Ostatnie lata to czas, gdy w Polsce tematyka sądownictwa krajowego, ale też i międzynarodowego, „trafiła pod strzechy”. Niespełna 9 lat temu, gdy w mediach ujawniałem rąbek sądowej kuchni, wywołało to pewne zaciekawienie opinii publicznej. Niektórym uświadomiło, dlaczego jest tak (źle), jak jest w polskim sądownictwie.
To nie była jakaś wiedza tajemna, większość sędziów zdawała sobie doskonale sprawę z tego, w jak absurdalnie skonstruowanym systemie funkcjonuje i - parafrazując znany cytat Stefana Kisielewskiego (którego nie wypada tu przytoczyć; kto chce, znajdzie) - potrafiła się w nim całkiem nieźle urządzić. Również spora liczba przedstawicieli innych profesji prawniczych zdawała sobie sprawę z tych patologii, ale i oni starali się w tym wszystkim jakoś urządzać: w końcu innych sądów w Polsce nie ma, a żyć trzeba. Przeciętny jednak obywatel widział tylko objawy i narastał w nim opór wobec efektów tych obserwacji. Te efekty funkcjonowania wadliwego systemu, na którego konstrukcję przecież większego wpływu ani ja, ani inni szeregowi sędziowie nie mieliśmy, doprowadziły do powszechnego oczekiwania gruntownej reformy sądownictwa. Między innymi na fali tego niezadowolenia Zjednoczona Prawica osiągnęła sukces wyborczy i od 2015 r. wygrywa kolejne wybory. Nie jest moją rzeczą recenzowanie tego, co się udało, a czego i z jakich przyczyn nie udało się dokonać, zwłaszcza że przez blisko 4 lata brałem czynny udział w tym dziele. Tu wystarczy konstatacja, że oczekiwanie (takiej czy innej) reformy sądownictwa nadal jest oczekiwaniem większości głosujących Polaków i tego żadna partia polityczna na dłuższą metę nie może zignorować.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.