Ksiądz Adam Marek Pergół: Biedni są wszędzie? Moi biedni byli w Afryce

ksiądz Adam Marek Pergół, fot. Darek Golik
ksiądz Adam Marek Pergół, fot. Darek GolikDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
10 sierpnia 2017

- Doszedłem do wniosku, że w zasadzie całą Afrykę powinien zamknąć sanepid. Nie spełnia żadnych norm. Pamiętam, jak organizowaliśmy w Polsce obozy harcerskie, ile było koło tego zamieszania, a tu żadnych norm i wszyscy żyją - opowiada ksiądz Adam Marek Pergół.


Czy ten wywiad będą czytali mój biskup i rodzice?

To nie wyobrażam sobie.

No czyś ty zwariował, ja w Polsce? Tu jest moje miejsce, tu, w Zambii, są moi ludzie, tu z każdym mogę zagadać, pośmiać się, być sobą, być szczery. Widzisz ich, są biedni, ale niesłychanie radośni, serdeczni. Cywilizacja i bogactwo jakoś nie dają białym takiego szczęścia.

Dla mnie cała Afryka to Mpunde. Tu jest nasza misja.

A to już reszta świata. Więcej go nie potrzebuję.

To są niebywale przyjaźni ludzie. Plebania jest przy drodze, każdy przejdzie, pozdrowi, zażartuje, katolik czy niekatolik, wszystko jedno. Jesteśmy razem, tu obchodziłem 20-lecie kapłaństwa, bo to dla nich tu jestem. Wśród nich czuję się jak w rodzinie.

To krzywdzący stereotyp o Afryce. Zresztą, jeśli ktoś pójdzie do nich do domów i zobaczy, jak mieszkają, to nawet jak go o coś poproszą, to nie będzie myślał, że jest traktowany jak bankomat, bo ci ludzie rzeczywiście nic nie mają. Pamiętam, że taki był kard. Adam Kozłowiecki, a ja – młody ksiądz – oburzałem się, że jak to tak można wszystko rozdawać, to jest psucie ludzi. Głupi byłem.

Jak się jest dłużej z nimi, to człowiek widzi, że dowodem zepsucia byłoby im nie pomóc. Nie mogę zrobić wszystkiego, ale kupuję im lekarstwa, nawet dziś przyszła pani do kancelarii i pytała, czy mam krople do oczu. Nie dasz?

Myślisz, że oni nie dają?

Przysmak ci przynieśli, nie grymaś.

Widziałeś, jak tu wygląda procesja z darami w czasie mszy świętej? U nas ministranci przynoszą wino i opłatki, to wszystko. Tutaj dają mąkę kukurydzianą, jajka, kapustę, bataty, orzeszki...

To mnie zawsze wzrusza. Oni nie piją coli, nie stać ich, ale myślą, że dla białego to niezwykle ważne, więc przynoszą mi skrzynkę coca-coli, żeby okazać wdzięczność, że jestem z nimi.

To też od wiernych, przynoszą pastę czy mydła – co tam kupią. Te dary mają wystarczyć księdzu, żeby przeżył do następnego tygodnia, bo uważają, że muszą mnie jakoś utrzymać. Naprawdę moi parafianie potrafią się ze mną dzielić, dają mi, co mają, więc jeśli mnie o coś proszą, to nie z egoizmu czy skąpstwa, tylko dlatego, że naprawdę potrzebują. Niedawno zjedli mi kazanie i wtedy zrozumiałem, że są głodni.

Po procesji Bożego Ciała było przedstawienie i parafianin przebrany za Jezusa miał rozmnożyć chleb. Zamysł był taki, że jak wezmą pajdę chleba do ręki, to im powiem, żeby na nią spojrzeli, bo to jest właśnie Eucharystia, pokarm na życie wieczne. Ale oni nie czekali aż wygłoszę to wspaniałe, przygotowane kazanie, tylko chleb zjedli i chwalili: „Father, to było twoje najlepsze kazanie w życiu! Zrozumieliśmy, o co chodzi – przychodzimy do kościoła głodni, a wychodzimy syci”.

Swoją drogą zrozumiałem wówczas, jak zachowali się ludzie, kiedy im Jezus rozmnożył chleb. No i jego wyrzut: „Wy idziecie za mną dla chleba, nie dla tego, co mówię”. Do mnie zresztą też podeszło dziecko z pytaniem: „Father, będziesz jadł ten chleb, czy można go sobie wziąć?”.

To przejaw największego szacunku. Jak przemawiał król plemienia, to też wszyscy siadali. Mówi starszy i ważniejszy – ty siadasz, czyli zupełnie odwrotnie niż u nas. Trzeba ich też poznać, żeby zrozumieć, bo wiele rzeczy jest inaczej niż u nas.

Chociażby śmiech.

Nie zawsze śmieją się z radości. Czasem tak odreagowują albo okazują zakłopotanie – jest im głupio, nie wiedzą, co powiedzieć, więc się uśmiechają. Więc ty masz do kogoś pretensje, a on się uśmiecha. To tłumaczysz dobitniej, zaczynasz się denerwować i nic, uśmiech na twarzy. Puszczają ci nerwy, zaczynasz krzyczeć, a on w śmiech. No to przecież gdyby człowiek nie wiedział, to by chyba...

Czasami jest tak, że my, księża, chcemy jak najlepiej, tylko jakoś wszystko sprzysięga się przeciw nam. No więc mamy już sanktuarium maryjne, tylko czekamy na objawienia... (śmiech). No i polski ksiądz postanowił zorganizować do niego pielgrzymkę.

A jaką? Było tak: oni szli, a za nimi jechał samochód ze wszystkimi rzeczami. Ludzie nie mogli wyjść z podziwu: ksiądz wygląda na normalnego, ma samochód, ma benzynę, auto działa, więc powinniśmy jechać, prawda? Ale nie, my idziemy, a samochód jedzie pusty. Tego absurdu pojąć nie mogli.

Oni są przyzwyczajeni, bo chodzą po kilka, kilkanaście kilometrów, więc to dla nich ani atrakcja, ani wyrzeczenie. Tak samo było, gdy inny ksiądz postanowił zorganizować dzieciom ognisko. Myślał, że to będzie dla nich Bóg wie jaka radość, a oni kiełbasę wzięli, zjedli, ale nie mogli się nadziwić, że biały każe im się cieszyć z ogniska.

Tak robią jedzenie. To tak, jakbyś ty posadził dzieciaki w Polsce dookoła mikrofalówki i kazał im się cieszyć.

Zabrałem swoją młodzież na hamburgery w Kabwe. Ale poczekaj, bo muszę wyjaśnić, że w Afryce ze względów sanitarnych nie je się niczego surowego, nawet warzyw. Mamy takie repu...

Które oni kroją, smażą i dodają do pomidorów. I moja młodzież pojechała ze mną na hamburgery. Wzięli je do ręki i zaczęli się śmiać na widok sałaty, że biali zwariowali i jak króliki jedzą surowe repu. Oczywiście wyrzucili sałatę do kosza.

Przyjechali kiedyś seminarzyści i daliśmy im jajka na miękko, zwyczajem kardynała, który na śniadanie jadał dwa. Nie zjedli.

Wiesz, co było dla mnie trudne?

Jak musiałem się kąpać. Miałem taki parawan z trawy, ale jednak przy wszystkich się kąpać? I te dzieciaki wgapione, co też biały będzie robił za tą trawą.

Wręcz przeciwnie, kobiety muszą mieć nogi zasłonięte do kostek i owijają się w taki materiał – chitengę.

No tak, takie wzory też są na chitengach.

A prócz niego 27 kaplic.

Część to lepianki z gliny kryte strzechą, ale teraz już budujemy z cegły i kryjemy blachą.

Od śmierci księdza Janka Krzysztonia jestem proboszczem założonej przez niego misji w sąsiedniej Chilumbie, ale właściwie czekam, aż ktoś ją obejmie. Tam jest kolejne 13 kaplic. Tu musi ktoś przyjść, bo przy 40 kaplicach i dwóch kościołach to musiałbym do nich w nocy jeździć.

Do kaplic na wyspie na bagnach Lukanga jeżdżę trzy razy do roku, bo od listopada do marca nie da się tam dojechać. W porze suchej to cztery godziny po buszu terenówką, półtorej godziny łodzią i na koniec siedmiokilometrowy spacer.

Za to to jedyne miejsce, gdzie śpię aż do siódmej. Mogę tam spać i spać. To jest wyspa całkowicie oderwana od świata, ani do nich nikt nie przyjeżdża, ani oni donikąd nie jeżdżą.

WHO ma ich dane sprzed blisko czterdziestu lat, ale rząd Zambii wybory im organizuje regularnie.

Urny do głosowania przywożą helikopterem, to jedyna rzecz, o jaką tu dbają. Ludzie żyją ze sprzedaży ryb, oczywiście nie świeżych, tylko suszonych, które zwożą do wsi na lądzie i po które przyjeżdżają pośrednicy z miasta. We wsi są nawet sklep i bar.

W liczeniu barów z pewnością jesteś lepszy.

Lepsze to niż całkowite zostawienie ich samych. Przyjeżdżam tam na dwa czy trzy dni i muszę zrobić tyle, by ich wiara przetrwała do następnej pory suchej. To katechiści i członkowie rady parafialnej co niedzielę prowadzą modlitwy w kaplicy, a w tygodniu różaniec, organizują spotkania, przygotowania do sakramentów, lekcje religii.

W tej sprawie to my jesteśmy sto lat za Murzynami. Dla mnie jest oczywiste, że jak przyjeżdżam do kaplicy – jakakolwiek by była: murowana czy trawiasta – to wszystko jest gotowe, posprzątane, przygotowana jest liturgia. Oni mają swój zespół, chór, czytania, dary, modlitwy, no i oczywiście ogłoszenia parafialne. Nie zdarzyło mi się w Zambii, żebym musiał czytać czytania czy modlitwę wiernych. To czasami jest śmieszne, kiedy spóźnia się jedyny człowiek w parafii, który umie czytać...

Sporo mam czytających.

Czasem jak spisujemy protokół przedmałżeński, to pytam: podpisujemy długopisem czy kciukiem?

Ludzie naprawdę myślą, że my się tu Bóg wie jak poświęcamy i starają się jakoś okazać wdzięczność. No i przyszła do mnie para, że chrzczą dziecko, patrzę na podane imię „Pergol” i się uśmiechają. Nie mają „ó” czy „ł”, bo byłby Pergół...

Nie zmuszam ich do nadawania imion chrześcijańskich, bo potem i tak używają afrykańskich, więc człowiek ma tylko zamieszanie w papierach. A imiona mają naprawdę oryginalne. Jest Beauty, czyli piękna, jest mały Wise, więc mądry, oby nie okazał się tumanem. Jak rodzi się ostatnie dziecko, to dają mu na imię Kasuri, czyli ostatni.

Tak myślą, ale czasem tych Kasuri biega po podwórku kilku. Ochrzciliśmy też Miłosierdzie.

Nie, w języku cibemba. Było tak, że kobieta zaczęła rodzić i pojawiły się problemy, bo dziecko nie mogło przyjść na świat. Więc w samochód i do szpitala do Kabwe, ale było tak źle, że nie dojechaliby, więc pędem do nas, do ośrodka zdrowia. A przy postawionym na Rok Miłosierdzia krzyżu z napisem „Lesa Wa Luse”, czyli „Bóg Jest Miłosierny”, jest taki próg na drodze, śpiący policjant. No i oni rozpędzeni wjechali w to, wszyscy podskoczyli, walnęli głowami w dach, a z kobiety wyskoczyło dziecko. Skończyło się dobrze, ale wszyscy uznali, że małe musi mieć na imię Luse.

Nie wiadomo, skąd to przyszło. W seminarium jeździłem do sióstr misjonarek matki Teresy, bo zawsze chciałem pracować wśród biednych, ale też myślałem, że jak zostanę księdzem, dostanę jedną, drugą wypłatę, to mi przejdzie.

Niestety, nie przeszło. Po pierwszym roku pracy w parafii w Płocku już wiedziałem, że chcę wyjechać.

Było bardzo fajnie, dobry proboszcz, świetnie rozkręcił parafię, ale ja już wiedziałem. I wiedziałem, że to będzie Afryka.

Nic, poza tym, że tam są biedni.

Ale moi biedni byli w Afryce. Jak powiedziałem rodzicom, to spodziewałem się szoku, a oni na spokojnie: „Myśmy wiedzieli”. Nie wiem skąd, bo nigdy z nimi o misjach nie rozmawiałem, ale wiedzieli.

Referent misyjny mówi, że potrzebują księdza w Zambii. Myślę tak: brzmi ładnie, prosta w wymowie, w pisowni też, niech będzie. Spojrzałem na mapę i już. Rok przygotowań w Polsce i 31 stycznia 2001 r. wylądowałem na lotnisku w Lusace. I prosto z lotniska śp. Jan Krzysztoń zawiózł mnie do Mpunde.

Dużo czarnych, mało białych, czerwona ziemia.

Tuż potem doszedłem do wniosku, że w zasadzie całą Afrykę powinien zamknąć sanepid. Nie spełnia żadnych norm. Pamiętam, jak organizowaliśmy w Polsce obozy harcerskie, ile było koło tego zamieszania, a tu żadnych norm i wszyscy żyją.

W cibemba ani słowa. Na początku Janek dał mi nauczyciela, dziadka bez wykształcenia, otwieramy mszał i zaczynamy od znaku krzyża: „Kwishina lyakwa Tata, na Mwana, na Mweo Mutakatifu. Amen”. Po dwóch tygodniach mogłem czytając odprawić mszę. Miałem nadzieję, że w mszale żadnych głupot nie napisali, więc odprawiałem. Na kurs języka zostałem wysłany do jednej z wiosek...

Pojechałem do wykwintnego domku w Butwie. Wykwintnego, bo murowanego i z dachem z blachy. Woda i wszystkie wygody były na zewnątrz. A kurs? Przychodziło do mnie trzech panów i próbowaliśmy się dogadać. Na początku była jakaś książka, ale to nie szło, bo nie potrafili wytłumaczyć mi zasad gramatyki, a nasza mentalność jest taka, że musimy zrozumieć, dlaczego tak się mówi. W momencie kiedy przestałem dociekać, a zacząłem powtarzać i uczyć się całymi zdaniami, sentencjami, to poznałem bemba. No i tak spędziłem trzy miesiące.

Z proboszczem Mpunde Jankiem Krzysztoniem i kard. Adamem Kozłowieckim...

Ale jak jechał do nuncjatury czy na spotkanie do Lusaki, to nagle się prostował, nabierał niebywałych manier i mówił angielskim jak z Oksfordu. Dziadek – bo tak o nim mówiliśmy – był niesamowity, naprawdę czuło się, że się mieszka ze świętym.

A kto nie bywa?

Choć nigdy nie mówił na ty, czasem, jak się zapomniał, ale tak zawsze „proszę księdza”.

Powtarzał, że to jezuickie wychowanie.

No tak, od niego wszyscy byli młodsi... Kiedy w czasie Soboru Watykańskiego II poznał Karola Wojtyłę, żartował z niego, że tamten dopiero biskupem, a on już arcybiskupem. Ta znajomość przetrwała i jak tylko był w Rzymie, zawsze miał telefon od ks. Dziwisza, że papież zaprasza. A jak Jan Paweł II zrobił go, emerytowanego arcybiskupa, kardynałem, powiedział mu podobno: „Zostałeś kardynałem tak późno, żebyś nie mógł głosować w konklawe”, na co Adam Kozłowiecki odpowiedział: „Ale zawsze mogą mnie wybrać”.

No widzisz. Znał wszystkich, zachowywał formy, ale rozmawiało się z nim jak z kolegą, jak z najlepszym przyjacielem. Był kimś, kto potrafił poradzić, pomóc, bo zawsze mieliśmy wrażenie, że on już to przeżył, że mówi z doświadczenia. Ostatnie lata swego życia zamiast w luksusowej rezydencji spędzał w Mpunde, gdzie razem ze mną był wikarym.

Kiedyś jechał do Rzymu i było wiadomo, że spotka się z papieżem. No i Wojtek i Janek zaczęli go namawiać, żeby załatwił zniesienie celibatu. „Ale nie dla wszystkich, tylko dla misjonarzy. No dobrze, nie na cały czas, na porę zimną. Co to dla eminencji, jesteście przyjaciółmi...”. No i kiedy wrócił, to pierwsze słowa na płycie lotniska ze śmiertelnie poważną miną: „Nic dla was nie załatwiłem!”.

Sam widzisz, jaki był. Nigdy się nie gorszył, nie oburzał, nie tylko na nas, ale i na ludzi. Ktoś coś zrobił głupiego, nas by krew zalała, a on jakoś się uspokoił.

Wierz lub nie, ale ja wciąż czuję ich obecność w Mpunde i w domu. Czuję się dobrze przygotowany przez nich do tego, żeby prowadzić misję. Właśnie świętowaliśmy rocznicę założenia Mpunde i tego samego dnia wspominamy kardynała. Nie w rocznicę jego śmierci czy urodzin, ale właśnie w rocznicę założenia przez niego Mpunde. Wszyscy klaskali, gdy mówiłem, że wciąż z nami jest i pomaga, bo wciąż znajdują się dobrzy ludzie, więc właśnie zakończyliśmy budowę pompy. Nasi zrobili 30 tys. cegieł i teraz wylewamy fundamenty pod dom parafialny...

(śmiech) No tak, ale ja chcę czymś zająć parafian. Na przykład oni nie mają telewizora i nie ma gdzie meczu obejrzeć. Telewizor jest w barze, ale tam alkohol i rozpusta, więc nie ma gdzie pójść. Poza tym kupiłbym dzieciakom jakieś gry, a może – warto pomarzyć – znalazłby się ktoś, kto pomógłby w kupieniu kilku komputerów dla nich?

3050778-magazyn-dgp-11.jpg
Magazyn DGP 11.08

No i kupiłbym ich trochę, żeby pożyczać. Że ktoś mi zniszczy albo nie odda? Zawsze tak się może stać, ale trudno, to w końcu tylko książka. Dom kultury przydałby się, ostatnio spytałem dziecko w koszulce ze smerfami, czy wie, co to jest. Oczywiście nie wiedziało. No jak ja mogę w takich warunkach ewangelizację prowadzić...

Te dary mają wystarczyć księdzu, żeby przeżył do następnego tygodnia, bo uważają, że muszą mnie jakoś utrzymać. Naprawdę moi parafianie potrafią się ze mną dzielić, dają mi, co mają, więc jeśli mnie o coś proszą, to nie z egoizmu czy skąpstwa, tylko dlatego, że naprawdę potrzebują

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.