W zeszłym tygodniu doszło do pierwszych w tej kadencji spotkań przedstawicieli Białego Domu z ludźmi Kremla.
Reklama
W Bonn przy okazji szczytu państw G20 rozmawiali ze sobą ministrowie dyplomacji Rosji i USA, zaś w azerskim Baku widzieli się szefowie sztabów generalnych. Celem spotkań było otwarcie kanałów komunikacji między Moskwą i administracją prezydenta Donalda Trumpa.
Oba miały miejsce niemal równolegle do ostrego przemówienia sekretarza obrony generała Jamesa Mattisa przy okazji spotkania z ministrami z innych państw NATO w Brukseli. Mattis oświadczył, że Rosja powinna najpierw udowodnić swoją wiarygodność, by podjąć dialog z Zachodem, zaś państwa NATO powinny się wzmocnić na tyle, by móc rozmawiać z Kremlem „z pozycji siły”. Wojskowy oskarżył też Moskwę o wpływanie na wyniki wyborów w państwach Zachodu. – Nasze stanowisko nie zakłada obecnie współpracy na szczeblu militarnym z Rosją – mówił w kontekście apeli Moskwy o współdziałanie w Syrii.
Tymczasem sekretarz stanu USA Rex Tillerson po rozmowie ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem zapewnił, że Waszyngton będzie współdziałał z Moskwą, by szukać wspólnego mianownika w interesujących obie strony sprawach. Ale zarazem wezwał Rosję, by ta przestrzegała warunków rozejmu na Zagłębiu Donieckim. I obiecywał, że USA będą bronić wspólnych wartości swojego kraju i jego sojuszników. Kwestia ewentualnego zniesienia sankcji nałożonych na Rosję po wkroczeniu na ukraiński Krym nie była omawiana.

Reklama
Dystansowanie się przedstawicieli administracji od prorosyjskich wypowiedzi Trumpa oraz niedawna dymisja prezydenckiego doradcy generała Michaela Flynna za jego kontakty z Rosjanami zaczyna studzić nadzieje rosyjskich polityków, którzy cieszyli się ze „swojego człowieka w Białym Domu”. „Albo Trump nie wywalczył sobie samodzielności i stopniowo jest zapędzany w kozi róg, albo rusofobia poraziła od góry do dołu także nową administrację” – napisał na Facebooku szef senackiej komisji spraw zagranicznych Konstantin Kosaczow.
Z kolei spotkanie szefów sztabów sił zbrojnych obu państw, generała Josepha Dunforda i generała Walerija Gierasimowa, było pierwszym na tym poziomie od czasu aneksji Krymu. – Nawet w latach 80. mieliśmy czerwony telefon do rozmów z Rosjanami. Kontakty między wojskowymi, niezależnie od tego, jak trudne są w danym momencie nasze relacje, to coś, co powinniśmy czynić – tłumaczył Dunford. O konkretach niewiele wiadomo. Rosyjskie ministerstwo obrony podało tylko, że „osiągnięto porozumienie o kontynuacji kontaktów” w celu unikania niepotrzebnych incydentów. – Spotkanie nie oznacza zwiększonej kooperacji z Rosją w Syrii czy gdziekolwiek indziej – zastrzegł Dunford.
Gierasimow jest uznawany za autora doktryny wojny hybrydowej przeciwko Zachodowi. Jej założenia sformułował w wystąpieniu z 2013 r., streszczonym przez branżowy „Wojenno-Promyszlennyj Kurjer”. Trudno przypuszczać, by Dunford nie nawiązał w rozmowie do niedawnych działań Rosjan. Choćby do rozmieszczenia – o czym pisał „New York Times” – w europejskiej części Rosji pocisków manewrujących średniego zasięgu, zakazanych przez sowiecko-amerykański traktat z 1987 r. Albo do zauważenia 50 km od bazy wojskowej New London w stanie Connecticut rosyjskiego podwodnego okrętu rozpoznawczego „Wiktor Leonow”, co ujawnił dziennik „USA Today”.
Republikański senator John McCain mówił w Monachium, że Rosja testuje reakcje administracji Trumpa. W tym kontekście, zwracając się do prezydenta Andrzeja Dudy, ostrzegł, że obiektem napięcia może być także nasz kraj. Sprawa pocisków i „Wiktora Leonowa” potwierdza te słowa w kontekście działań militarnych. Do testów politycznych można zaś odnieść sobotni dekret prezydenta Władimira Putina, uznający paszporty i inne dokumenty wydawane przez samozwańcze Doniecką i Ługańską Republiki Ludowe. Ukraińcy oświadczyli, że decyzja legitymizuje separatystów.
„To de facto uznanie nielegalnych organów władzy na ukraińskich terytoriach Donbasu kontrolowanych przez Rosję” – napisało MSZ w Kijowie. W treści dekretu obszary te zostały określone zgodnie z nomenklaturą z porozumień mińskich jako „szczególne rejony obwodów donieckiego i ługańskiego Ukrainy”. Uznanie dokumentów nie oznacza więc formalnego uznania państwowości DRL i ŁRL. Są na to precedensy. Grecja czy Słowacja uznają paszporty Kosowa, nie uznając jego niepodległości. A paszporty Tajwanu są przyjmowane w większej części świata (w dodatku ich posiadacze nie potrzebują wiz nawet do strefy Schengen i USA), choć władze w Tajpej są uznawane jedynie przez 21 małych krajów.