Test był. Wynik zaginął. A sanepid nie zrobił nic, by namierzyć chorego ucznia

koronawirus
koronawirusShutterStock
12 października 2020

Rodzice komercyjnie badają dzieci na obecność koronawirusa.

Takie badania często dają wynik pozytywny. Szkoła informuje wówczas sanepid. Ale dalej nie dzieje się nic.

– Kilka razy dzwoniłem do sanepidu. Ostatnio wczoraj. Usłyszałem, że nie mają zgłoszenia o wyniku takiej osoby – mówi dyrektor warszawskiego liceum, które od początku roku szkolnego już kilka razy mierzyło się z koronawirusem wśród uczniów.

Tym razem wymaz wykonano prywatnie pod koniec września. Jak deklarują rodzice, gdy przyszedł wynik, podczas porady telefonicznej lekarz zlecił izolację i powiedział, że wysyła zgłoszenie do sanepidu. Od tamtej pory minęło przeszło 10 dni. Tyle, ile trwać powinna kwarantanna. Powinna, gdyż jej nie wprowadzono. Pozostali rodzice postanowili zatrzymać w tym czasie dzieci w domach. Szkoła uznała jednak to za nieobecność, która musi zostać usprawiedliwiona.

– Kluczowe jest pytanie, czy informacja o komercyjnym badaniu trafiła do sanepidu. Bo szkoła jakiekolwiek decyzje może podejmować wyłącznie w porozumieniu właśnie z sanepidem – tłumaczy dyrektor liceum.

Potwierdza to Anna Ostrowska, rzeczniczka MEN. – Dopiero zgoda organu prowadzącego oraz pozytywna opinia państwowego powiatowego inspektora sanitarnego pozwala dyrektorowi zawiesić zajęcia, co skutkuje możliwością wprowadzenia nauki zdalnej. W przypadku stwierdzenia zakażenia u uczniów powiatowy inspektor przeprowadza dochodzenie epidemiologiczne, którego celem jest ustalenie kręgu osób narażonych. Gdy jeden z uczniów zachoruje na COVID-19, kwarantannie będą musieli poddać się pozostali uczniowie z tej klasy – mówi. – Rodzice ucznia powinni więc niezwłocznie powiadomić szkołę, gdy otrzymają dodatni wynik badania. Informację o każdym przypadku zakażenia otrzymuje również (z laboratorium/od lekarza) państwowy powiatowy inspektor sanitarny. Kontaktuje się on z rodzicami, a następnie ze szkołą.

Co więc poszło nie tak w tym przypadku? Dodatni wynik badania wykonanego przez jedno z 202 laboratoriów znajdujących się na liście MZ trafia do wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej i tam, na podstawie adresu osoby testowanej, przekazywane jest do stacji powiatowej właściwej dla miejsca zamieszkania pacjenta. Tu jest potencjalne pierwsze wąskie gardło. – Zgłoszeń przybywa lawinowo, także ze względu na rosnącą liczbę testów komercyjnych. Warszawa się zatyka. To może spowodować dwa, nawet trzy dni opóźnienia, zanim ktoś z sanepidu się odezwie – słyszymy nieoficjalnie w WSSE.

Na inne przyczyny wskazuje Jan Bondar, rzecznik głównego inspektora sanitarnego. – Nie wszystkie laboratoria wywiązują się z obowiązku niezwłocznego informowania sanepidu – mówi. – Gdy test zleca lekarz POZ, informacja o wyniku zostaje wprowadzona do systemu. Jest widoczna dla medyka w gabinet.gov.pl oraz w systemie EWP dostępnym dla wojewódzkich i powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych. Testy robione komercyjnie tam nie trafiają. Są raportowane, ale inną drogą, co wydłuża czas reakcji sanepidu. Problem z nimi jest też taki, że przy wyniku nie zawsze są pełne dane badanego i trzeba angażować np. policję, by pomogła do niego dotrzeć.

W Krajowej Izbie Diagnostów Laboratoryjnych słyszymy, że komercyjna oferta budzi rosnące wątpliwości. Na przykład opcja, by klient sam sobie pobrał wymaz z nosogardzieli zestawem zamówionym online. Taka opcja kusi ceną (ok. 250 zł), bo jest tańsza, nawet o połowę, od rozwiązania, gdy wymaz pobiera pielęgniarka. Tylko skąd pacjent ma wiedzieć, jak posługiwać się wymazówką?

Beata Wiśniewska, dyrektor w jednym z prywatnych centrów medycznych przekonuje, że jej placówka współpracuje z laboratorium z listy MZ. Nie zgadza się z zarzutami, że wina jest po stronie komercyjnych zleceń. – Laboratorium wysyła informację do sanepidu o dodatnim wyniku, również nas informuje w trybie alarmowym. Sygnał trafia do lekarza dyżurnego, który kontaktuje się z pacjentem. Wypełnia też druk ZLK 1, co jest wymogiem ustawy o przeciwdziałaniu chorobom zakaźnym (mamy na to 24 godziny). Pielęgniarka epidemiologiczna wysyła następnie zgłoszenie na konkretny adres e-mailowy do sanepidu – wylicza. Odbija piłeczkę, przekonując, że to do centrum medycznego docierają sygnały od pacjentów, że choć wyniki już znają, z sanepidu nikt się nie odezwał. – Ale faktem też jest, że wyników alarmowych przybywa. W wakacje niemal ich nie było. Teraz to ok. 15 dziennie. A w sanepidzie pracują ludzie, nie roboty… 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.