Niewiele nas tak porusza jak aborcja. Są, owszem, inne problemy, które sprawiają, że łapiemy za (polityczną) broń: emigracja, polski węgiel, Unia Europejska ze szczególnym wyszczególnieniem kwestii, czy i z jakiej racji Niemiec chce pluć nam w twarz.
Reklama
Magazyn DGP 19.01.2018 / Dziennik Gazeta Prawna
Ale te inne sprawy mają kontekst mocniej historyczny – gdyby nie wojna w Syrii, na przykład, uchodźca by nas tak nie kłopotał; gdyby nie rzeczony uchodźca, mniej mielibyśmy konfliktów z UE. Problem aborcji zaś jest jak wieczny płomień, który zawsze tli się w duszy narodu; wystarczy lekki podmuch, żeby wzniecić szalejący pożar. Emocje są nieporównywalne z innymi kwestiami – ludzie wyjdą na ulicę w obronie, na przykład, niezależnych sądów, ale w sprawie aborcji wyjdą, rzec można, o wiele bardziej „osobiście”.
A właściwie... dlaczego?
Samo to pytanie brzmi nieco dziwnie, prawda? Tak mocno jesteśmy przeświadczeni, że kwestia aborcji jest politycznie i moralnie centralna, że sama sugestia, by ocenić faktyczną istotność sprawy, wydaje się niekomfortowa. Przecież to sprawa najwyższej wagi – i już! Mamy zresztą dobre powody, by tak myśleć. Aborcja leży na przecięciu wielu najistotniejszych sporów – jak pytanie o to, kim jest człowiek i kiedy się zaczyna; jaka powinna być relacja państwa i moralności, w szczególności tej będącej pochodną wiary; jak daleko sięga nasze prawo do samostanowienia i decydowania o swoim ciele; jaką autonomię prawną powinna mieć kobieta; czym jest opieka zdrowotna i jakie są nasze obowiązki wobec przyszłych pokoleń. Nic dziwnego więc, że jest to jedna z kwestii, wokół której budujemy swoją moralną i polityczną tożsamość.
A jednak jest kilka czynników, które mogłyby przynajmniej na pierwszy rzut oka sugerować, że nieco z intensywnością reakcji przesadzamy. Rzućmy na nie okiem, zanim ostatecznie przyznamy sobie prawo do okołoaborcyjnej paniki. Po pierwsze, aborcja ma jako problem zasadniczo ograniczony zasięg. To prawda, że prawie nic, od choroby przez socjal po narodziny dziecka, nie dotyka tylko jednej osoby, ale dotyczy szerszej społecznej siatki. Jednak w najbardziej bezpośredni sposób sprawa aborcji dotyczy stosunkowo wąskiego segmentu populacji – młodych kobiet. W tym jednym sensie (w tym jednym, powtarzam) jest ona podobna do choćby sprawy poboru do wojska czy opieki zdrowotnej dla chorych na raka – a te, choć ogromnie ważne, nie mają przecież podobnej siły emocjonalno-politycznej. Po drugie, aborcja nie jest wcale jedyną kwestią zamieszaną w sprawy ostateczne. Podobnymi problemami są eutanazja czy kara śmierci, a mimo że nasze opinie w tych sprawach są silne i wojownicze, trudno wyobrazić sobie, żeby legislacja regulująca kwestie eutanazji zamiast normalnej polityczno-medialnej burzy wyprowadziłaby dziś na ulice protest porównywalny z czarnym marszem i zmobilizowała takie rzesze aktywistów z obu stron. Po trzecie, aborcja nie jest wcale wyjątkiem, jeśli chodzi o te sprawy prawne, które są centralne dla naszego życia moralnego. Inne tego rodzaju zagadnienia to niektóre kwestie socjalne, edukacja czy małżeństwa jednopłciowe – a jednak aborcja uporczywie wyprzedza je o trzy długości w kategorii „moralny zryw”. Oj, jakże się człowiek burzy, gdy mu religię zabierają/wprowadzają do szkół. Ale czy z tą samą werwą wybiegnie pod Sejm?
Czy jest więc jakiś wyjątkowy powód, dla którego to akurat aborcja wyprowadza nas tak gremialnie na barykady? A może w świecie, gdzie polityka i media polaryzacją stoją, to wszystko kwestia umiejętnej politycznej propagandy, prowadzonej tak, by jak najsilniej skłócić i skonsolidować polityczne grupy interesu w dosyć przypadkowej sprawie?
Coś oczywiście jest w tej hipotezie. Im intensywniejsza walka, tym lepiej się klika na Facebooku i tym większą emocjonalną energię siły polityczne mogą zaprząc do działań na swoją rzecz. Ale jest też, jak sądzę, drugi powód, ważniejszy, który całkowicie uzasadnia nasze paniczne reakcje – a mianowicie, że pogląd na sprawę aborcji ma tę naturę, iż częściej niż inne jest dostępny w hurcie, nie w detalu.
Aborcja praktycznie nie występuje sama. Funkcjonuje raczej jako legitymacja kulturowo-partyjna. Trudno ją wyodrębnić z szerszej sieci przekonań; siłami niekiedy logiki, kiedy indziej przypadku historycznego, została na zawsze przywiązana do całej masy poglądów i z nimi w grupie podróżuje. To fakt, który dotyczy również innych spraw, ale aborcja jest jednak wyjątkowo mocno dotknięta kwestią hurtu. W praktyce wygląda to tak: powiedzmy, zresztą zgodnie z prawdą, że jestem za wolnością wyboru, zwiększeniem pola do decyzji kobiety w sprawie posiadania potomstwa. I po tej deklaracji czytelnik może od razu, z dużym prawdopodobieństwem, powiedzieć o mnie wiele rzeczy; dość dokładnie określić moje polityczno-społeczne przekonania. Jestem przejrzysta jak warszawskie powietrze – smog co prawda wisi, ale wiele już da się zobaczyć. Nietrudno oczywiście dociec, że sprawy wiary nie mają dla mnie istotnego znaczenia; pewnie jestem przeciwna religii w szkołach i zbyt dużemu zaangażowaniu Kościoła w sprawy państwa. Ale i wiele mniej oczywistych rzeczy staje się bardziej prawdopodobnych. Polityka emigracyjna? Duża szansa, że wolałabym zgodzić się na proponowane przez Unię kwoty uchodźców. Polityka międzynarodowa? Stawiam dziesięć przeciw jednemu, że prozachodnia; Merkel jest OK, Unia naszą przyszłością itp., itd. Ktoś taki na pewno chętniej obejrzy „Klątwę” niż „Smoleńsk”. Pójdzie raczej na manifę niż na marsz niepodległości, bo woli feminizm niż nacjonalizm. Pro-life też występuje w kilku jedynie podtypach. I chociaż inne poglądy też są uwikłane środowiskowo, kulturowo i politycznie, ale po niczym tak łatwo człowieka nie poznasz, jak po tym, co myśli o aborcji.
To właśnie ta kwestia hurtowości najmocniej wpływa na sposób, w jaki w Polsce przebiega konflikt w sprawie aborcji – a konkretnie na to, że charakteryzuje go bojownicza, histeryczna nieufność dla przeciwnika. Kilka tygodni temu pisałam na tych łamach o retorycznym zabiegu, który filozof Nicholas Shackel określił mianem „twierdza i gród”. Shackel twierdzi, że aby zrozumieć bitwy między zwolennikami pewnych teorii, należy sobie wyobrazić je (owe teorie) w formie rozległego, pięknego grodu. Ten gród, jego ulice, targi i place – to wszystkie tezy, które chcielibyśmy ziścić – w przypadku pro-choice będzie to np. całkowity rozdział Kościoła od państwa, daleko idący społeczny progresywizm, indywidualne prawa do samostanowienia, a także całkowita wolność dokonywania aborcji na życzenie. Trudne do obrony, prawda? Więc gdy pojawia się u bram wróg w postaci np. projektu Ordo Iuris, zamiast walczyć z rozległości grodu, sprytnie biegniemy do stojącej na jego środku zimnej, kamiennej, nieprzyjaznej i ciasnej twierdzy. Tu nie jest nam ani miło, ani fajnie; wcale nie chcemy tu mieszkać, ale twierdza ma tę zaletę, że jest łatwa do obrony – i reprezentuje tezy, z którymi wrogowi walczyć jest bardzo trudno. To z właśnie z tej pozycji lewica podnosi larum, że ostre prawo aborcyjne oznacza nakaz rodzenia zdeformowanych płodów zgwałconym nastolatkom i brak opieki prenatalnej dla najuboższych kobiet – a któż chce, by kobietom odmawiano leczenia? Więc wróg się cofa, a wtedy lewica wybiega znów na gród i w „Wyborczej” można zaraz przeczytać wywiad z piosenkarką, która usunęła zdrową ciążę, bo tak chciała i już. Do twierdzy, kiedy atakują; na gród, kiedy tylko nam odpuszczą.
I jak konserwatywny rząd ma choćby trochę ustąpić w sprawie aborcji, skoro przeciwnik cały czas tylko łypie, jak tu wybiec z wieży i zasiedlić jak największe tereny? Wiem, bo sama łypię. A jak ktokolwiek po bardziej lewej stronie może w ogóle wysłuchać jakichkolwiek racji pro-life’owych, na przykład dać się zmamić na dyskusję o kochanych i zasługujących na życie dzieciach z zespołem Downa, które dotknąć mogła „aborcja eugeniczna”, kiedy wiemy, że to tylko obrona z ciasnej twierdzy, po której pro-life wybiegnie na szeroki gród, ucząc antykoncepcji przez abstynencję i zakazując tabletek dzień po? Otóż nie może, nikt się nie może nawzajem wysłuchać, wszyscy muszą reagować nerwowo, bo wiemy, że to wcale nie jest spór o jedno bardzo ważne prawo, ale siłowanie się dwóch niecierpliwych kulturowo-politycznych rewolucji. Sprawa nie toczy się o to, kto będzie lepiej strzelał z twierdzy, sprawa się toczy o to, jaki będzie gród.