MAREK HILŠER o nastrojach politycznych w Czechach w przededniu drugiej tury wyborów.
Sam chciałbym wiedzieć. Obaj idą łeb w łeb.
Zaskakujące, prawda? Dla mnie też było to niezwykłe. Sondaże nie dawały mi tak wysokich notowań. Widocznie w społeczeństwie jest potrzeba zmiany, nowego otwarcia. Ludzie mają dosyć tradycyjnych polityków, dlatego jest miejsce dla nowej osoby spoza politycznego establishmentu. O tym też świadczy to, że w drugiej turze ma właśnie szansę Jiří Drahoš, naukowiec, były szef Czeskiej Akademii Nauk, który też nie ma żadnej przeszłości politycznej. A mimo to przeszedł razem z obecnym prezydentem Milošem Zemanem do drugiej tury.
Podczas kampanii mówiłem, że chciałbym, żeby Czechy pozostały na Zachodzie i współpracowały z demokratycznymi państwami w Europie, z Unią Europejską. Miloš Zeman jest zaprzeczeniem takiego podejścia. Jego celem jest zacieśnienie współpracy ze Wschodem. Swoimi działaniami legitymizuje rosyjskich polityków i rosyjski biznes. Jest jedynym politykiem Europy Zachodniej, który jeździ do Rosji, rozmawia z Władimirem Putinem i otwarcie go wspiera. Dlatego popieram Drahoša, o którym na pewno nie da się powiedzieć, że stanie się koniem trojańskim polityki rosyjskiej. To nie jest populista, który by kłamał, do czego Zeman posuwał się wielokrotnie.
Zeman publicznie odżegnywał się od krytyki aneksji Krymu. Nie kryje się również z kontaktami z rosyjskimi oligarchami, m.in. Władimirem Jakuninem, byłym prezesem rosyjskich kolei RŻD, bliskim przyjacielem i doradcą Putina. Jakunin znajduje się na liście sankcji UE i USA, jest nacjonalistą. Tymczasem Zeman publicznie występował wiele razy na organizowanych przez Jakunina konferencjach, a nawet krytykował nałożenie na niego sankcji. Zeman nigdy się z tym nie krył. Wręcz odwrotnie, chwalił się tą znajomością. Takie zachowanie nie przystoi czeskiemu prezydentowi. To kultura polityczna, które jest mi obca, i nie chciałbym, żeby stała się standardem w Czechach. Tymczasem Zeman nie tylko przyjaźni się z takimi ludźmi, ale także popiera premiera Andreja Babiša, czesko-słowackiego oligarchę, o którym trudno powiedzieć, że jest demokratą. Zeman jest hipokrytą, a ja chciałbym mieć prezydenta, który jest niezależny, broni interesów obywateli, a nie miliarderów. Taka postawa pogłębia już i tak mocno nadwyrężoną nieufność Czechów wobec polityków.
Ma pani rację. Prawda jest taka, że Jiří Drahoš może wprowadzić zmianę polegającą na tym, że nie będziemy mieć już prezydenta, który bywa pijany, wulgarny i promuje rosyjskich polityków oraz oligarchów. To dość niewygórowane oczekiwania i wydaje się, że Drahoš jest w stanie im sprostać.
Szczerze mówiąc, nie bardzo.
Dla wielu stanowi jedyną możliwą opcję na zakończenie władzy Zemana. Kampanię rozpoczął dość wcześnie, kiedy trwały gorączkowe poszukiwania kogoś, kto może stać się realnym konkurentem dla obecnego prezydenta.
Sytuacja rzeczywiście jest nieciekawa. Istnieje kilka scenariuszy: albo rząd Babiša jednak otrzyma poparcie w zamian za większy wpływ na politykę państwa dla komunistów i eurosceptyków, albo zostaną rozpisane przedterminowe wybory, które dla Babiša nie będą stanowić problemu. Po pierwsze, znów ma szanse na wygraną. Dla innych partii stanowiłoby to kłopot, chociażby finansowy, najzwyczajniej mogą nie udźwignąć kolejnej kampanii wyborczej. A Babiš jest miliarderem.
Myślę, że nie. Nie ma teraz atmosfery dla takiego rozwiązania. Afera związana z uchodźcami nie pozostaje na to bez wpływu.
No właśnie. Nastroje są bardzo antyeuropejskie. Wiele osób uważa, że UE działa na niekorzyść państw członkowskich, nakazując im przyjąć uchodźców. Wielu Czechów sądzi, że Unia naraża nas na niebezpieczeństwo, choć do Czech w ramach relokacji żaden uchodźca nie przyjechał. Są skłonni nawet zgodzić się na karę ze strony UE. A nasi politycy bardzo sprawnie – dla własnych celów politycznych – wykorzystują strach przed imigrantami. Okamura i Zeman postawili to w centrum swoich kampanii wyborczych, jak widać skutecznie. Trudno więc byłoby wprowadzić cokolwiek, co by Czechy w jakimkolwiek obszarze zbliżało z UE. Nawet gdyby miałaby to być współpraca ekonomiczna, jak wprowadzenie euro.
Myślę, że ten antyeuropejski nastrój rozpoczął się za czasów prezydenta Václava Klausa. To on zdjął z Hradu flagę unijną. Był prezydentem przez dwie kadencje i jest odpowiedzialny za wprowadzenie do debaty polityczej tak silnie antyeuropejskiego nastawienia. Nigdy nie miał zaufania do struktur europejskich i głośno o tym mówił. A teraz doszedł do tego temat imigrantów. W efekcie czescy politycy zaczęli traktować Putina jako partnera.
Części może tak. Ale jak już wspominałem, społeczeństwo jest bardzo mocno podzielone, a różnice są głębsze. Wiele osób wspomina stare dobre czasy sprzed 1989 r. Dla nich demokracja nie zdała egzaminu. W ostatnich latach wychodziły na jaw afery korupcyjne polityków rządzących po 1990 r. Coraz wyraźniejszy jest spór między zwolennikami idei pansłowiańskich a tymi, którzy uważają, że lepsza jest współpraca z Zachodem. Czeski nacjonalizm dochodzi do głosu.
Jest spora grupa, która używa retoryki pansłowiańskiej i buduje swoją tożsamość na kontrze wobec Niemców.
No cóż, prawda jest taka, że zarówno Havla, jak i Masaryka na szczyty władzy wyniosła rewolucja. Jednego rozpad Austro-Węgier, drugiego upadek komunizmu. Gdyby Havel stanął teraz do wyborów, nie miałby szans na wygraną. Filozof czy pisarz prezydentem? To paradoksalnie nie leży w naturze Czechów.
Szczerze? Myślę, że stosunek do Polaków cechuje obojętność. Politycznie Polska jest nieistotna.
Część społeczeństwa współczuje Polakom.
Rzekomo niesprawiedliwego podejścia UE, która krytykuje polskie rządy za sądy czy Trybunał Konstytucyjny. To dla części Czechów kolejny przykład niesprawiedliwego działania Unii, która wtrąca się w wewnętrzne sprawy państw członkowskich.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu