Reklama
Szef MSWiA Mariusz Błaszczak firmujący ustawę dezubekizacyjną dotyczącą uposażenia funkcjonariuszy policji, którzy zaczęli służbę przed 1990 r., oraz premier Beata Szydło promująca analogiczną, dotyczącą żołnierzy, nie tylko narażają na szwank wiarygodność państwa, lecz także – co ważniejsze – powodują zagrożenie dla jego bezpieczeństwa. Chciałabym wierzyć, że nie robią tego ze złej woli, lecz z nieroztropności. Z nadmiaru politycznego zapału, który każe im się wykazać. I mam nadzieję, że przemyślą jeszcze raz niepożądane skutki, do których ich wzmożenie rewolucyjne doprowadzi.
Z tymi ustawami jest jak z lustracją. Trzeba było je wprowadzić w życie zaraz po transformacji. Odsunąć od życia publicznego kapusi i donosicieli. Popleczników komunistycznej władzy, sędziów drukujących wyroki pod dyktando partyjnych aparatczyków. Zabrać przywileje esbekom, tym wszystkim oprawcom, którzy zrywali paznokcie opozycjonistom, świecili im żarówką w oczy, inwigilowali. Zamykali do więzień, mordowali, gnębili. Nie zrobiono tego z tysiąca przyczyn, których nie będę teraz omawiać. Bo dla wszystkich, których interesuje polityka i historia, są one jasne, choć nie muszą – tak jak ja – zgadzać się z nimi ani ich akceptować.
Bardzo żałuję, że tak się nie stało. Pewnie żylibyśmy w kraju, w którym atmosfera byłaby bardziej przejrzysta niż ta, w której musimy funkcjonować. Ale zostawmy te filozoficzno-historyczne rozważania. Dajmy spokój intencjom, jakimi kieruje się rząd. I zajmijmy skutkami, jakie mogą przynieść proponowane przezeń rozwiązania prawne. Dla obywateli, ale przede wszystkim dla państwa.
Na początek kilka faktów. Oba projekty, które zdaniem rządu mają przynieść „zadośćuczynienie zasadom sprawiedliwości społecznej” obejmują działaniem mundurowych (policjantów, żołnierzy, a także strażaków czy funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu), którzy za czasów PRL choć jeden dzień przesłużyli w którymś z kilkudziesięciu „organów totalitarnego państwa”. I nie chodzi tylko o to, że katalog owych organów jest bardzo szeroki (w jego skład wchodzą m.in. Biuro Rejestracji Cudzoziemców, Inspektorat Operacyjnej Ochrony Elektrowni Jądrowej w Żarnowcu czy Departament PESEL), że obejmuje nawet słuchaczy niektórych szkół (jak ta policyjna w Legionowie). Bardziej poruszający jest fakt, że sankcjami tych dwóch ustaw – a więc obniżeniem świadczeń emerytalnych i rentowych – mają zostać objęci funkcjonariusze, którzy większość kariery spędzili na służeniu wolnej Polsce.
Kilka dni temu na portalu Dziennik.pl opublikowałam rozmowę z inspektorem w stanie spoczynku Wojciechem Majerem, który przez 26 lat pracował jako „atek”, a odszedł na emeryturę ze stanowiska dowódcy Biura Operacji Antyterrorystycznych przy KGP. Opowiadał o kolegach, byłych milicjantach, jak „Krasnal” – Piotr Molak, który był pirotechnikiem i zginął podczas próby rozbrojenia ładunku wybuchowego na stacji benzynowej w Warszawie w 1996 r. O Marianie Szczuckim, który zginął w Magdalence w 2003 r. podczas pacyfikacji gangu „Mutantów”. To Majerowi, jego kolegom i rodzinom poległych funkcjonariuszy mają zostać obcięte świadczenia emerytalne oraz rentowe. Bo byli „oprawcami”? Kogo? Bandytów? A może ich ofiarami?
Ustawa dezubekizacyjna ma objąć ponad 32 tys. osób. Obniżone świadczenia będą dostawać od października 2017 r., a budżet zyska na tym ponad 500 mln zł rocznie. Jeśli chodzi o żołnierzy, to (podaję za portalem Money.pl) obniżeniu ulegnie ponad 8 tys. emerytur wojskowych, ponad 1 tys. wojskowych rent inwalidzkich oraz ok. 3 tys. wojskowych rent rodzinnych. Przewidywane oszczędności mają wynieść ponad 190 mln zł rocznie. Razem: 690 mln zł. To niebagatelna kwota, ale czy faktycznie opłaca się nam wyrzucanie poza nawias społeczeństwa tych kilkudziesięciu tysięcy ludzi, z czego większość stanowią funkcjonariusze świetnie wyszkoleni, mający dużą wiedzę, mogący się przydać państwu? Karanie ich za ich zasługi jest nie tylko niesprawiedliwe, żeby nie napisać wołające o pomstę do nieba. Ale także niebezpieczne. Zagonieni do narożnika mogą być groźni. Zwłaszcza dziś, w sytuacji kiedy wojna hybrydowa toczona przez Rosję nie jest opowieścią ze stronic powieści political fiction, lecz faktem.
Jeden z moich rozmówców opowiada mi o zdarzeniu, które może się wydawać błahe, ale takie nie jest. Na ulicy zaczepia go człowiek, którego zna ze swojego poprzedniego służbowego życia. Uśmiecha się, wyciąga rękę do powitania i zagaja: „Czy mógłby pan... Odpowiada: „Nie mógłbym”. Człowiek uśmiecha się przepraszająco i odchodzi. A wystarczyłoby, by odpowiedział: „Ale co?”, żeby to spotkanie potoczyło się inaczej.
Pozostaje kwestia, ile takich „przypadkowych” spotkań się wydarzy w najbliższej i nieco dalszej perspektywie. I w ilu przypadkach na pytanie – „Czy mógłby pan...?”, odpowiedzią będzie zaciekawienie. Ludzie, których dotyczą owe ustawy, przysięgali. Na konstytucję. Że będą bronić, strzec, że oddadzą życie. I jestem przekonana, że większość z nich traktuje przysięgę serio, bo nawet jeśli ojczyzna ich zawiodła, to oni nie zawiodą ojczyzny. Ale wśród tych kilkudziesięciu tysięcy ludzi mogą się zdarzyć przypadki szczególne. Wyobraźmy sobie mężczyznę (z całym szacunkiem dla kobiet, ale te projekty, także z powodów historycznych, dotyczą głównie mężczyznę), który wybudował dom, zaciągnął zobowiązania, które miał nadzieję spłacać, bo kontrakt z państwem gwarantował mu takie, a nie inne dochody z tytułu przejścia w stan spoczynku. Ma kredyt hipoteczny w wysokości 2 tys. zł, dom trzeba ogrzać, zapełnić lodówkę. Jego apanaże, niech ów hipotetyczny bohater będzie oficerem wyższego stopnia Wojska Polskiego, na emeryturze wynosiły 5 tys. zł. Jeśli wspomniane wyżej ustawy wejdą w życie, dostanie na rękę jakieś 1,5 tys. zł. Przeżyje? Setki tysięcy Polaków dają sobie jakoś radę, więc i on sobie poradzi. Stanie na bramce w dyskotece, zatrudni się w agencji ochrony za 3 zł brutto za godzinę. Ale co się stanie, jeśli zachoruje jego żona albo dziecko? „Czy mógłby pan...?”. I jak wtedy będzie brzmiała odpowiedź?
Jeden z moich rozmówców opowiada mi o ciekawym spotkaniu na głównej ulicy w Warszawie. Podchodzi do niego na przystanku tramwajowym człowiek, twarz znajoma, ale jest podobny do wszystkich: niepozorny, buraczany. Uśmiecha się i mówi: Ożarowscy mają się dobrze i przesyłają pozdrowienia. Ożarowscy to gang, który podobnie jak mokotowscy czy pruszkowscy cieszy się z tego, że gliniarze, którzy dobierali im się do tyłków przez ostatnie ćwierćwiecze, teraz sami mają problemy. Może, na pewno, któryś z nich się złamie. Nie, nie chcę obrazić tych funkcjonariuszy, większość z nich będzie stała jak mur. Ale co będzie, jeśli wyłamie się jeden procent, a nawet pół?
Zastanówmy się nad konsekwencjami. Niech to będzie gliniarz, który brał udział w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej. Miał, jak to się mówi w policyjnym slangu, mnóstwo realizacji. Wprowadzał ludzi do gangów, oni tam są. Ten zna ich twarze i nazwiska. „Czy mógłby pan...?”. „Ale o co chodzi? I za ile?”.
Ale to nie wszystko.
Na margines, także finansowy i społeczny, zostaną wyrzuceni oficerowie służb specjalnych. Takich jak SKW czy ABW, goście, którzy zaczęli pracę niemal jako małoletni w służbach podczepionych dziś pod SB, którzy przeszli potem do Urzędu Ochrony Państwa, a dalej do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I znów podkreślę: Polska im uwierzyła, powierzyła tajemnice, dała plenipotencje, żeby jej strzegli. A teraz daje im kopa.
Wyobraźmy sobie dowolnego dowódcę którejś z tych formacji, oficera, który przez niemal trzy dekady służył i planował. Zna taktykę, strategię, wie, w jaki sposób będą przerzucane siły i środki. Współpracował z międzynarodowymi służbami, zna ich dowódców, sposób ich myślenia. Wie, gdzie mieszkają i gdzie piją, jakie lubią dziewczyny i gdzie ich szukają. Nie chcę obrazić tych wszystkich mundurowych, dla których słowa przysięgi są motorem, który napędza ich życie. Ja tylko zwracam uwagę na zagrożenia.
Jest ich więcej.
Te ustawy to nie tylko pognębienie materialne kilkudziesięciu tysięcy osób oraz ich rodzin. To także cios zadany ich psychice. I godności. – Zabierają nam pieniądze i obrażają. Nie jesteśmy gnojami, oprawcami, tylko wojownikami, którzy poświęcili życie dla ojczyzny, która teraz nas się wyrzeka – mówi inny z moich rozmówców. A kolejny – tak, ze służb – zwraca uwagę, że po Polsce, podobnie jak wcześniej po Ukrainie, chodzą „zielone ludziki”. Mają do dyspozycji nie tylko walizki wypchane pieniędzmi, ale przede wszystkim worki współczucia na plecach. „Tak cię skrzywdzili, tak się z tobą źle obeszli, ja ci pomogę...”.
Pod koniec ubiegłego roku w komendach policji w Polsce odbywał się podobny rytuał. Żeby nie powiedzieć – czarna msza. Na dywanik do swojego przełożonego byli wzywani oficerowie pełniący dowódcze funkcje. Komunikat, jaki im zaserwowano, był dobitny: już nie jesteście potrzebni. To nowy komendant Zbigniew Maj wycinał swoich i cuszych z listy. Maja już dawno nie ma, ale rzeź trwa. Kolejni gliniarze słyszą: albo piszecie prośbę o zwolnienie (jeśli tak, to dostaniecie w ostatnim okresie służby przeszeregowanie do wyższej grupy i maksymalne dodatki, które podniosą waszą emeryturę), albo będzie z wami bardzo źle. I pisali, choć wcześniej nawet przez myśl im nie przeszło, żeby pójść na emeryturę.
Wbrew temu, co się mówi, policjanci są ludźmi, którzy nie widzą świata poza pracą. Podobnie wojskowi. – Nie chciałem iść na emeryturę, ale mi wytłumaczono, że jeśli będę się upierał, to pożałuję – wspomina jeden z oficerów. Przypomniano mu sprawę pewnego podinspektora, którego wywalono na Kolską w Warszawie, by pijaków woził (na tej ulicy mieściła się izba wytrzeźwień). I drugą, kiedy inspektora z kryminalnej przeniesiono do innego miasta i zrobiono z niego krawężnika. Więc się zgodził, ale jest wściekły, żałuje i myśli nad zemstą. Na przełożonych, którzy w ten sposób go potraktowali po latach służby. Na państwie, które nie potrafi uszanować swoich obrońców. I na społeczeństwie, które aprobuje tych łazików wypisujących na murach CHWDP, nagrywających na smartfony każdego funkcjonariusza, który podejmie interwencję, a niemających pojęcia, co by się mogło stać, gdyby tych oficerów zabrakło. Albo gdyby się odwrócili.
Zdaję sobie sprawę, że narażam się na krytykę. Na oskarżenia, że idę na pasku ludzi ze służb, tych wszystkich krwawych esbeków. I, proszę o wybaczenie, ale mam to w poważaniu. Umowa to umowa. Zwłaszcza jeśli gwarantuje ją państwo. Kiedy ono ją zrywa, musi się liczyć z tym, że obywatele także poczują się z niej zwolnieni. Nie tylko policjanci, nie tylko żołnierze, nie tylko strażacy i BOR-owcy. Także zwykli zjadacze chleba, przed którymi nikt nie rozciąga czerwonych dywanów, jak przed oficjelami, którzy mają dziś swoje pięć minut. I nie zdają sobie sprawy, że ich czas może się skończyć wcześniej, niż zakładali. Bo taka będzie sytuacja nie w Polsce, ale na świecie. I ratunek nas wszystkich będzie leżał w ludziach, których wykluczyli. Którzy na pytanie „Czy mógłby pan...?” mają tylko jedną odpowiedź.
PS. Mówi, że następni w kolejce są ci z ABW. Ma ich polecieć ok. 600.