ESEJ | Kino Tomasza Wasilewskiego jest ludzkie i przejmujące. Najnowszy film młodego reżysera „Zjednoczone stany miłości” wchodzi dziś na ekrany
Praca reżysera polega na otwarciu okna na rzeczywistość, interweniując tak mało, jak to tylko możliwe. Reżyser musi stanąć z boku” – pisał mistrz francuskiego kina Eric Rohmer. Tomasz Wasilewski zauważa marginesy. Detal, zmarszczkę na ciele bohatera, rdzę na emalii. W jego spojrzeniu są czułość i brawura, odwaga i pokora, spokój i przekroczenie.
Akcja „Zjednoczonych stanów miłości” rozgrywa się wprawdzie na początku lat 90., niedługo po upadku komunizmu, ale mogłaby wydarzyć się tutaj i teraz. Ważna jest dekoracja, kostium, scenografia – wszystkie te elementy budują wrażliwość bohaterek, ale najistotniejsze są jednak dylematy oderwane od czasowej cenzury. Wasilewski ryzykuje opowiadaniem o sprawach najprostszych. Prostych, ale wcale nie banalnych. Przecież w gruncie rzeczy cała historia kina, czy szerzej historia sztuki, mówi ciągle o tym samym. O miłości i rozstaniu, samotności i potrzebie czułości. W najnowszym filmie Tomasza Wasilewskiego katalizatorem tych pragnień są kobiety. Pierwsza to Agata (Julia Kijowska) – młoda matka i żona, zakleszczona w małżeństwie, jawiącym się jej jako fikcyjna skorupa, erzac prowadzący do doświadczenia, dla którego nie znajduje jeszcze nazwy. Dalej Renata (Dorota Kolak) ucząca w szkole języka rosyjskiego. Czyta uczniom romantycznego Puszkina, ponieważ nie zna tego uczucia. Ona również jest samotna, szuka substytutów, pożąda ich. Jej namiętność do Marzeny (Marta Nieradkiewicz), lokalnej miss o złotym sercu, ma podłoże erotyczne, ale w jeszcze większym stopniu macierzyńskie. Jest gestem rozpaczy, ale i okrucieństwa. Siostra Marzeny, Iza (Magdalena Cielecka), dyrektorka szkoły, w której pracuje Renata, uwikłana w romans z ojcem jednej z uczennic (Andrzej Chyra), cierpi na tę samą przypadłość, co wszystkie bohaterki kina Tomasza Wasilewskiego. Chce poczuć więcej, ostrzej, mocniej. Nie wystarcza jej status quo, nie zadowala się teraźniejszością, bez znaczenia, do jakiego stopnia owa rzeczywistość byłaby obłaskawiona, szuka dalej, drapie paznokciem po papierze ściernym. Rani się do krwi. A jednak trze dalej. Do bólu, do skutku. Tylko czym jest ten skutek? Wiecznym szukaniem?
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.