych zapewnieniach o rotacyjnej obecności wojskowej na terytorium Polski – tak długo, jak to będzie konieczne. Czyli tak długo, jak zdecydują Amerykanie, co może się w każdej chwili zmienić.
Pozostałe do końca kadencji dwa lata prezydentury Duda powinien wypełnić przygotowywaniem kraju do spotkania z rzeczywistością, w której nie możemy zawierzać naszego bezpieczeństwa przede wszystkim Stanom Zjednoczonym. Pozostają tutaj dwie podstawowe ścieżki. Po pierwsze inwestycja w samowystarczalność obronną i po drugie inwestycja w rozwój europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony. W pierwszym z tych tematów prezydent ma pewne zasługi. Podpisał ustawę, która podnosi wydatki na obronność z 2 proc. PKB do 2,5 proc. PKB. Zadbał również o usunięcie z resortu Antoniego Macierewicza, który skutecznie niszczył polską armię. Do dzisiaj jednak Polska nie wydaje nawet 2 proc. PKB na obronę, a modernizacja armii jest w powijakach. Żaden z dużych kontraktów na zakup nowego sprzętu, przygotowanych przez poprzedni rząd, nie jest jeszcze realizowany. Prezydent nie zdołał powstrzymać odpływu z armii najzdolniejszych oficerów i członków sztabu generalnego.
Temat inwestycji w europejską politykę bezpieczeństwa i obrony jest i trudny, i kontrowersyjny. Na obecnym etapie polityka bezpieczeństwa UE jest słaba i nie stanowi żadnej sensownej alternatywy wobec NATO. Ale wiele wskazuje na to, że coraz silniej przez Trumpa antagonizowane państwa UE skłaniają się ku poważnej inwestycji w rozbudowę autonomicznych zdolności europejskich. Trzeba szczerze przyznać, że takie zapowiedzi miały miejsce wielokrotnie w przeszłości i niewiele z nich wynikało. Tym razem jednak sytuacja jest dramatycznie inna, bo UE ma do czynienia z prezydentem USA, który wybiera konflikt z Europą, a szuka porozumienia z Putinem. Jeśli unijna polityka bezpieczeństwa i obrony nabierze rozmachu, Polski nie powinno zabraknąć w jej awangardzie. Niestety przez ostatnie lata Warszawa wycofała swoje poparcie dla rozbudowy unijnych zdolności obronnych. Istnieje więc niebezpieczeństwo, że ta inicjatywa ruszy, ale bez Polski.
Prezydent Duda cieszy się lepszą niż rząd PiS opinią w Brukseli i w innych stolicach europejskich. Istnieje pole do wykorzystania tego potencjału nie tylko w kwestiach dotyczących obronności kraju, ale szerzej, miejsca Polski w UE. Nie ulega wątpliwości, że mamy w tym obszarze poważny problem. Polska jest obecnie totalnie zmarginalizowana w kontekście UE i jest jedynym w historii krajem, wobec którego toczy się postępowanie mogące skutkować zawieszeniem Warszawy w prawach członka UE. W przeciwieństwie do rządu i prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezydent nie prowadzi polityki antyniemieckiej czy antyfrancuskiej. Dba również o zachowanie pozorów w relacjach z instytucjami europejskimi, włącznie z Radą Europejską, na czele której znajduje się Donald Tusk.
Jednak lepsze osobiste kontakty z niektórymi politykami europejskimi nie powstrzymają procesu marginalizacji Polski w UE. Abstrahując od izolacji Polski z powodu problemów z rządami prawa, pojawia się problem wyodrębniania się eurostrefy z reszty UE i tworzenia Unii w Unii. Procesowi temu przez lata sprzeciwiały się Niemcy, a promowała go Francja. Obecnie opinia publiczna w Niemczech zaczęła się skłaniać w stronę zacieśniania integracji w ramach państw posługujących się wspólną walutą. Ostatnio Niemcy i Francja wspólnie uzgodniły utworzenie osobnego budżetu dla państw eurostrefy. Jeśli te pomysły zostaną wprowadzone w życie, to wpływ Polski na dalsze funkcjonowanie UE będzie coraz mniejszy. Naturalnie przełoży się to na dostęp do unijnych środków na modernizację kraju. Krótko mówiąc, odbije się to po kieszeni Polaków w sposób wymierny.
Ten proces może powtrzymać tylko przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty. Prezydent Duda mógłby stać się pierwszym politykiem obozu rządowego otwarcie promującym to rozwiązanie. Byłoby to oczywiście posunięcie bardzo ryzykowne dla pozycji prezydenta w PiS (formalnie Duda zrzekł się partyjnego członkostwa w maju 2015 r., przed wyborami; prawdopodobnie będzie on jednak kandydatem PiS na urząd prezydenta w wyborach w 2020 r. – red.). Z drugiej strony prezydent Duda przeszedłby do historii jako polityk, który potrafi wznieść się ponad partyjną retorykę i zadbać o efektywne przeciwdziałanie postępującej marginalizacji Polski.
Obszarem, któremu w ostatnich trzech latach prezydent poświęcił szczególnie dużo czasu, jest inicjatywa Trójmorza – czyli bliskiej współpracy państw środkowoeuropejskich. Koncepcyjnie Trójmorze jest spójne z wizją polityki zagranicznej od dawna głoszonej przez PiS, czyli budowania środkowoeuropejskiej przeciwwagi dla niemiecko-francuskiej dominacji w UE. W ramach inicjatyw promowanych przez prezydenta doszło do wielu spotkań i uformowania nawet tzw. dziewiątki bukareszteńskiej – czyli inicjatywy państw regionu, a więc państw flankowych, które teoretycznie łączą podobne interesy w NATO. Poza wspólnymi deklaracjami, spotkaniami i szczytami Trójmorze pozostaje jednak wydarzeniem analityczno-dyplomatycznym bez praktycznego znaczenia.
Choć zapowiadano zbudowanie połączeń energetycznych scalających region i sieci autostrad, to żaden z tych pomysłów nie znajduje się nawet w fazie projektowej. PiS i prezydent Duda ewidentnie przecenili skłonność państw regionu do współpracy, szczególnie takiej, która miałaby być przeciwwagą dla relacji z Niemcami i Francją. Państwa wchodzące w skład Trójmorza, pomimo historycznych podobieństw, mają jednak bardzo odmienne interesy. Państwa bałtyckie, Słowenia i Słowacja są już członkami strefy euro. Rumunia i Bułgaria rozpoczęły przygotowania do przyjęcia wspólnej waluty ok. 2022 r. Praktycznie wszystkie państwa środkowoeuropejskie, z Polską włącznie, mają bardzo bliskie relacje handlowe i polityczne z Niemcami. Antyniemiecka retoryka Warszawy zwyczajnie nie znajduje posłuchu u sąsiadów, którzy życzą sobie raczej zaciśnięcia relacji z Berlinem, a postawieni przed wyborem między stolicą Niemiec i Warszawą zawsze wskażą tę pierwszą.
Prezydent Duda jest w dobrych stosunkach z większością szefów rządów w państwach środkowoeuropejskich. Między innymi dzięki temu zapewne uda mu się zablokować zastosowanie sankcji odbierających Polsce prawo głosu w UE. Nie jest to jednak dostateczny dowód na istnienie realnej współpracy Trójmorza. Jeżdżenie po środkowoeuropejskich stolicach i przekonywanie do sprzeciwiania się sankcjom wobec Warszawy to po prostu trawienie energii na zarządzanie problemem, który wykreowała macierzysta partia prezydenta.

Jak historia oceni prezydenta?

Wystąpienie w Waszyngtonie w marcu 2016 r. pokazało, że Andrzej Duda potrafi zjednywać sobie najtrudniejszych rozmówców, co jest zdolnością bardzo liczącą się w polityce. Kolejne lata prezydentury tylko tę właściwość potwierdziły. Prezydent ma talent do nawiązywania porozumienia i podtrzymywania relacji z innymi ważnymi politykami na świecie.
Zadziałało to na korzyść wizerunku Polski na świecie. Kiedy rząd PiS i poprzedni minister spraw zagranicznych podejmowali swoje antyniemieckie i antyunijne szarady, Duda łagodził atmosferę, zapraszając do siebie prezydenta Niemiec. Niestety nie zdecydował się na zablokowanie nowelizacji ustawy o IPN, która zepsuła relacje polsko-izraelskie i polsko-amerykańskie. Ale przynajmniej zadbał o poprawę atmosfery, jednoznacznie sprzeciwiając się aktom antysemickim i wypowiedziom o takim charakterze. Prezydent, o czym była już mowa, ma bardzo dobre relacje z przywódcami państw środkowoeuropejskich, dzięki czemu zbudował kapitał, który może być wykorzystany w przyszłości do bardziej pozytywnych projektów niż blokowanie sankcji wobec Warszawy.
Magazyn 10.08.2018 / Dziennik Gazeta Prawna
Natomiast Andrzej Duda nie zdecydował się jeszcze na podjęcie inicjatywy, która w realny sposób mogłaby wprowadzić polską politykę zagraniczną na bezpieczniejsze tory. A niestety droga, po której zmierza obecnie nasza polityka zagraniczna, prowadzi wprost do samoizolacji i w dalszej perspektywie autodestrukcji. Relacje z USA pozostają wiernopoddańcze i zupełnie pozbawione podmiotowości, o której tyle słyszymy od PiS. W relacjach z UE idziemy na zwarcie. W relacjach w regionie bywa, że jest miła atmosfera, dzięki której zostaje podpisana jakaś nowa deklaracja, ale żadne państwo regionu nie będzie ryzykować konfliktu z Niemcami i UE, dlatego że ekipa w Warszawie cierpi na jakieś fobie.
Prezydent ma spory potencjał. Można mieć nadzieję, że w następnych dwóch latach podejmie odważne inicjatywy, które służą interesowi kraju, a nie wspierającej go partii politycznej.