Ten okołoświąteczny czas jest jednak wyjątkowy, bo zamiast memów z wkurzonym kotem i Obamy w czapce renifera po mediach społecznościowych rundki robi Sławoj Žižek. Filozof ten, przenikliwy, acz ekscentryczny, tym razem macha rękami i drapie się w nos w temacie Świętego Mikołaja. A konkretnie w sprawie następującej: że nieistnienie Mikołaja niekoniecznie ma jakikolwiek wpływ na istnienie Mikołaja.
Magazyn DGP 5.01 / Dziennik Gazeta Prawna
Oto, co Žižek ma na myśli: dorośli (w przeważającej większości) w Mikołaja nie wierzą wcale – co nie przeszkadza im działać tak, jakby byli przekonani, że on naprawdę jest. Robią podziwu godny pokaz absolutnej wiary w brodatego wyzyskiwacza elfów, z emfazą opowiadając dzieciom o jego reniferach, o masach prezentów, o podniebnej podróży wigilijnej w saniach. Z kamiennymi twarzami dyktują pociechom adres na biegun północny i niosą wraz z nimi list do skrzynki.
Reklama
Dzieci jednakowoż bywają dość bystre i w pewnym momencie czy to ze względu na skrawek „mikołajowego” papieru do pakowania odkrytego w śmieciach, czy to odkrywszy w szafie dobra, które potem pokazują się pod choinką, nagle poznają smutną prawdę: ten facet w centrum handlowym w czerwonym płaszczu to żaden święty, ale zwykły szary Polak, Andrzej, Marian lub Krzyś, który dorabia do pierwszego, przyklejając sobie do twarzy watę higieniczną. I co robią uświadomione nagle dzieci? Najczęściej nic. Nadal piszą listy, czekają na Mikołaja, cieszą się, bo to czy owo im dał właśnie „Mikołaj”. W końcu tak mówią rodzice, więc pewnie im na tym zależy, prawda? Kto by wkładał tyle bezsensownej robocizny w ten teatr, gdyby nie uważał, że to absolutnie kluczowe, żeby wszyscy afirmowali istnienie świętego? I nagle mamy sytuację pozornie paradoksalną: dorośli nie wierzą, ale udają, że wierzą, ze względu na dzieci; dzieci nie wierzą, ale udają, że wierzą, ze względu na dorosłych.

Reklama
Czasem nieuzgadniana konspira przybiera formy cokolwiek wzruszające: znajoma opowiadała mi, że jej trzecioklasista w środku nocy zapragnął się załatwić i niechcący nakrył ją i męża, jak potajemnie pakowali paczki. Rodzice załamali się, wierząc, że to już koniec, dziecko dorosło i nic się nie wrati. Tymczasem sprytne dziecię oznajmiło rano (patrząc zresztą z czułością na dwuletnią siostrę, jedynego w domu przedstawiciela żywej, nieskalanej wiary), że śniło mu się, iż Mikołaj wczoraj przygotowywał prezenty u nich w domu, „a wyście mu pomagali”. Uff...
Nikt nie wierzy, ale to nic – przekonanie o istnieniu Mikołaja, mówi Žižek, wcale nie musi faktycznie mieszkać u kogokolwiek w głowie, żeby pełnić swoją ważną funkcję. Co więcej, jako przekonanie czysto teoretyczne, zewnętrzne, pełni funkcję ważniejszą: miast być problemem epistemologicznym (a więc: czy X naprawdę jest i jak to stwierdzić?), staje się zadaniem moralnym: czy udawać drugiemu lepszy świat, by tamten był szczęśliwy? Mikołaj to tylko jedno z takich zjawisk. Žižek wspomina słynny film Benigniego „Życie jest piękne”, w którym ojciec udaje przed synem, że świat obozu koncentracyjnego jest zwykłą grą. Według Žižka film miałby jeszcze większą moc, gdyby synek od początku wiedział, co się święci, ale gorliwie udawał, że ojcu wierzy – wiedząc, jak makabrycznie trudno byłoby ojcu obserwować przerażenie własnego dziecka. Kłamstwo obu stron nie byłoby tu kłamstwem, ale chrześcijańskim aktem miłosierdzia.
I w ramach innego nieco chrześcijańskiego aktu miłosierdzia (w końcu były święta czy nie?) chciałabym wziąć tę žižkową myśl i użyć jej do rozgrzeszenia tych, których najchętniej zawsze pokazuję palcami i bezlitośnie wyśmiewam: głęboką prawicę i konserwę, która jakoś nie może podołać swoim własnym politycznym rekomendacjom. Coś jest takiego w ich moralnej bezkompromisowości, że aż człowiek czeka, że się PiS-owcowi czy republikaninowi powinie moralna noga, tym samym udowadniając fałsz, nieszczerość i obłudę. W USA na przykład sportem liberalnym, któremu zwykle chętnie kibicuję, jest pisanie triumfalnych tekstów o republikanach z pro-lajfem na ustach, którzy domagali się aborcji od swoich kochanek (jak Tim Murphy, kongresmen z Pensylwanii) czy wspierali swoje usuwające ciążę narzeczone (jak Scott DesJarlais z Tennessee). To przecież i straszne, i śmieszne – oto piewcy chrześcijańskiej moralności okazują się zwykłymi hipokrytami. A jak który, kapitalizując politycznie swoją homofobię i śpiewając pieśni na cześć związków mężczyzn z kobietami, okaże się gejem lub lesbijką? No proszę, kompromitacja! Kompromitacja, na jaką czeka z napięciem także cała lewa strona nad Wisłą. Zresztą my tu wszyscy z lewa jesteśmy poniekąd przekonani, że polski konserwatyzm, niegdyś z serc płynący, został przejęty przez cyników, którzy opowiadają narodowo-wyzwoleńczo-chrześcijańskie bajki narodowi, w ogóle w nic nie wierząc, za nic je mając, traktując je czysto instrumentalnie. A naród? Też się ukonserwił niejako bez serca, myślimy. Kibicuje cynikom u władzy, dając do zrozumienia, że podoba im się ten nowopatriotyczny kurs, a sam kupi tabletkę dzień po w internecie, jeśli tylko finanse pozwolą, to się rozwiedzie, za lepszy socjal opuści ojczyznę na rzecz Niemiec i będzie aplikował o fundusze unijne. Hipokryzja. Niespójność. Kłamstwo wszędzie.
W ten dzień poświąteczny spróbuję jednak spojrzeć na jakże częsty prawicowy problem sprzeniewierzania się własnej ideologii nieco inaczej. Może z teatrem wartości jest jak z tym Žižkowym Mikołajem. Prezes nie wierzy, premier nie wierzy, szeregowy poseł nie wierzy. Prokurator Piotrowicz nie wierzy; gdyby wierzył, inny by miał życiorys. Ale może wszyscy są naprawdę święcie przekonani, że innym byłoby lepiej, gdyby wierzyli, gdyby Polska była krajem chrześcijan naładowanych patriotyczną ideologią – bo na przykład wtedy życie zwykłego człeka będzie miało większy sens, bo będzie społeczny porządek, wspólny cel, spójność itp., itd. Więc pakuje prawica te paczki po nocach, czyni ten performance wiary w konserwatywne i narodowe wartości w imię dobra ludu. Lud też udaje, że w to wszystko wierzy, choć prywatnie tak aborcję, jak i martyrologię ma gdzieś, rozumie bowiem korzyści (sens, porządek, spójność) dla ogółu i pokazuje rządzącym, że on to wszystko łyka, bo a nuż spuszczą z tonu i wśród tych hipotetycznych innych, którzy wierzyć by mogli, nastanie smutek, rozczarowanie i degrengolada. Teatr prawicowy trwa więc nie dla celów własnych, ale w imię bliźnich – i tylko co poniektóry kibic, biedaczyna, jak ta dwuletnia siostra uświadomionego trzecioklasisty, wierzy gorąco i naprawdę, tak bardzo wierzy, że jeszcze chwila, a weźmie szablę i pójdzie, w imię Najświętszej Panienki, odebrać Lwów czy coś takiego. Może nie ma hipokryzji i obłudy. Może w świecie indywidualizmu, globalizacji, moralnego rozprzężenia i niepokojących zmian geopolitycznych jedni i drudzy kłamią sobie nawzajem prosty, czysty świat. I to w zasadzie, jeśli się nad tym zastanowić, jest nawet piękne.