W latach 90. śmieliśmy się z leczenia aurą i świecowania uszu metodą Indian Hopi. Dziś płacimy za toksyny, trujące zioła i rytuały, które prowadzą nas na granicę życia i śmierci.
Na zdjęciu widać oczy. Niemal tylko oczy. Granatowe, prawie czarne. Duże i rozgorączkowane. Przerażone. Poza oczami nie ma niemal nic. Tylko rozmyte, białe tło i przylepione do twarzy kosmyki ciemnych włosów. Łucja wie, co się za tym niewyraźnym tłem kryje. Ból oraz niemiłosierne cierpienie. Trzyma zdjęcie w szufladzie. Po to, żeby raz na jakiś czas na nie spojrzeć. I zrozumieć, co sobie robiła.
Cztery lata temu przeżyła zawód miłosny. To wtedy usłyszała, że mogliby być dalej razem, gdyby „coś ze sobą zrobiła”. Na przykład schudła. Jej sześćdziesiąt parę kilo, które przez lata uważała za normalną wagę dla dorosłej kobiety, nagle urosło do niebotycznych rozmiarów. Patrzyła w lustro i zamiast zadbanej 30-latki, widziała zniekształconą osobę. Diety nie wchodziły w grę, bo trwałyby za długo. Na operację żołądka i wszczepienie balonika nie kwalifikowała się. Waga była za niska. Lekarz, który na nią spojrzał, popukał się tylko w głowę. „Z czego chce pani chudnąć?”. Ale potrzebowała czegoś. Wtedy przeczytała w sieci, że najszybciej można schudnąć po mieszance pewnych chińskich ziół.