TEATR CAPITOL | W teatrze Agaty Dudy-Gracz przyszedł czas na głos z obozu przegranych, wyrzuconych poza nawias. Mówi za nich Prospero, ale „Po »Burzy« Szekspira” zbyt często stacza się w jednoznaczną satyrę, zbyt ostentacyjnie gra kulturowymi kliszami
Agata Duda-Gracz zamiast mierzyć się z „Burzą” Szekspira, postanowiła napisać do ostatniego arcydzieła autora „Hamleta” własne postscriptum. We właściwej dla siebie skali, językiem przez samą siebie wybranym, o sprawach sobie bliskich. Uczciwe to rozwiązanie, bo są utwory, które sensownie wystawić można jedynie w kształcie zaprogramowanym przez autora. Nie oznacza to wyłącznie wiernych co do joty adaptacji. Ciągle mam przed oczami „Mirandę”, pokazaną swojego czasu w Gdańsku na Festiwalu Szekspirowskim przez Oskarasa Korsunovasa. Litewski reżyser zamknął Prospera w niewielkim mieszkaniu, od podłogi do sufitu zastawionym regałami z książkami. Takim, jakie zapamiętał z dawnych lat – z mieszkań zdławionych przez komunizm inteligentów podobnych do jego ojca. I cały dramat rozegrał między starym magiem a jego córką. Nie miałem wrażenia, by w tym olśniewającym spektaklu ucierpiał Szekspir z jego opus magnum.
Agata Duda-Gracz chce opowiedzieć los Prospera swoimi słowami, własną złością i żalem. Czarodziej dawno złamał różdżkę. Grany przez Zbigniewa Rucińskiego w spodniach od piżamy i wyciągniętym podkoszulku siedzi przed telewizorem i złorzeczy publiczności. Dokoła wysokie regały jak z Ikei, ale na półkach już tylko pojedyncze tomy. Może Prospero przeczytał już wszystkie książki i się ich pozbył, a może i one przyniosły mu jedynie rozczarowanie, nie spełniły obietnicy. Zatem Prospero Rucińskiego rzuca w twarz „bandzie z biletami” swe oskarżenia i tu pojawiają się pierwsze wątpliwości. Nie wobec aktora, bo gra świetnie – jego złość zostaje pod skórą i przed oczami. Raczej do scenariusza. Konwencja zaczepiania publiczności, jednostronnego dialogu wydaje się ściągać przedstawienie w dół. Podobnie jak sceny tresury Mirandy (Justyna Szafran), która zachęcana przez ojca z wprawą dekoduje nową pseudosztukę, w istocie ją kompromitując. Naprawdę wcześniej o tym nie wiedzieliśmy? Dalej: Kalibanów mamy dwoje. Ona (świetna wokalnie Emose Uhunmwangho) i On (Cezary Studniak) obsadzeni zostali jako figury dzikich, odrzuconych, wykluczonych przez zasklepione w swej ksenofobii społeczeństwo. Studniak jest ujmujący jako hipster wiecznie na rauszu, ale wyobraziłem sobie, co stałoby się, gdyby jego Kaliban ukazał całą swą grozę.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.