W efekcie nieproporcjonalnego podziału mandatów partie popierające niepodległość Katalonii mogą uzyskać mniej niż połowę głosów, a mimo to mieć większość w parlamencie.



Reklama

Chociaż sondaże przed zaplanowanymi na 21 grudnia wyborami do katalońskiego parlamentu wskazują na wyrównane poparcie dla zwolenników i przeciwników niepodległości regionu, ci pierwsi mają jedną istotną przewagę. Faworyzuje ich ordynacja wyborcza. Może się zdarzyć, że partie opowiadające się za secesją zdobędą mniej głosów, ale będą miały więcej miejsc w regionalnym parlamencie.

Reklama
Każdy mandat na wagę złota
Według sondażu opublikowanego w zeszłym tygodniu przez gazetę „Público” największym poparciem cieszy się Republikańska Lewica Katalonii (ERC), na którą zamierza głosować 28,2 proc. wyborców. Katalońską Europejską Partię Demokratyczną (PDeCAT), która do czasu rozwiązania parlamentu przez Madryt współtworzyła wraz z ERC koalicję rządową Junts pel Sí (Razem na Tak), popiera 12,4 proc. ankietowanych. Natomiast wspierająca mniejszościowy rząd radykalnie lewicowa Partia Ruchu Ludowego (CUP) może liczyć na 6,6 proc. Te trzy ugrupowania, które przyjęły deklarację niepodległości, dostałyby łącznie 47,2 proc. głosów. Symulacja podziału miejsc pokazuje, że w 135-osobowym parlamencie uzyskałyby one 69 miejsc (ERC – 43, PDeCAT – 18, CUP – 8), czyli 51,1 proc. mandatów.
Trzy partie przeciwne niepodległości: centrowa Ciudadanos, katalońska gałąź socjalistycznej PSOE oraz katalońska gałąź centroprawicowej Partii Ludowej, uzyskałyby poparcie odpowiednio 17,5 proc., 14,4 proc. oraz 8,8 proc. wyborców, co przełożyłoby się na 24, 19 i 12 mandatów. Razem mają one 40,7 proc. poparcia i dokładnie odpowiadający temu odsetek miejsc w katalońkim parlamencie.
Stawkę uzupełniają lewicowa koalicja Wspólna Katalonia (Catalunya en Comú), która opowiada się za prawem regionu do samostanowienia, ale nie mówi o niepodległości, oraz ugrupowania, które nie przekroczyłyby 3-proc. progu wyborczego. Wspólna Katalonia byłaby najbardziej poszkodowana przy podziale głosów, bo 9,4 proc. poparcia dałoby jej 11 miejsc, czyli 8,1 proc. wszystkich. Te różnice mogą na pierwszy rzut oka wyglądać na nieistotne, ale w sytuacji gdy o stworzeniu rządu bądź deklaracji niepodległości decyduje przewaga pojedynczych głosów, każdy dodatkowy mandat jest na wagę złota.
Ta nadreprezentacja mandatów dla partii secesjonistycznych bierze się z ordynacji wyborczej. Katalońskie wybory odbywają się według ordynacji proporcjonalnej, ale mandaty rozdzielane są nie w regionie, lecz w każdej z czterech prowincji: Barcelonie, Tarragonie, Lleidzie i Gironie. Przypada im odpowiednio 85, 18, 17 i 15 mandatów. Taki podział wprowadzono przed pierwszymi regionalnymi wyborami w 1980 r. i od tego czasu nie został on zmodyfikowany mimo zmian ludnościowych w prowincjach (najbardziej rozrosła się populacja Barcelony).
Faworyzowane duże ugrupowania
W efekcie prowincja Barcelona jest słabiej reprezentowana, niż wynikałoby to z liczby ludności – zamieszkuje w niej 73 proc. populacji Katalonii, tymczasem przypada jej niespełna 63 proc. mandatów w regionalnym parlamencie. Stosownie do liczby ludności powinna mieć 99 deputowanych. A tak się składa, że w Barcelonie poparcie dla niepodległości jest najmniejsze ze wszystkich czterech prowincji. W efekcie pozostałe trzy, gdzie secesjonistyczne ugrupowania uzyskują lepsze wyniki, są nadreprezentowane. Dodatkowo zwolennikom niepodległości pomaga stosowana przy podziale mandatów metoda D’Hondta, która faworyzuje duże ugrupowania.
To, że nie są to tylko hipotetyczne rozważania, pokazują chociażby wyniki wyborów z 2015 r. Ugrupowania opowiadające się za niepodległością – koalicja Junts pel Sí oraz CUP – uzyskały łącznie 47,8 proc. głosów, ale zdobyły 72 mandaty, czyli 53,3 proc. wszystkich. Według zamieszczonej na łamach „The Washington Post” analizy prof. Davida Lublina, politologa z American University w Waszyngtonie i badacza systemów wyborczych, gdyby cała Katalonia była jednym okręgiem wyborczym, a nie czterema, przewaga partii niepodległościowych spadłaby w 2015 r. z dziewięciu do pięciu mandatów. Gdyby dodatkowo zamiast metody D’Hondta do podziału zastosowano metodę Sainte-Laguë, ich przewaga stopniałaby do jednego głosu, a gdyby jeszcze nie obowiązywał 3-proc. próg wyborczy, to zwolennicy niepodległości byliby w parlamencie mniejszością.
ERC i PDeCAT wystartują osobno
Trudno oczywiście winić polityków z partii secesjonistycznych za to, że sprzyja im ustalona przed prawie 40 laty ordynacja. Ale pamiętając o przytoczonych liczbach i przykładach, trzeba też bardziej krytycznie spojrzeć na ich zapewnienia, że przyjęta przez kataloński parlament deklaracja niepodległości odzwierciedla wolę mieszkańców regionu. Grudniowe wybory odbędą się według tej samej ordynacji, co wszystkie dotychczasowe, ale dla zwolenników pozostania regionu w składzie Hiszpanii też jest mały powiew optymizmu. Ponieważ ERC i PDeCAT wystartują osobno, mogą uzyskać mniej mandatów, niż gdyby tworzyły koalicję. A nawet jeden mandat może przesądzić o losach katalońskiej niepodległości.