Jan Śpiewak: Nie mam na kogo głosować, dlatego chcę być prezydentem Warszawy [WYWIAD]

Jan Śpiewak Fot. Dariusz Golik
Jan Śpiewak Fot. Dariusz GolikDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
8 czerwca 2017

Przez ten rok układ warszawski przestał traktować mnie jak natrętnego młokosa, a zobaczył we mnie poważnego przeciwnika i zaatakował bez pardonu. Z Janem Śpiewakiem rozmawia Robert Mazurek.

Tak, chciałbym być prezydentem Warszawy.

Logika wydarzeń może mnie do tego zmusić. Jeśli nie znajdziemy kogoś, kogo moglibyśmy poprzeć, to pewnie będę kandydował na prezydenta Warszawy.

Jestem politykiem...

Nie ma co owijać w bawełnę: jestem politykiem, choć nie należę do żadnej partii. Chciałbym zmieniać to miasto i chciałbym zrobić to szybko, bo widzę, jak traci swoją szansę.

I nie widzę nikogo, na kogo chciałbym głosować w wyborach na prezydenta stolicy. Mógłbym poprzeć Jana Ołdakowskiego, ale on nie kandyduje, mógłbym też poprzeć Barbarę Nowacką, ale ona się do tego nie pali, a w dodatku jak widzę, kto wokół niej się kręci, to przechodzi mi ochota.

Ryszard Kalisz? (śmiech) O Jezu...

To żarty? Nie mógłbym go poprzeć, tak samo Jacka Sasina.

Ten, którego prawą ręką jest Sławomir Potapowicz? Ten sam Potapowicz, który był prawą ręką Pawła Piskorskiego?

Za Jakubiaka, endeka, sponsora prokremlowskich Kresów.pl, serdecznie dziękuję.

To jest właśnie ta logika wydarzeń, o której mówiłem. Kogo może poprzeć aktywny politycznie człowiek, który chce w Warszawie realnych zmian?

Czemu?

Bo takie było moje marzenie. Mieszkam w Śródmieściu od zawsze, chciałem działać na jego rzecz, nie mam parcia na karierę. Ale szybko się okazało, że ani radny, ani nawet burmistrz nie mogą tu wiele zrobić.

Przez długi czas myślałem o sobie jako o społeczniku, ale ruchy miejskie, w których działam, muszą pogodzić się z tym, że uprawiają politykę. A to oznacza, że trzeba stosować metody i zasady gry obowiązujące w polityce.

Trochę tak jest. Nasi przeciwnicy stosują gangsterskie metody, a my co? Jeśli chcemy brać udział w tej grze, to musimy się zachowywać zgodnie z narzuconymi regułami.

Trzeba podnieść gardę i walczyć. Nauczyłem się jednego: muszę być twardy. I będę twardy, inaczej przegram, a nie dam im tej satysfakcji. Przez ten rok układ warszawski przestał traktować mnie jak natrętnego młokosa, a zobaczył we mnie poważnego przeciwnika i zaatakował bez pardonu. To było dużo goryczy, ale też dużo satysfakcji, w sumie nauczka.

Że w polityce trzeba mieć naprawdę grubą skórę i bić się ostro.

Mój tata jest profesorem, intelektualistą, całe dorosłe życie krążył wokół polityki, ale nigdy nie był w środku. I kiedy do niej wszedł, to przeżył szok. Poznał zasady gry panujące na dworze Tuska i błyskawicznie rozczarował się do Platformy.

Dlatego żeby ją zmieniać, trzeba do niej wejść.

Wiem, że w polityce trzeba czasem być brutalnym, czasem trzeba manipulować, być cynicznym, uderzać w demagogiczne tony. Nie można się obrażać, że polityka jest paskudna, okropna i twarda, ale najważniejsze, by nie stracić kompasu moralnego. Są pewne granice, są pryncypia. Nigdy nie zgodzę się na nienawiść w polityce, na pogardę wobec drugiego człowieka, kimkolwiek by był.

Jest w tym dużo racji, ale co ja mogę powiedzieć? Nie ma innej drogi, by zmieniać Warszawę i nasz kraj.

Uznał, że ma lepsze rzeczy do roboty niż użeranie się z półgłówkami, którzy myślą tylko o własnym interesie.

(śmiech) Ponieważ nic mi się nie udało w życiu, to idę do polityki?

To jest tak, że ilekroć wyjdę na ulicę, to widzę tysiąc rzeczy, które mnie wk...ją! Nawet nie muszę daleko iść. Obok mnie jest Prokuratura Okręgowa w Warszawie, pod nią zakaz postoju. I co? Przez cały dzień stoją tam auta. Drobiazg, ale wymowny. Jak przejdę 20 metrów, to widzę koszmarny biurowiec, który zniszczył widok na Belweder, ale postawiono go na miejscu Supersamu, bo ktoś na to pozwolił! Mam mówić dalej?

No więc ja coś muszę z tym moim wk...em – powiedzmy: gniewem – zrobić. Mogę wsiąść na rower, pobiegać, napić się piwa i wszystko to robię, ale mogę też próbować to zmienić.

Brzydzi mnie życie partyjne skupione na plemiennej wojnie, która nic nie wnosi, nie daje obywatelom nic oprócz zaangażowania emocjonalnego. A dla działaczy współczesne partie stały się biurami karier. Oczywiście nasuwa się pytanie, czy można zbudować ruch polityczny, nie oferując swoim członkom wizji kariery.

Jasne, i to trzeba ludziom powiedzieć jasno: są politycy i jest korpus urzędniczy, który się nie zmienia. I mówię to ja, jasno deklarując, że chcę przewietrzyć ratusz, złamać ten układ. Prezydent, jego zastępcy, szefowie najważniejszych biur to ludzie, którzy realizują program polityczny, a reszta to urzędnicy.

Nie wszyscy, bez przesady. A skąd wziąć? Zróbmy raz eksperyment i przeprowadźmy pierwsze w Polsce nieustawione konkursy! Pan wie, ilu fantastycznych ludzi z pomysłami się nagle znajdzie, ilu urzędników będzie mogło awansować?

Słucham?

A co mam panu powiedzieć? Wejdę do ratusza ze swoimi kumplami i obsadzimy najważniejsze stanowiska, bo tylko tak zadbamy o większe dobro? Żadnego większego dobra w ten sposób nie będzie, każdy cel po drodze się zgubi.

Jest sfera gry politycznej, tego robienia kiełbasy, i jest rządzenie, kierowanie instytucjami władzy, które powinno być od tego wolne.

(śmiech) Nie będę naiwniakiem. Polityka nauczyła mnie, że łatwiej jest wygrać wybory niż utrzymać władzę, a skuteczność jest bardzo ważna, bo jak nie będziesz skuteczny, to żadnego programu nie zrealizujesz.

W 2014 r. weszliśmy jako Miasto Jest Nasze do Rady Śródmieścia, a zaraz potem trzech naszych radnych zostało przekupionych przez Platformę Obywatelską i z naszego pięknego programu nic nie zostało. Tak się więcej ograć nie dam.

Hanna Gronkiewicz-Waltz jest dla mnie postacią wyjątkowo niemoralną i tu wszystkie siły polityczne powinny się zgodzić, że ona nie powinna funkcjonować w życiu publicznym. Każdy wywiad z nią powinien zaczynać się od pytania: „Kiedy zniknie pani z życia publicznego? Kiedy poda się pani do dymisji?”. I dalej: „Kiedy zrekompensuje pani krzywdy prawie 200 mieszkańcom kamienicy przy Noakowskiego, których życie zamieniła pani w koszmar?”.

Rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz kupiła tę kamienicę od szmalcowników. Wyobraża pan sobie burmistrza Berlina czy Paryża, który handluje skradzionym mieniem pożydowskim? Rany boskie, to byłby skandal, który zmiótłby nie tylko jego, ale i całą formację, której byłby wiceprzewodniczącym.

I co, nie ma sprawy? Zorganizowana przestępczość w Warszawie to właśnie prawnicy i urzędnicy, którzy handlowali nieruchomościami razem z ludźmi, a tych bez poczucia żenady wyrzucali na bruk. Tak działa mafia.

Mafia to nie tylko gangsterzy, którzy mordują – choć i to w Warszawie było, bo Jolantę Brzeską spalono żywcem. Mafia to właśnie „swoi” urzędnicy i politycy w ratuszach. To właśnie mamy w Warszawie. Jak można to tolerować?

Sorry, gdyby w warszawskim ratuszu nie kradli, to żaden PiS nie byłby w stanie odebrać władzy wielkomiejskiej Platformie. To złodziejstwo i arogancja tej ekipy najbardziej pomagają Kaczyńskiemu. Szydło ogłasza program „Mieszkanie plus”, a platformerski burmistrz Woli pisze, że „Odolany są przerażone”, bo jeszcze mu się w robotniczej Woli biedota zalęgnie, a on wolałby apartamentowce.

Mogliby walczyć z arogancją. Ja pamiętam, jak wynajęli klauna, by zagłuszał protesty rodziców przeciwko likwidacji stołówek w szkołach! Widziałem tych zrozpaczonych rodziców, których władza nie tylko nie chce wysłuchać, ale jeszcze ich poniża! Tego pan nie widział?!

I tego nie pokażą, ale to rzeczywistość rządów Platformy. To kto toruje drogę do władzy PiS: zdegenerowana do szpiku kości Platforma, która drwi z ludzi, czy ja, który o tym mówię?

Po 25 latach rządzenia Warszawą ta ekipa powinna wreszcie odejść. Tak, wiem, że prezydentem przez trzy lata był Lech Kaczyński. Zmieniły się więc dekoracje, zmieniła się góra, ale skorumpowane urzędnicze elity z czasów Piskorskiego przetrwały i rozkwitły na nowo za kadencji Gronkiewicz-Waltz.

Jeżdżę rowerem, więc jeszcze cykliści.

Wszyscy, którzy chcieliby być albo są klasą średnią. Nie najzamożniejsze tłuste koty, ale normalni warszawiacy, którzy chcą miejsc w żłobkach i przedszkolach.

Ale ja będę o to realnie walczył. Warszawa była miastem rządzonym przez deweloperów, czas oddać je mieszkańcom. A jaki jest związek między deweloperami a miejscami w przedszkolach?

Już mówię. Warszawiak kupuje na kredyt albo wynajmuje – bo nie stać go na kredyt – mieszkanie na osiedlu, w którym nie ma ani żłobka, ani przedszkola, i musi dopłacać 1000 zł miesięcznie do prywatnego. Nie ma transportu publicznego, więc trzeba dodać jeszcze 500 zł miesięcznie na samochód. Tu nie pomogą zaklęcia o darmowych miejscach w żłobkach, bo tych miejsc brakuje 9 tys., tego trzeba żądać przy budowie osiedli.

Miasteczko Wilanów jest najlepszym przykładem tego, jak wyglądała III RP. Oto publiczna szkoła wyższa uwłaszcza się na publicznych gruntach rolnych, które sprzedaje. Kto jest kupcem? Pan Ryszard Krauze, który dorobił się na informatyzacji publicznego ZUS. On buduje i za ciężkie pieniądze sprzedaje mieszkania, a my, warszawiacy, słono mu płacimy, by na swoim osiedlu wybudował publiczną drogę, i odkupujemy od niego tereny pod publiczne szkoły!

Jaki jest efekt? My, za publiczne pieniądze, wybudowaliśmy prywatne osiedle! Dziś pan Krauze domaga się od miasta za drogi, bez których nie mógłby wybudować osiedla, sum większych, niż zapłacił za cały grunt! Tak wyglądała transformacja ustrojowa w Polsce!

Dlatego zwolennicy PiS powinni na mnie głosować.

Nie, mówię normalnym językiem! Cholera jasna, ktoś jednemu z najbogatszych Polaków wkłada do kieszeni setki milionów złotych z naszej forsy! A ludzie zostają bez żłobka, przedszkola, szkoły, autobusu, za to z wielkim kredytem! Wie pan, gdzie się szykuje podobna historia?

Na pięknie położonych, blisko centrum, terenach FSO na Żeraniu. Kupiła je spółka pana Jakubasa i co zrobiło miasto? Może usiadło do negocjacji i powiedziało: „To jest teren przemysłowy, my chcemy mieć przemysł w Warszawie, więc tu mogą być nowe technologie, start-upy, tego typu inicjatywy”?

Oczywiście, że nie. Zamiast tego ekipa PO z miejsca zgodziła się, by oddać to pod deweloperkę. Dodatkowo pozwolili na budowę centrum handlowego, a teraz, by jeszcze wspomóc biednego pana Jakubasa, chcą budować most za pół miliarda dla tego osiedla. Narzekamy, że nie ma polskiego przemysłu? Proszę bardzo, tu mógł być, mogli tu robić choćby te mityczne polskie samochody elektryczne! Zaorano Ursus, zresztą w aferalnych okolicznościach, przez ludzi związanych z Lwem Rywinem, zaorano całą przemysłową Wolę, nie ma już w ogóle przemysłu w Warszawie! Wszystko jest niszczone i bezsensownie zaorywane tylko po to, by dać kolejnym tłustym misiom zarobić.

Nie, Warszawa chce być jedną wielką sypialnią.

Nas przed tym uchroniła nie polityka miasta, ale brak turystów. Najgorszy jest tu prymitywizm myślenia, ta zaściankowość władz miasta, które nie rozumieją, do czego państwu i miastu potrzebny jest przemysł, potrzebne są technologie.

Gdy zająłem się reprywatyzacją, to poszło na mnie zlecenie i nagle można było przeczytać o mnie różne rzeczy w „Newsweeku”, tak absurdalne, że szkoda gadać.

Naprawdę to mam 20 proc. udziałów w mieszkaniu na Mokotowie, kupionym niedawno na wolnym rynku, żadnej reprywatyzacji. Ale tu chodziło o moją mamę, która wykupiła – na normalnych zasadach, jak wszyscy w takiej sytuacji – mieszkanie komunalne w Warszawie.

O tak, miałem wtedy 14 lat. Mama odziedziczyła też pół kamienicy w Krakowie, którą sprzedała, i tak, tu już była reprywatyzacja, ale ja miałem wtedy 14 lat, byłem w gimnazjum!

Ale żeby było jasne. Dla mnie to jest niesprawiedliwe, że jedni – tak jak dziesiątki tysięcy warszawiaków, w tym moja mama – mogli wykupić mieszkanie, a inni nie, bo są roszczenia reprywatyzacyjne. Tak samo niesprawiedliwe jest zwracanie w naturze majątku straconego po wojnie – tak było z moją mamą.

Zgodnie z przepisami tak, ale ja uważam, że te przepisy są złe.

Na nikogo nie donoszę, tylko staram się być uczciwy. Nie powinno się zwracać kamienic w naturze, bo to jest handlowanie ludźmi. Można było dać rekompensatę i tyle.

Tak, ja je założyłem...

2976106-okladka-magazyn-dgp-09.jpg

Od czasu wybuchu afery reprywatyzacyjnej w stowarzyszeniu trwała kampania wycinania mnie i moich przyjaciół z Miasto Jest Nasze. Odkąd zacząłem ostro walić w mafię reprywatyzacyjną, część mojego stowarzyszenia nie tylko mnie nie wspierała, ale wręcz atakowała, i jeszcze doniosła na policję na naszą wiceprezes. Jeśli mam do siebie pretensje, to o to, że nie zareagowałem wcześniej.

Rozumiem, że i takie oskarżenia się pojawią, wszystkie będą dobre, by mnie zdyskredytować i odwrócić uwagę od mafii rządzącej tym miastem. Wie pan, ja nie mam złudzeń – polityka jest syfem, cały wysiłek trzeba włożyć w to, żeby była jak najmniejszym syfem.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.