Pies z mikrochipem, krowa z numerem identyfikacyjnym i koń z lokalizatorem GPS pozostawiają dziś więcej danych niż wielu ludzi. W świetle prawa europejskiego nie są jednak podmiotami ochrony danych osobowych. Paradoks polega na tym, że informacje o zwierzętach bardzo często prowadzą bezpośrednio do ich właścicieli.
Miasto budzi się powoli, jakby chciało jeszcze przez chwilę zatrzymać ciszę poranka. Na chodniku przyciemnionym nocnym deszczem widać znajomy obraz: człowiek i pies. Zwierzę biegnie kilka kroków przed właścicielem, zatrzymuje się przy krzakach, nasłuchuje, po chwili rusza dalej. Dla przechodnia to jeden z tych widoków, które w europejskich miastach powtarzają się każdego dnia, aż w końcu stapiają się z rytmem codzienności.
Na obroży psa niewielkie urządzenie wysyła co kilka sekund sygnał GPS. Pod skórą znajduje się mikrochip, numer zapisany w europejskim rejestrze. W domu, który opuścili kilka minut wcześniej, kamera monitoringu rejestruje spokojny obraz pustego podwórza. W telefonie właściciela pojawiają się fotografie ze spacerów, opatrzone datą i lokalizacją. W komputerze pobliskiej kliniki weterynaryjnej istnieje już kartoteka jego życia: szczepienia, wizyty, diagnozy.
Pies nic o tym nie wie. Biegnie dalej, zatrzymuje się przy krawędzi trawnika, przez chwilę patrzy w stronę ulicy. Za nim zostają jedynie drobne ślady: numer, współrzędne, zapis w bazie danych.
Prawo, które zna tylko człowieka
Prawo bywa bardziej jednoznaczne niż intuicja. W art. 4 ust. 1 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679, czyli ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO), zapisano definicję, od której zaczyna się cały system ochrony danych osobowych. Dane osobowe to informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej.
W tym jednym zdaniu ukryta jest granica, której współczesne technologie nie zdołały jeszcze przesunąć.
Osobą fizyczną pozostaje człowiek. Nie pies ze spaceru. Nie kot obserwujący ruch uliczny z parapetu. Nie krowa stojąca spokojnie na pastwisku. Zwierzę może być oznaczone numerem, opisane w rejestrze, wpisane do systemu identyfikacji, lecz w świetle prawa ochrony danych nie staje się przez to podmiotem danych osobowych.
Dlatego zwierzęta nie korzystają z praw, które RODO przyznaje ludziom. Nie mogą żądać dostępu do informacji na swój temat. Nie mogą domagać się sprostowania danych ani ich usunięcia. Nie istnieje procedura, dzięki której pies mógłby zażądać zapomnienia swojego numeru mikrochipu.
System ochrony danych osobowych został stworzony dla społeczeństwa ludzi. Zwierzęta pojawiają się w nim jedynie na marginesie, jako element świata, który człowiek opisuje, rejestruje i porządkuje.
Numer zwierzęcia, dane człowieka
Na tym jednak sprawa się nie kończy. Choć RODO nie dotyczy zwierząt wprost, bardzo często pojawia się tam, gdzie pojawiają się zwierzęta. Informacje o zwierzęciu prawie zawsze prowadzą bowiem do człowieka.
Wystarczy spojrzeć na rejestry mikrochipów psów. Numer zapisany pod skórą zwierzęcia nie istnieje w próżni. W bazie danych towarzyszą mu imię właściciela, adres zamieszkania, czasem także numer telefonu. Podobnie wygląda dokumentacja weterynaryjna, w której historia chorób zwierzęcia splata się z danymi osoby odpowiedzialnej za jego leczenie.
W rejestrach hodowców czy w systemach identyfikacji bydła informacje o zwierzętach pozwalają ustalić gospodarstwo, skalę produkcji, a często także konkretną osobę prowadzącą działalność. Liczba zwierząt, ich rasa, sposób oznaczenia i rejestracji układają się w obraz znacznie szerszy niż sama zoologia.
Również współczesne technologie dodają do tej układanki kolejne elementy. Obroże z lokalizatorem GPS, aplikacje śledzące aktywność zwierząt czy cyfrowe systemy zarządzania stadami tworzą sieć danych, która opisuje nie tylko ruch psa czy krowy na pastwisku, lecz także przestrzeń życia człowieka.
Pojawia się więc pewien paradoks. Zwierzę nie jest podmiotem danych osobowych, lecz bardzo często staje się ich nośnikiem.
C-582/14 Breyer
Europejskie prawo bywa zaskakujące. Jedna z najważniejszych zasad ochrony danych osobowych została wyraźnie sformułowana w sprawie dotyczącej technologii internetowych.
Patrick Breyer zakwestionował praktykę przechowywania przez administrację publiczną dynamicznych adresów IP użytkowników odwiedzających strony rządowe. Spór trafił przed Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który w wyroku z 19 października 2016 r. w sprawie C-582/14 Breyer przeciwko Bundesrepublik Deutschland uznał, że informacja może zostać uznana za dane osobowe również wtedy, gdy identyfikacja osoby jest możliwa pośrednio.
Wystarczy, że istnieje realistyczna możliwość powiązania danej informacji z konkretną osobą fizyczną.
W tym miejscu prawo zaczyna interesować się także światem zwierząt. Numer mikrochipu psa, identyfikacyjny numer bydła zapisany na kolczyku w uchu czy dane z obroży GPS śledzącej ruch zwierzęcia na pastwisku same w sobie są jedynie ciągiem cyfr. Jednak w odpowiedniej bazie danych prowadzą niemal zawsze do człowieka.
A czasem najkrótszą drogą do ustalenia człowieka okazuje się numer zapisany w skórze psa albo na uchu spokojnie przeżuwającej krowy.
C-434/16 Nowak
Kilka lat później Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej otrzymał pytanie, które na pierwszy rzut oka wydawało się niemal szkolne. Irlandzki student prawa Peter Nowak uznał, że jego arkusz egzaminacyjny powinien zostać uznany za dane osobowe.
Spór dotarł do Luksemburga, gdzie Trybunał w wyroku z 20 grudnia 2017 r. w sprawie C-434/16 Nowak przeciwko Data Protection Commissioner stwierdził, że informacja może być uznana za dane osobowe, jeżeli dotyczy osoby, opisuje ją albo pozwala ją ocenić.
Nie musi to być fotografia ani numer identyfikacyjny. Wystarczy, że informacja odsłania fragment ludzkiej biografii lub pozwala ocenić działania konkretnej osoby.
Ta logika okazuje się zaskakująco użyteczna również tam, gdzie pojawiają się zwierzęta. Informacje o stadzie bydła, o liczbie koni w stajni czy o rasowych psach w hodowli rzadko pozostają neutralne. Mówią coś o skali działalności, o charakterze gospodarstwa, a czasem także o sytuacji ekonomicznej właściciela.
W tym sensie dane o zwierzętach bywają czymś więcej niż tylko opisem zwierzęcego życia. Stają się pośrednim portretem człowieka.
C-212/13 Ryneš
Niektóre sprawy przed Trybunałem zaczynają się bardzo prozaicznie. Tak było w przypadku czeskiego obywatela Františka Ryneša. Po serii włamań do jego domu zainstalował kamerę monitoringu skierowaną na wejście do budynku. Kamera obejmowała jednak także fragment ulicy.
Sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości UE, który w wyroku z 11 grudnia 2014 r. w sprawie C-212/13 Ryneš przeciwko Úřad pro ochranu osobních údajů wyjaśnił, że monitoring obejmujący przestrzeń publiczną podlega przepisom o ochronie danych osobowych.
Ta logika ma swoje konsekwencje także poza miastem. Kamery instalowane przy gospodarstwach, stajniach czy hodowlach często mają pilnować zwierząt. W kadrze pojawiają się jednak nie tylko krowy, konie czy psy. Pojawiają się także sąsiedzi, przechodnie, czasem listonosz lub dostawca paszy.
Monitoring zwierząt zaczyna w ten sposób niepostrzeżenie przekształcać się w monitoring przestrzeni społecznej.
Granica prawa
Europejskie prawo nie jest wobec zwierząt obojętne. W art. 13 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej zapisano zdanie, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu brzmiałoby niemal egzotycznie: zwierzęta są istotami zdolnymi do odczuwania.
To jedno zdanie stało się podstawą całego systemu ochrony dobrostanu zwierząt. Określa warunki hodowli, transportu i uboju. Zobowiązuje państwa oraz instytucje europejskie do uwzględniania zwierzęcego cierpienia.
Granica pojawia się jednak tam, gdzie zaczyna się prawo prywatności. W świecie ochrony danych osobowych zwierzęta nie stają się podmiotami prawa. Nie posiadają danych osobowych i nie mogą korzystać z praw przewidzianych w RODO.
Na końcu smyczy
Poranny spacer trwa dalej. Pies zatrzymuje się jeszcze raz przy krawędzi trawnika, po czym rusza w stronę następnej ulicy. W jego skórze zapisany jest numer mikrochipu. Na obroży działa niewielki lokalizator GPS. W komputerze weterynarza istnieje cyfrowa historia wizyt, szczepień i diagnoz.
Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że wszystko to należy do psa. W sensie prawnym jest jednak inaczej. Informacje zapisane przy jego numerze prowadzą ostatecznie do człowieka, który trzyma koniec smyczy i którego nazwisko widnieje w rejestrze.
Zwierzę pozostaje poza europejskim systemem ochrony danych. Ale bardzo często to właśnie ono prowadzi prawo prosto do człowieka.
Piotr Biegasiewicz – prawnik, ekonomista i publicysta, zajmujący się cenami transferowymi oraz zagadnieniami z pogranicza prawa i finansów. Autor publikacji m.in. w „Berliner Zeitung”, „Junge Welt” i „Toposie".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu