Historia zatoczyła koło. Kraje, które były liderami walki o niwelowanie społecznych nierówności, będą je teraz pogłębiać. I to, o paradoksie, dlatego że część odrzuconych obywateli tych państw ma dość innych, odrzuconych jeszcze bardziej.
O Stanach Zjednoczonych w czasie prezydentury Baracka Obamy można powiedzieć wiele złego. Że były państwem skupionym na sobie, że wymykała im się z rąk rola globalnego policjanta, której od zawsze oczekuje od nich świat, że promocję praw wszelkich mniejszości podnosiły do rangi zdecydowanie za wysokiej, bo czyniły z niej oficjalną politykę państwa. Że były zbyt potulne w stosunku do Rosji, nie reagując w sposób jednoznaczny na aneksję Krymu i wywołanie wojny na wschodzie Ukrainy. Że nie umiały efektywnie rozwiązać problemu wojny domowej w Syrii, wreszcie, że nie zrobiły wszystkiego, by zdusić w zarodku rażące przemocą Państwo Islamskie.
Podobnie można mieć wiele zastrzeżeń do strategicznych deklaracji i działań Wielkiej Brytanii w ostatnich latach. W czasach lewicowego premiera Tony’ego Blaira stała ramię w ramię z USA na straży dobrze pojmowanego ancient regime, w którym liczyły się demokracja, wolność i rządy prawa przy poszanowaniu interesów najsłabszych. Robiła to choćby poprzez aktywne polityczno-militarne wsparcie bushowskiej War on terror (wojna z terroryzmem) prowadzonej po zamachach 11 września – tak już za czasów Davida Camerona zrobiła krok tyle odważny, ile skrajnie ryzykowny. Brexit. Jego ostateczne konsekwencje są dzisiaj nie do przewidzenia.
To Blair i jego Partia Pracy zdecydowali o otwarciu brytyjskiego rynku pracy już w 2004 r. dla emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej, której kraje znalazły się wtedy po latach starań w Unii Europejskiej. Dzisiaj na Wyspach żyje niemal 700 tys. Polaków, a ich liczba rośnie regularnie co roku średnio o co najmniej kilkanaście tysięcy.