Jak najlepiej scharakteryzować polskie nastroje w mijającym roku 2017? To łatwe, bo nastrój jest w zasadzie jeden i wyraźnie widoczny: udało nam się przeżyć kolejny rok w stanie permanentnej histerii. Nasza histeria jest związana z polityką, ale dotyka wszystkich po równo; można nawet powiedzieć, że w histerii odzwierciedla się nasza zapomniana już nieco jedność narodowa. Jedni boją się nazistów, inni uchodźców; jedni boją się katolstwa, inni lewactwa, ale przynajmniej wszyscy tak samo, jednym głosem, krzyczą.
Magazyn 29 grudnia / Dziennik Gazeta Prawna
Żeby było jasne: mówiąc, że ktoś „histeryzuje”, wcale nie sugeruję, że nie ma racji. Słowo to może nie ma najlepszej sławy i konotacje niesie raczej pejoratywne, ale bywają chwile, gdy histeria jest odruchem wręcz najbardziej racjonalnym. Gdy dzieje się coś, co jest egzystencjalnie ważne, a na co nie mamy wpływu; gdy jesteśmy bezradnymi świadkami horroru, czasem histeryczny wrzask jest jedyną sensowną reakcją. Sama z pewnym zrezygnowaniem oddaję się wciąż jednej z tych histerii, przekonana, że jeszcze chwilę, a jakiś prezes Polski, a zarazem papież Prawdziwie Polskiego Kościoła każe nam chrzcić zygotę i oglądać wyłącznie telewizję Trwam – i że skoro nie do końca wiadomo co robić, powinnam przynajmniej głośno wrzeszczeć i jak najszybciej biegać w kółko, wołając, że nadchodzi apokalipsa.
Reklama

Reklama
Moja histeria, jestem o tym głęboko przekonana, jest racjonalna; wszelkie inne zaś powinny wziąć coś na uspokojenie. Ale pomijając ten jakże oczywisty (dla mnie) fakt, od dawna zastanawia mnie histeryczna dynamika politycznego konfliktu jako taka. Histeria polityczna jest oczywiście stara jak świat, ale od kiedy polityczne barykady na Zachodzie ustawiły się po linii otwartość / progresywizm / liberalna demokracja z jednej strony, a izolacjonizm / obyczajowy konserwatyzm / dyskretny autorytaryzm z drugiej, obie strony wpadły w wyjątkowo szaleńcze drgawki. Każdy ruch jednych, nawet najbardziej niewinny, powoduje u drugich przekonanie, że oto świat dostał ostateczny impuls do rozpadnięcia się na kawałki.
Do tego efektu dokładają się oczywiście polaryzujące się media; te zaś wymuszają radykalniejsze reakcje polityków i komentatorów, którzy pragną się w nich znaleźć – a kiedy wokół wieszczą koniec świata, nie ma wyjścia, trzeba wyć. Jest jednak inny komponent niszczący nerwy wszystkim zainteresowanym i pchający ich ku histerii, a mianowicie sposób, w jaki dziś konstruujemy nasze społeczno-polityczno-moralne doktryny.
W swoich peregrynacjach po sieci natrafiłam kiedyś na artykuł doktora Nicholasa Schackela (to filozof), w którym zżyma się on na postmodernizm. Samo to nas tu nie interesuje, niech postmodernizm rozsadza świat od środka w pokoju; co innego jest ciekawe. Podczas tego zżymania się opisuje on mianowicie pewną dynamikę retoryczną, charakterystyczną dla pewnego typu teorii, które usiłują zdobyć wpływ na ludzkie dusze. Schackel nazywa tę technikę „motte and bailey”, czyli mniej więcej (wybaczcie nieznajomość dokładnych średniowiecznych terminów architektonicznych) twierdza i gród.
Oto zasada metafory: twierdza to brzydka wieża z kamienia, którą otacza piękny, rozległy gród, w którym ludzie żyją, bawią się, tańcują i ucztują. W grodzie jest bardzo przyjemnie, przestrzennie i w ogóle super. Twierdza zaś jest mała, niewygodna, zimna i nieprzyjemna do mieszkania, ale ma jedną niezaprzeczalną zaletę: bardzo łatwo ją obronić. Gdy nadchodzi wróg, trza więc zwiewać do twierdzy i strzelać doń z łuku; gdy wróg jest w odwrocie, można wylec na gród i dalej prowadzić wesołe życie.
Gród reprezentuje tu przekonania i tezy, które są dla nas ważne, ale trudne do obronienia w obliczu naszych oponentów. Twierdza zaś to przekonania i tezy niekoniecznie przez nas wyjątkowo kochane, ale takie, które obalić jest bardzo trudno. Gdy nas atakują, uciekamy z grodu, chwilowo porzucając szeroki zakres naszych pełnych rozmachu teorii, i włazimy do twierdzy, nagle zawężając obronę do tych jasnych, oczywistych i trudno podważalnych tez.
Oto przykład, by daleko nie szukać: polscy nacjonaliści bywają otwartymi adwokatami białej rasy i piewcami absolutnej wyższości kultury chrześcijańskiej. Nie chcą bieli brukać ciemnym genem; nie chcą, by bliskość muzułmanina obraziła Najświętszą Panienkę na Jasnej Górze; uchodźcy precz, Angela Merkel to zdrajca Jezusa, Polska Chrystusem narodów, bić Żyda. To teoretyczny „gród” – wszystko, co krzyczeliby ze słupów, jeśliby dać im hasać po krajobrazie bez przeszkód. Kiedy zaś zjawia się wróg (demokrata czy liberał) i próbuje z nimi dyskutować, nagle cała ta nacjonalistyczna hucpa staje się wyłącznie „potrzebą jedności narodowej”, „nieszkodliwym ćwiczeniem tożsamościowym” czy „próbą szukania dumy w nieprzyjaznym ekonomicznie świecie”. Kto odmówi młodym ludziom tożsamości i dumy, zwłaszcza gdy borykają się z biedą? Nikt, więc odchodzimy spod twierdzy, a oni natychmiast, krzycząc „Bijmy Żyda!”, wylegają na gród, bo tam właśnie zawsze chcieli przebywać.
Przykład z drugiej strony: feministyczna adwokatura praw reprodukcyjnych. Nie jest tajemnicą, że większość lewicy głęboko wierzy w absolutne prawo kobiety do rozporządzania swoim ciałem, co w ramach lewicowej doktryny przekłada się na nieograniczone (nieograniczone, czyli niezwiązane jakością powodu) prawo do aborcji we wczesnej ciąży. Jestem zresztą częścią tej grupy. Gdy polski feminizm, za sprawą Ordo Iuris, niedawno stanął przed perspektywą drastycznego ograniczenia tego i tak wątłego dziś prawa, nagle jego zwolenniczki i zwolennicy, przerażeni napaścią wroga, uciekli z grodu i wbiegli do twierdzy. Na moment walki przestano mówić o nieograniczonym prawie do decyzji; zaczęto za to mówić o rzeczach powszechnie akceptowalnych: o potrzebie badań prenatalnych, z którymi może kłócić się nowa legislacja, o radykalnie zdeformowanych płodach, których rodzenie chcą nakazać prawodawcy, o zdrowiu kobiet, które wisi na włosku, gdy życie ciężarnej nie ma prymatu nad życiem płodu. Kto chce odmówić kobietom zdrowia? Kto pragnie, by rodziły umierające płody? Kto nie chce operować in utero? Są ciągle tacy, ale jest ich o wiele mniej niż tych, którzy walczą z aborcyjnym widzimisię. Wróg odpuścił, ogłosił odwrót, a po chwili „Gazeta Wyborcza” wyległa z hukiem na gród i puściła wywiad z Natalią Przybysz o aborcji na życzenie, w którym artystka opowiada o krótkiej i łatwej procedurze, która pozwoliła jej zachować dotychczasową jakość życia. No tak, tu zawsze chcieliśmy hasać, ale czy nie było nie fair tak długie ukrywanie się w twierdzy?
Innymi słowy, walczymy ze sobą z twierdz, ale nie w dobrej wierze; wciąż z okien wieży łypiemy na szczęśliwe rozległości grodu. Nie tylko my – robią to wszyscy. W Stanach ma miejsce konflikt konstytucyjny: cukiernik odmówił zrobienia tortu weselnego dla gejów. Czy miał prawo? Może i miał, może nie miał, pisze Ross Douthat, nadworny konserwatysta NYT, ale tego właśnie bali się konserwatyści za Obamy: przyłożymy rękę do słusznego skądinąd równouprawnienia i stracimy nawet zacisze małej, prywatnej cukierni; lepiej więc się okopać i nie pozwalać nigdy i na nic. Niby siedzicie w twierdzy, drodzy adwokaci małżeństw jednopłciowych, a potem wylegniecie na gród i będziecie nas zmuszać do aktywnego wsparcia sprawy słowem, czynem i biznesem, nazywając nas bigotami, jeśli spróbujemy się chować. Dziś podobnej ekspansji pozornie nieszkodliwych ruchów administracji boją się liberałowie. Reforma emigracji, panie Trump? Niby jest potrzebna, ale coś nam mówi, że jak tylko pozwolimy ci uporządkować status nielegalnych imigrantów, zaraz okaże się, że stoimy z wyprężoną ręką na czele ruchu wyższości białej rasy.
Twierdza i gród, gród i twierdza. A jeśli wystarczająco wiele razy przebiegniemy z jednego do drugiego, nikt nie da wiary naszym łatwym do obrony celom. Gdy świeży ambasador do USA, prof. Piotr Wilczek, człowiek światły i z intelektualnymi zasługami, zorganizował w Waszyngtonie pokaz filmu „Smoleńsk”, na Facebooku, miejscu, gdzie rezydowali także jego „demokratyczni” i antypisowscy znajomi sprzed dni kariery politycznej, spadły na niego gromy – jak mógł firmować taką propagandę? Przecież nie twierdzę, że film mówi prawdę – bronił się profesor – pokazując film, wskazuję tylko na potrzebę, jaką ma cały naród, potrzebę wyjaśnienia tej strasznej tragedii. Ale my, weterani politycznego galopu, z twierdzy na gród i z powrotem, wiemy, że nie można absolutnie przytaknąć tym jakże rozsądnym słowom (czyż nie chcemy wszyscy wyjaśnienia tragedii? jasne!). Bo jak tylko opuścim łuki, jak tylko się cofniem, to tłum smoleński wybiegnie na gród i będzie krzyczał, że to zamach, pokazując ów film jako dowód w sprawie. „Jaki zamach?” – krzykniemy zdziwieni. „Zamach jako metafora opisująca zniszczenia duchowe w narodzie, oczywiście” – odpowie ambasador, tuptając z powrotem na obronną wieżę. „No dobrze” – przytakniemy, chowając strzały, by zaraz usłyszeć od tłumu zbiegającego w gród: „Tusk z Putinem zabili prezydenta!”.
Oni już też nam nie wierzą i wierzyć nie będą. Zawiedliśmy ich wielokrotnie, wieszcząc truizm z wieży, by potem, na ulicach grodu, mieszać ich z błotem za może i konserwatywne, ale ludzkie przecież odruchy. Wpuścimy kilka tysięcy uchodźców – myślą sobie – a za chwilę multikulturowe społeczeństwo będzie wyśmiewać nas za różaniec. Zwabią nas głębiej w Unię, machając, jak marchewką, funduszami (kto ich nie chce?) – a potem wylezą na gród i okaże się, że polskość jest gospodarczą i kulturową przeszkodą. W twierdzy, myślą sobie, zawsze siedzą sami kłamcy, a gród jest na pewno większy, niż opowiadają mapy.
Nie dziwmy się więc histerii. Oni mnie znają, ale i ja ich znam. Na mównicy sejmowej (twierdza) mówią o modernizacji, w telewizji Trwam (gród) o rechrystianizacji. Raz im przytaknij, a tłumnie wylegną, z całą masą doktryn, których nie pokażą z wieży. Im bardziej rozsądnie brzmią, tym bardziej wygląda mi to na kłamstwo – chcą uśpić moją czujność, żeby w grodzie urządzić wrogi festyn. Cokolwiek się nie mówi, chce się powiedzieć o wiele więcej – i dlatego, proszę państwa, będę pielęgnować swoją histerię. Sama wiem, co bym zrobiła, gdyby puszczono mnie z wieży – więc żyję w lęku, że ich gród jest większy niż całe państwo Polan.