– Każdy projekt i kolejny album były dla mnie jak epoki historyczne - wyznaczyły kolejne etapy w moim, może krótkim, ale jednak dość skomplikowanym życiu. Jednak pierwsza płyta wydana pod moim nazwiskiem wyszła właśnie teraz. Robię coś od początku i buduję nową tożsamość. Czuję, że obrałam jakąś świeżą, nową drogę i to jest ekstra lekkie uczucie! – z Pauliną Przybysz rozmawiamy o zbliżającej się trasie koncertowej, drodze muzycznej i ulubionych artystach.
W jakimś stopniu tak (śmiech), chociaż pewnie będziemy reprezentować dwa odmienne byty. Natalia zagra materiał ze swoich płyt, a ja ze swojej. Choć sam fakt, że będzie to trasa wspólna, że w jej trakcie planujemy różne kooperacje, "odwiedziny" innych artystów, z którymi wspólnie będziemy "kombinować", na pewno przywróci nastrój dawnego koncertowania.
Ja sobie myślę, że Natalia zawsze była "kinestetyczną" postacią, która bardziej fizycznie odczuwa rzeczy, podczas kiedy ja bardziej je "móżdżę". U niej, mam wrażenie, sporo jest organiczności, osadzenia w bardzo naturalnych brzmieniach, u mnie jest elektroniczny futuryzm i "adhd". To na pewno coś, co nas bardzo różni, ale z drugiej też jest ta "soulowość", którą obie nosimy w sobie od dziecka. Ona nas łączy, tak jak przekaz – ten pod wieloma względami jest podobny. Opowiadamy podobne historie, ale w różnej poetyce i z różnym brzmieniem.
Tak, oczywiście.
(śmiech) To bardzo miłe.
Tak, bardzo lubię takie spekulacje na temat tego, co właściwie gram. Ta "furtka" w kobiecym rapie jest tak wąska, że naprawdę nie wiem, jakie trzeba spełnić kryteria, żeby ktoś stwierdził, że to jednak jest rap. Sama określam to jako freejazz-rap, bo rap osadzony równiutko na bicie mnie trochę nudzi, lubię offbit, kocham słuchać André 3000. I o ile taki gatunek w Polsce istnieje, to ja mogę go reprezentować. (śmiech)
Myślę, że powinniście po prostu pomyśleć, co nam "robi" ta muzyka, czy jest nam potrzebna i czy chcemy ją sobie "puścić" jeszcze raz…
Szczerze mówiąc, ponieważ urodziłam się, jako druga, to niejako "zastałam" tę sytuację. Zdążyłam przywyknąć. Od zawsze zajmowałyśmy się podobnymi rzeczami, chodziłyśmy do tych samych szkół, uczyłyśmy się gry na tym samym instrumencie… Nawet kiedy ktoś, przez pomyłkę zwraca się do mnie "Natalia", co zdarza się dość często, to mówię, że w sumie to "jeden pies", żeby się nie przejmował. Chociaż te osoby zwykle przejmują się bardzo, myślą, że popełniły wielką gafę. (śmiech)
Ja potrafię wymienić wszystkie (śmiech). Każdy projekt i każdy kolejny album były jak epoki historyczne - wyznaczyły kolejne etapy w moim, może krótkim, ale jednak dość skomplikowanym życiu. Wydaje mi się, że w sztuce bardzo ważne jest, by zachować świeżość i aktualność. Pinnawela to był taki mój "high school songwritingu" i tam właśnie napisałam, to co chciałam wtedy napisać, bardzo eksperymentowałam z formą i brzmieniami. Przy Ricie Pax - to z kolei była taka hippisowska podróż w kosmos, bardzo mi potrzebna. Taka analogowa sytuacja. Też "otworzyła mi mózg" na różne gatunki, pokazała "jak to się wszystko lepi", że można się w tym dowolnie poruszać i że w sumie nawet fajnie tworzyć coś, czego nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Miałam takie wrażenie przy Fryderykach - dostałam nagrodę w kategorii muzyka elektroniczna - kiedy to długo zastanawialiśmy się w wytwórni nad tym, w jakiej właściwie kategorii się zgłosić: "może pop?", "może hip-hop"? W końcu zdecydowaliśmy się na "elektronikę", nie pchając się w te najbardziej "zagęszczone" gatunki, ale też nie do końca byliśmy pewni, że to właśnie "ta" kategoria. Ta cała droga była zatem trochę uniwersytetem, trochę collage'm i cieszę się, że robiąc pierwszą płytę jako Paulina Przybysz ("Chodź tu" - przyp. JN), wiem, że jest to aktualne, że to coś, co mi się - teraz - podoba. Dobre jest też to, że słuchacze-perfekcjoniści nie mogą teraz nawiązać do jakiejś poprzedniej płyty Pauliny Przybysz, i powiedzieć: "ale to było słabe!", bo moja pierwsza płyta wydana pod moim nazwiskiem jest właśnie teraz. Czyli robię coś od początku i buduję jakąś nową tożsamość. Oczywiście nie da się tak w pełni, bo przecież nie wyrzekniemy się dzieciństwa itd., ale jednak czuję, że obrałam jakąś świeżą, nową drogę i to jest ekstra lekkie uczucie!
Mam - dużo wspomnień, pozytywnych i negatywnych. Ale im jestem starsza, z tym większym szacunkiem podchodzę do swojej "małej ja" sprzed lat. Kto wie, czy kiedyś ktoś nie "wyciągnie" w ten sposób mojej płyty "Chodź tu", pokazując ją jako przykład obciachu.
O tak, ale zobaczmy, że dziś to wszystko na tyle zatoczyło koło, że w zasadzie patrząc na takie zdjęcie, możemy powiedzieć "O, jakie fajne najntisowe ciuchy!". (śmiech)
Przez lata, przy okazji kolejnych projektów, które miały bardziej charakter kolaboracji, jak na przykład Rita Pax, przydarzyło się wiele takich krótkich spotkań. Na przykład z producentami z You Know Me Records, albo podczas wyjazdu na Songwriting Camp do Tallinna, gdzie poznałam dwóch estońskich producentów, z którymi zrobiłam dwie piosenki. Więc takich "zderzeń" było wiele i były one superinspirujące. Pozwoliły mi one "położyć ujednolicony przekaz" na brzmiących dość różnorodnie produkcjach. Za to lubię tę płytę, bo jakoś przez to mi się nie nudzi. "Night Marksów" znam już od kilku lat, po raz pierwszy spotkaliśmy się na jednej imprezie, dzięki temu, że jej organizator - było to w Lublinie - stwierdził, że ja i ówczesny skład EABS na pewno zagramy razem świetne otwarcie Centrum Kultury. I znaleźliśmy się tam, nikt z nas nie wiedział, co się wydarzy. A już po koncercie wszyscy pytali nas: "Czy to jest już gdzieś na płycie?" (śmiech) Z częścią chłopaków, tworzącą wtedy Night Marks Electric Trio, nawiązałam wtedy ścisłą współpracę.
Mniej więcej, wiedziałam, jaki mają model pracy, tj. że zapraszali do współpracy muzyków, także zagranicznych, raperów, wokalistów - i organizowali takie "niby-jamy", ale też byli do nich w jakiś sposób przygotowani. I do naszego występu też byli trochę przygotowani, bo "odpalali" z zaskoczenia rzeczy, które faktycznie znałam. Czyli musieli zrobić research na temat tego, co ja gram. Od tego momentu kombinowaliśmy, co tu zrobić, żeby razem grać, a przez moment w naszą współpracę wciągnęłam też Natalię, ale miała zbyt dużo zajęć w związku z solową płytą i wycofała się. Ja też zabrałam się za swoją płytę, a chłopaki zostali w moim "obozie" (śmiech) i bardzo się cieszę, że w nim są.
Myślę, że tak. To wszystko kwestia osobowości. Czasami myślę sobie, że pomimo wielu, być może odważnych ruchów, jakie mam na koncie, tak naprawdę jestem introwertykiem i prawdziwy spokój znajduję w lesie... Ale też wciąż pcham się w sytuacje stresogenne, jednocześnie cały czas myśląc, co zrobić, żeby czuć się w nich dobrze. Zresztą podczas warsztatów z wokalistami, które czasami prowadzę, bardzo wiele miejsca poświęca się pytaniu "jak się nie bać?". Jak czuć czystą frajdę - taką, która sprawia, że wyśpiewywane frazy są piękniejsze i bardziej "uwolnione". I nawet te improwizowane brzmią jak "docelowe". Tak, to na pewno jest coś, co "przerabiam" - ciągłe pokonywanie stresu i strachu. I wychodzi mi to chyba coraz lepiej, im jestem starsza.
Generować! (śmiech) No tak, to trochę jak ze wspinaczką.
Każdy mój numer jest najpierw o mnie. I być może sam fakt, że taka wypowiedź jest szczera, może sprawić, że będzie miała oddźwięk, jakiego się nawet nie planowało. Bo nie tworzę pod konkretną grupę, target kobiet "takich czy śmakich". Tylko czasami jest tak, że wystarczy głośno wypowiedzieć rzeczy, które są - po prostu - prawdziwe, istnieją, dzieją się, żeby wywołać burzę… Moja siostra jest zresztą idealnym przykładem (śmiech) A ten numer powstał z poczucia zmęczenia wchodzeniem w role. Mam wrażenie, że poddaje się temu wiele kobiet, same je przyjmują. Co często prowadzi do tego, że odcinają sobie dostęp do innych aspektów kobiecości. I ten numer jest o tym, żeby silnym głosem, "przeprowadzonym" trochę przez seksualność, przywrócić te pominięte aspekty kobiecości.
Polityka jest odzwierciedleniem zasad i praw, jakie panują w naszym życiu, a wręcz - po prostu - naszego życia. Nie jest to jakaś oddzielona od nas "szkłem telewizora" sprawa. Zatem każdy "statement", każde wyznanie może rezonować w polityce. Jeżeli polityka zajmuje się wolnością, to chyba moje piosenki są polityczne, bo cały czas śpiewam o wolności i o miłości. I o przezwyciężaniu tego, co blokuje do nich dostęp. A są one dla mnie podstawą szczęścia i egzystencji. Myślę, że ciężko powiedzieć, że jest się apolitycznym. Koniec końców chodzi o naszą wolność, surowce do życia, powietrze, wolność słowa, równość, prawo do miłości...
No, mam nadzieję! (śmiech) Ale rzeczywiście jest tak, że z wiekiem przychodzi pewien wzrost świadomości i przychodzi on niejako mimowolnie, bo nie jest filozofią, żeby być coraz lepszym w czymś, co się robi na co dzień. To trochę efekt uboczny tych wszystkich wyzwań, jakich się podejmuję. Typu: "jutro grasz piosenki Ciechowskiego, ogarnij to!". A na przykład w sierpniu śpiewam pieśni radomskie z "Gołcuneckami" (zespół ludowy - przyp. JN) i też muszę "przyjąć" ten gatunek, i zaczynam go kochać coraz bardziej. Spotykanie się z takimi wyzwaniami, ale też spotkania innych artystów, którzy także podchodzą do sprawy w ten sposób, sprawia, że nabiera się pewnej świadomości, że to "nowe" jakoś naturalnie "wchodzi" w nasze organizmy, poszerzając to, co się ma jako "wyjściową".
No tak, bo to kontakt z rzeczywistą materią. To na pewno dużo daje. Ale też myślę, że należy szukać balansu między tą siłą, a łagodnością. Czyli - nie działanie "siłowe", a "słuchanie" - organizmu, świata, potrzeb, szukanie jakiejś aktualności tego, o czym się śpiewa.
Tak, wtedy były płyty i wtedy się sprzedawało, opłacało się też je podrabiać i zanosić "na Stadion" (nawiązanie do Stadionu Dziesięciolecia, na którym w latach 90-tych i na początku dwutysięcznych można było kupić pirackie nagrania- przyp. JN). Raczej nie zajmuję tym sobie głowy, tzn. nie zastanawiam się, jak rynek zmienił się od strony statystycznej itd. Z perspektywy odbiorcy widzę, jak bardzo poszerzył się wybór. I że jednak to, że możesz posłuchać tylu utworów wchodząc na Spotify, czy Tidal versus znane z dawnych czasów stanie w Empiku przez piętnaście minut, po to, żeby posłuchać jednej płyty... Hmmm. (śmiech) Na pewno daje to szerszy dostęp do kultury, czy - w przypadku muzyka - pomaga poszerzać gatunkowe granice, dostrzegać "rozgałęzienia" i "połączenia" na nieznaną wcześniej skalę. Muzyka jest, jak się okazuje, takim jednym, "wymieszanym garnkiem", jak rasy ludzkie. I nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek "czysta krew" została jeszcze na Ziemi. (śmiech) Ale wydaje mi się że jesteśmy coraz piękniejsi!
Kompletnie nie. Mam zresztą totalnie antykonsumpcyjne podejście i nie lubię mnogości przedmiotów. Niedawno posegregowałam swoje płyty i… "puściłam je" dalej. Bo jednak nie korzystam z "wieży", tylko albo ze stricte studyjnych, albo mobilnych urządzeń. Sama słucham muzyki z platform, i jasne, że chciałabym, żeby moje płyty sprzedawały się w milionowym nakładzie, ale jeśli ten milion będzie liczbą odtworzeń, to naprawdę luz. Mniej plastiku tyle samo melodii. Może skrytykuje mnie jakiś audiofil, ale naprawdę uważam, że treść, czy to, gdzie i z kim czegoś słuchamy jest o wiele ważniejsze od tego, czy będziemy mieć o kilka decybeli "w basie" mniej, czy więcej. Oczywiście można powiedzie, że gdyby zniknął internet, to nie miałabym nagle żadnej muzyki. Ale gdybym utraciła płyty, efekt byłby ten sam. (śmiech)
Miałyśmy nawet taki "bunt", że nie będziemy podpisywać fanom płyt pirackich. Miały takie dziwne okładki, których nigdy wcześniej nie widziałyśmy (śmiech)… Znowu, nie mam żadnych danych liczbowych, ale myślę, że rozprzestrzenia się myślenie, że to coś normalnego - mieć np. Netflixa, czy opłacać któryś z serwisów z muzyką i nie potrzeba już "szperać po torrentach", żeby znaleźć to, czego szukamy. (śmiech)
Od jakiegoś czasu Andersona Paaka i jego różne wcielenia, ale też stare rzeczy, jak na przykład Ninę Simone. Czuję, że miała tak "scentralizowany", "skondensowany" przekaz, że chyba próbuję się tym jakoś zarazić, tj. "jak to robić", by "być aż tak bardzo, że aż czasami brzydko", będąc prawdziwą, z krwi i kości… Wracam też do starszych płyt Whitney Houston, co może się wydawać trochę dziwne, w końcu przez lata, r’n’b i soul były passe, ale teraz znowu wracają na dancefloor (śmiech), np. Brandy, czy Usher. To moje dzieciństwo i czuję się świetnie z tym, że to jest dziś obecne.
Jeszcze nie, ale bardzo chcę się wybrać. Widziałam natomiast ten Netlixa ("Whitney: Can I Be Me?" – przyp. JN), ale też "What Happened, Ms Simone", czy ten, który poruszył mnie chyba najbardziej - o Nat King Cole’u ("Nat King Cole. Afraid of the Dark"), którego dużo słuchałam jako dziecko. Dużo, dużo łez...
Być może, ale generalnie uważam, że takie "porównywanie dramatów" nie ma zbyt wielkiego sensu. Ludzie tak różnie odczuwają różne wydarzenia, w pozornie dobrym życiu może się kryć tyle depresji i dramatów, a jakość twórczości może być równie wspaniała… Poza tym ze szczęścia też rodzi się dużo super muzyki.
Myślę, że byłby to "Pirx". To najbardziej "skondensowana stylówa".
Polecam!
Rozmawiał: Jan Niebudek
Artykuł powstał we współpracy z
Fundacja prowadzi Bazę Legalnych Źródeł, które udostępniają treści zgodnie z prawem i wolą twórców.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu