„Dziwka z Ohio” nie jest najwybitniejszym dramatem Hanocha Levina, ale spektakl Adama Sajnuka w Teatrze WarSawy wydobywa z niego wszystko, co najbardziej przejmujące.
Właściwie nie ma już potrzeby zadawać sobie pytania, dlaczego dramaturgia Hanocha Levina robi w Polsce tak wielką karierę, dlaczego bierzemy go za swojego i wyjątkowo do jego twórczości nam blisko. Tak już jest i trzeba się z tego cieszyć. Z bogatego dorobku izraelskiego autora sięgamy zwykle po to, co bardzo dobre lub przynajmniej dobre. I często znajdujemy klucz do jego twórczości, za pan brat nam z jego melancholią. „Dziwka z Ohio” nie jest „Krumem”, nie jest „Szycem”, nie jest nawet „Sprzedawcami gumek”. Spośród odkrywanych przez polskie sceny jego dramatów (napisał ich – bagatela – 56, zatem zostało jeszcze trochę do zagrania) jest prawdopodobnie utworem nieco słabszym, co nie oznacza, że nie zasługuje na uwagę. Przynosi bowiem aktorom dwie role nie do pogardzenia oraz pozwala zrozumieć, dlaczego tyle samo razy co do Antoniego Czechowa porównywano Levina do Samuela Becketta. Gdy oglądałem przedstawienie Adama Sajnuka, wciąż powracała do mnie jedna z najbardziej nieubłaganych beckettowskich fraz: „Urodził się i to go zgubiło”. Zresztą coś podobnego mówi o sobie bohater „Dziwki…”, siedemdziesięcioletni Hojbitter. Wraz z urodzinami zaczęło się pasmo jego nieszczęść. Wybawieniem może być podróż do najbardziej fantastycznej dziwki na świecie do Ohio, tak jak dla Iriny, Maszy i Olgi u Czechowa było nim marzenie o wyjeździe do Moskwy. Wybawieniem może też być śmierć. To drugie jest znacznie bardziej realne.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.