Napatrzyłem się na świat, który choć jest powtarzalny, to ludzie wciąż popełniają te same błędy, bo niczego się nie uczą.
A to dlaczego?
Ogromną większość propozycji odrzucam.
Udział w reklamach i uświetnienie, jako Prezes, różnych imprez biznesowych. Nasz kabaret cieszy się powodzeniem, więc dużo gramy, a poza tym ostatnio wszyscy piszą książki i zwracają się do mnie, bym napisał kilka zdań na okładkę.
Nie kłam, nie piszesz. To ja piszę i ty mi napiszesz kilka zdań na okładkę.
Ja potrafię pisać tylko rano, zakładam, że ty również, a wiem, że rano siedzisz w radiu i rozmawiasz z ludźmi, co wytrąca cię z rytmu literackiego.
Ale ja też tak mam: jak nie zmiana opon, to muszę iść do dentysty, a ciągle chodzę do dentysty, więc jak wrócę do domu, to cieszę się, że to już za mną i nic nie robię.
Zawsze kiedy słyszę końcowy monolog Soni w „Wujaszku Wani”, bardzo mnie wzrusza piękno tego przesłania. Za każdym razem płaczę przy „Światłach wielkiego miasta”, gdy niewidoma kwiaciarka rozpoznaje, że ten, który kupuje kwiaty, to nie bogacz, a żebrak. No i pamiętam przedwojenny film „Wrzos”, na podstawie Rodziewiczówny, płakałem razem z mamą. Aha, rzewne łzy lałem również na „Potopie”, gdy okazuje się, że Babinicz nie jest zdrajcą, czy kiedy zginął Wołodyjowski.
Taka sytuacja: idziemy z Antkiem, trochę pokłóceni, bo on chciał jakieś lody i widzimy parę – babcię z niepełnosprawnym wnuczkiem, który ledwo chodził. I się popłakałem, myśląc, jakie to szczęście, że mam zdrowe dziecko. Zresztą syn często jest powodem moich wzruszeń. Widzę, jak robi kanapki, i myślę, że jeszcze niedawno był taki mały...
No chyba, że to będzie twoja córka, w końcu się znają.
Ale to, że za chwilę zniknie z mojego życia, jest poruszające. Choć oczywiście martwię się, że coś mu się stanie, jak każdy ojciec. Kiedy byłem dzieckiem i szliśmy do dentysty z bardzo bolącym zębem, to mama powiedziała mi, że gdyby mogła, to chętnie cały ten ból wzięłaby na siebie. I ja mam tak samo z Antkiem, chętnie wziąłbym na siebie zło, które ma go spotkać. Ech, dzieci najpierw nie dają nam spać, a potem nie dają nam żyć. Martwimy się, że są takie nieporadne, nawet jeśli nie są.
Rodzice zwykle nie chcą, by ich dzieci robiły to samo co oni. No to akurat nie dotyczy lekarzy i prawników, którzy narzekają wciąż na zarobki, ale dzieci posyłają na studia, które sami skończyli. Reszta mówi zwykle: rób co chcesz, byle nie to, co ja.
Wczoraj jechałem w deszczu samochodem, widziałem robotników układających płyty chodnikowe i pomyślałem: kurczę, naprawdę mam fajny zawód. Choć pewnie byłbym szczuplejszy i zgrabniejszy, ale tę cenę chyba warto ponieść.
Zawsze chcemy, żeby dzieci były lepsze od nas, żeby były mądrzejsze, żeby nie popełniały naszych błędów. Wiemy, że dziewczyna, którą znalazł syn, jest nie dla niego, że będą przez to same kłopoty, ale on się upiera, pakuje się w coś, a potem wychodzi na nasze.
Uznajmy, że napatrzyłem się na świat, który choć jest powtarzalny, to ludzie wciąż popełniają te same błędy, bo niczego się nie uczą. Kiedyś nawet napisałem piosenkę, w której śpiewałem do syna, że chciałbym, by nie był taki jak ja.
Żeby nie był taki nieśmiały, niezdecydowany, niezaradny.
Nie radzę sobie w wielu sytuacjach, jestem przekonany, że mógłbym zrobić dużo więcej i dużo lepiej. Brak mi dyscypliny, jestem leniem. Wiem, że nie potrafię często dokonywać właściwego wyboru, więc nie dokonuję żadnego, uciekam przed tym.
Patrząc na syna, widzę czasami siebie, co mnie specjalnie nie dziwi, bo czasem słyszę siebie i myślę, że dokładnie w ten sposób powiedziałby to mój ojciec. Ostatnio był u mnie kolega z synem, który cały czas coś opowiadał, aż mu powiedziałem: „Słuchaj, zanim zacznę się śmiać z tego, co mówisz, pozwól, że będę się śmiał z tego, jak mówisz, bo robisz to identycznie jak ojciec”.
Trzymałem kiedyś rower, ale takie rzeczy, gdy nieużywane, zaczynają zamieniać się w stojak na ubrania, a po pewnym czasie to już nie jest stojak, tylko zwałowisko ubrań.
Kupiłem sobie bieżnię do biegania i muszę pilnować, żeby nie skończyła jak rower.
Mam coraz mniej włosów i przeszła mi przez głowę myśl, żeby je może dogęścić. No i teraz waham się, czy zestarzeć się z godnością czy jednak pozwolić sobie na parę włosów więcej. Jeszcze nie rozstrzygnąłem tego sporu, bo jak wiesz mam kłopot z dokonywaniem wyboru. Ale biegam.
Siwi nie łysieją. Ja już nie wiem, czy lepiej byłoby być siwym czy łysym.
To trzeba mieć odpowiedni kształt czaszki, to nie dla ciebie. Zresztą jedziemy na tym samym wózku, jesteśmy z tego samego rocznika.
No tak, ale jaki to wspaniały rocznik, jeszcze Artur Andrus, Kasia Nosowska...
Piękniejsza i bardziej utalentowana. To prawda.
Po nim będzie ktoś starszy, takie mam przeczucie. To aberracja, to chwilowe, prezydentem powinien być Mościcki. A każdy następny powinien wyglądać jak Mościcki, powinien być siwy i mieć wąsy.
Nie skończyłem: musi wyglądać dostojnie. Teraz zapuszczaj sobie, rób co chcesz i tak wszystko na nic. Poza tym trudno mi wyobrazić sobie ciebie wręczającego mi Order Orła Białego, który mi się należy.
Przemyślę więc to, co powiedziałem, może się wycofam z niektórych stwierdzeń.
Trochę tak, ale też jest to zgodne z moim naturalnym stylem bycia, bo bez względu na to, czy ludzie tego ode mnie oczekują czy nie, ja żartuję, kpię i poszukuję zabawnych paradoksów. Tak już mam. Nawet jak chcę być poważny, to nie bardzo mi wychodzi.
Chciałem, ale to nie jest takie proste. Jak się okazało niełatwo być Miłoszem, co nie znaczy, że rozśmieszanie ludzi jest takie łatwe. Niech ci, którzy mają w pogardzie kabaret, spróbują sami.
Hmm, ideałem byłby mój ukochany Charlie Chaplin, zwłaszcza w „Światłach wielkiego miasta”, kiedy to człowiek i płacze ze śmiechu, i płacze w ogóle, ze wzruszenia. Połączenie tych dwóch żywiołów jest czymś najwspanialszym, do tego dążę. I czasami jednak udaje mi się być poważnym.
Jasne, czasem chciałbym być poważny, chciałbym być serio, ale zadaniem, które dostałem od Pana Boga, jest rozśmieszanie ludzi, by żyło im się na tym padole lepiej. Ale pamiętaj jednocześnie, że boję się popadania w patos, bo widziałem w telewizji koncert piosenek Gintrowskiego i ten patos tak mnie osłabiał, że patrzyłem na brudną podłogę.
Tak może być, nie wykluczam tego. Łatwiej jest nam schować się za maską człowieka, który co najwyżej powie nieśmieszny żart, ale jakby co, to żartował, wobec tego nie można mieć pretensji. Trudno się ośmieszyć, opowiadając żarty, za to łatwiej popaść w śmieszność, opowiadając o wolnych sądach czy obronie demokracji.
Nie zawsze, ale nie jestem taki mądry, by cały czas być poważny.
Wszystko, co robię, zmierza do mickiewiczowskiego „Kochajmy się!”, bo ja chciałbym ludzi łączyć. Nawet serial, którego nazwy zabroniłeś wymieniać, ma to na celu, bo pokazuję bohaterów jako postaci z krwi i kości, jako ludzi ułomnych, trochę swojskich. Tacy jesteśmy, wszyscy mamy wady i śmiesznostki.
I coraz starszy, niektórzy nie pamiętają czasu, kiedy mnie nie było.
No tak, słyszałem. To pokolenie ma innych bohaterów, choć ostatnio spotkałem wycieczkę dzieci i podniósł się taki pisk, że aż się obejrzałem, czy o mnie chodzi. Po gali Polsatu jechałem tramwajem i podeszła do mnie grupa dzieciaków, pytając, czy to ja. Odpowiedziałem, że niestety nie. „To dziwne, bo pan jest strasznie podobny”. To się jednak przyznałem. I wtedy rezolutna dziewczynka powiedziała, że byliśmy razem na tej scenie, bo ona wręczała kwiaty jakiemuś siatkarzowi. „A jak ty do niego sięgnęłaś?” „Bo się schylił”. I po tej naszej wymianie zdań pół tramwaju wybuchło śmiechem.
Na pani w piekarni nie robię wrażenia, pani w mięsnym, widząc, co chcę kupić, serdecznie mi to odradza i przynosi coś lepszego. O, nie muszę pokazywać dowodu na poczcie, żeby odebrać przesyłkę.
A w miejsce mandatu, który miałem zapłacić, młodszy aspirant z żoną wybrali się na nasze przedstawienie. I tak się śmiejemy, że ode mnie jest policjant z żoną, od Mikołaja dwaj hydraulicy, od Rafała panowie wnoszący meble i w ten sposób łączymy rzemiosło ze sztuką kabaretową. Ale nie tylko rzemiosło nas docenia.
Ostatnio spotkały mnie zakonnice i opowiedziały, że grały mój skecz i bardzo się wszystkim podobał.
Niektórzy są namolni, to prawda. Albo taka sytuacja: siedzimy przy stoliku i ląduje butelka wódki lub szampana. No i ktoś z drugiego końca macha ręką, że to od niego. To rodzaj szantażu, bo skoro postawił, to oczekuje, że naszym obowiązkiem jest wspólne wypicie tego.
W Warszawie to jeszcze luz, bo ta sława rozchodzi się na wielu znanych ludzi, gorzej w mniejszym mieście. Wiesz, jedyny celebryta w mieście, trzeba to szybko wykorzystać. Cóż, takie są skutki uboczne. Ludzie muszą mnie poklepać po ramieniu, dotknąć jak jakiegoś świętego kamienia. No, może nie świętego, kamienia po prostu, czakramu jakiegoś.
Powiedziałem, że Mokotów, na którym mieszkasz, ma piękną powstańczą kartę.
Jakby trzeba było cię ratować, to przepłynąłbym Wisłę, a nawet przeszedłbym Wisłę i Wartę dla Mazurka ratowania.
Powstanie to niesamowity, chyba najbardziej znaczący element historii Warszawy, czytam o tym. Zaglądam raz w roku na Powązki i nie mogę pogodzić się, że tylu młodych ludzi zginęło i myślę, co by było, gdyby przeżyli. O ile bylibyśmy lepsi, o ile bogatsza byłaby polska literatura, o ile Polska byłaby ładniejsza i mądrzejsza.
I bardzo dobrze, dzięki temu Warszawa jest jakaś piękna. Nawet jeśli nie wygląda najlepiej, to nie zamienilibyśmy jej na żadne inne miasto, prawda? Na mojej Pradze jest jeszcze sporo śladów po kulach, więc co jakiś czas jadąc rowerem, zatrzymuję się przy jakimś miejscu, oglądam, a potem pogłębiam wiedzę w internecie.
Albo jako Or-Ot piszący legendy warszawskie. Faktycznie, całe życie mieszkam na Pradze, tu się urodziłem i fascynuje mnie to, jak szybko się zmienia.
I nie ma gdzie zaparkować.
Zdaje się, że „Carrington” to była postać z pruszkowskiej mafii lat 90., jak to się wszystko ładnie składa.
Technikiem automatykiem, ale to tylko nazwa.
Wszystko, co trzeba w domu. Ostatnio składałem łóżko.
Ale to było dwuosobowe, więc samemu nie jest tak prosto je złożyć, ale przy użyciu kilku narzędzi i wielu przekleństw jakoś mi się udało.
O nie, to potrafię.
Dużo biorę, ale skuteczny jestem i jeszcze mnie prąd nie poraził. Poczekaj, mogę opowiedzieć zupełnie nie a propos historię o koledze?
Otóż kolega sprzedawał w Kołobrzegu bilety na wystawę figur woskowych i na plakacie była Marilyn Monroe. Lecz ponieważ niemiecki właściciel miał kilka takich salonów, to postaci rotowały i Marilyn Monroe na wystawie nie było. Więc jak były pretensje, to kolega tłumaczył, ale ludzie byli niezadowoleni, więc wymyślił inną wersję. Powiedział zawiedzionym widzom, że im powie prawdę, ale nie przy dzieciach. To odciągnęli dzieci, a on im opowiedział, że wczoraj przyszedł wariat i zaczął krzyczeć, że Monroe to była ostatnia dziwka, sprzedawała się za pieniądze i roztrzaskał jej figurę siekierą. Ludzie byli przeszczęśliwi. Odtąd za każdym razem opowiadał jakąś historię, a to że wariat, a to że erotoman uciął głowę do seksu oralnego...
Bo ty każdego o to pytasz, co ci się chwali. Przeczytałem ostatnio, nie wiem, jak mi to wpadło w ręce, cieniutką książeczkę Antoniego Słonimskiego „Wspomnienia warszawskie”.
Rewelacja. Zacząłem czytać wieczorem, myśląc, że przeczytam jeden rozdział, i spędziłem z nią całą noc, bo nie mogłem się oderwać. Napisane tak współczesnym, wspaniałym językiem, że aż trudno uwierzyć, że napisał ją prawie 70 lat temu. Historia Warszawy czy parę anegdot o ludziach, o rodzinie Słonimskich, jest niesamowita. W końcu jego ojciec był pierwowzorem postaci doktora Szumana w „Lalce”, a sam Słonimski zapamiętał Prusa jako człowieka w ciemnych okularach. Postać Prusa jest mi szczególnie bliska, bo dopiero skończyłem czytać jego biografię i wszystkie jego nowele. Nie patrz tak na mnie, „Emancypantek” nie czytałem.
Nigdy.
Za to „Lalka” jest najwybitniejszą polską powieścią, tym bardziej wybitną, że Prus – jak i Sienkiewicz – pisał swoje książki z tygodnia na tydzień, drukując odcinki w gazecie. Jak sobie myślę, że on to wszystko musiał stukać na maszynie...
No tak, pamiętam ze studiów historię, że jak się szło jakąś tam ulicą, to słychać było stukot maszyny u Prusa.
Czytanie Prusa się przydaje, bo języka z „Antka” użyłem w serialu, o którym nie możemy mówić, w scenie, kiedy to przychodzi pan Kornel oddać syna Mateusza do kowala, do terminu. I to wszystko się tak ładnie połączyło, a zaczęliśmy od Słonimskiego.
Ja mam dużo zaczętych o wojnie i już mam dość tej całej wojny. Przeczytałem trylogię Zychowicza, leżał obok mnie jego „Obłęd 44”, który jest strasznie gruby, a że nie zacząłem czytać, to stwierdziłem, że dam tacie pod choinkę, bo nieużywany.
Tym bardziej że to o naprawdę złym człowieku jest.
Rzeczywiście, zło jest bardziej interesujące.
Więc jeśli ten Beria jest ci chwilowo niepotrzebny, to ja pożyczę.
Lubię też pisać i obyć bez tego się nie mogę. Mam przykrą wiadomość dla tych, którzy mówią, że jestem wszędzie, bo ja się dopiero rozpędzam i mam zamiar być płodnym pisarzem. W planach mam książkę, sztukę i musical.
Bo ciągle udzielam wywiadów i mówię o swoich planach, zamiast je realizować.
Zapętliłem się.
Ja też nie będę zapamiętany jako kompozytor, to na pewno, ale w jaką stronę to się rozwinie, jeszcze nie wiem. Jak dotąd się udaje.
Z głodem mi na razie nie wyszło, bo brak mi dyscypliny.
No właśnie.
Chciałbym wziąć udział w bezzałogowym locie na Marsa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu