Korporacje mają furtkę do sprzedawania na terenie placówek oświatowych napojów słodzonych sokiem zagęszczonym na podstawie § 1 ust. 1 punkt 17. rozporządzenia sklepikowego. To dowodzi, że jak produktu spożywczego nie posłodzimy kostką czy łyżeczką cukru, nikt już nie wnika, ile naprawdę zawiera on cukru – mówi adwokat Jan Karsznicki, ekspert prawny Instytutu Rozwoju Spraw Społecznych.
Przygląda się pan bacznie rozporządzeniu Ministerstwa Zdrowia dotyczącemu żywienia dzieci i młodzieży, czyli tak zwanemu rozporządzeniu sklepikowemu. Jak pan ocenia zmiany, które po wielu trudach zostały przyjęte?
Samo rozporządzenie sklepikowe co do zasady jest dobrym kierunkiem legislacyjnym. Aż dziw bierze, że dopiero w 2015 roku pojawił się pomysł uregulowania kwestii żywieniowych w placówkach oświatowych. Po wielu latach mamy nowe rozporządzenie sklepikowe obowiązujące od 1 września 2026 r. Pozytywnie oceniam kierunek zmian. Przede wszystkim zniknęła kategoria „wytrych”, czyli „inne” produkty, które po spełnieniu określonych limitów zawartości podstawowych składników odżywczych i chemicznych, mogły być sprzedawane bez względu na ich charakter. Teraz te limity odnoszą się wyłącznie do pozostałych kategorii typu: pieczywo półcukiernicze, cukiernicze, bezglutenowe, produkty mleczne, jogurty, kefiry, produkty zbożowe czy napoje roślinne. Jeżeli chce się je sprzedawać, to będą musiały zawierać prawie o połowę mniej cukru niż w poprzedniej wersji rozporządzenia, a także trzymać się ścisłych limitów określonych dla innych niezdrowych substancji i składników takich jak tłuszcz czy sód itd. Nowe rozporządzenie to także dobry kierunek zmian w diecie oferowanej w stołówkach jednostek systemu oświaty. Ma być ona przyjazna dla planety, opierać się na warzywach, zwierać mniej produktów mięsnych.
Wcześniej jednak pan alarmował o pewnej luce, która została niezauważona przez legislatora albo zauważona i świadomie zignorowana.
I ta luka niestety pozostała. Wśród różnych grup produktów znajduje się przepis dopuszczający sprzedaż tzw. napojów bez dodatku cukru i substancji słodzących. To są inne napoje niż te, które określone zostały w osobnych kategoriach. Wśród nich mamy naturalną wodę mineralną, wodę źródlaną, soki owocowe, warzywne, owocowo-warzywne, przeciery, musy, koktajle owocowe na bazie mleka. A oprócz tego jest właśnie ta szeroka kategoria dodatkowa - napoje bez dodatku cukru i substancji słodzących, które zdefiniowane zostały w rozporządzeniu unijnym w sprawie dodatków do żywności 1363/2008. Określono tam, że żywnością bez dodatku cukru oznacza się żywność bez żadnego dodatku monosacharydów lub disacharydów i żadnego dodatku środków spożywczych zawierających monosacharydy lub disacharydy stosowanych ze względu na swoje właściwości słodzące. Mamy więc mnóstwo napojów, które będą podpadać pod tę kategorię, na przykład napoje owocowe, herbaty na zimno. One bezpośrednio nie mają dodatku cukru, ale cukier występuje naturalnie w sokach owocowych, którymi są słodzone. Bardzo trudno jest udowodnić, że dodatek środków spożywczych, najczęściej zagęszczone soki owocowe, został użyty przez producenta ze względu na właściwości słodzące.
W szkołach nadal uczniowie kupią słodkie napoje słodzone zamiast cukru tanim, zagęszczonym, najczęściej sokiem jabłkowym
Czyli w praktyce utrzymano możliwość sprzedawania słodkich napojów w szkołach, tylko słodzonych nie cukrem, lecz zagęszczonymi sokami owocowymi?
Tak. I w tej sprawie w czasie parlamentarnego zespołu do spraw matki i dziecka rozmawiałem z przedstawicielami Ministerstwa Zdrowia, którzy byli zaangażowani w proces legislacyjny dotyczący tego rozporządzenia. Przyznali, że w ogóle nie poddawali przepisu analizie pod kątem tej „furtki”. Później Ministerstwo Zdrowia w odpowiedzi na liczne interpelacje poselskie próbowało argumentować, że skoro dopuszczamy soki owocowe 100 procentowe, to dlaczego nie możemy dopuścić napojów, czyli na przykład wody, która zawiera 20-30 proc. soku. Jest to średnio trafiony argument, bo w napojach słodzonych zagęszczonym sokiem, stanowi on zamiennik cukru.
Poza tym sok 100 procentowy spożywamy zamiast rekomendowanej dziennej dawki owoców, ma on też więcej witamin i zazwyczaj nie jest zagęszczonym sokiem owocowym, który traci pierwotne walory.
Zgadza się. Natomiast sok zagęszczony, którym słodzi się wodę, nie ma żadnych walorów poza cukrem. Nie rywalizuje więc, tak jak sok 100 procentowy, z dzienną dawką owoców, tylko bezpośrednio rywalizuje z wodą, która jest najlepszym wyborem do picia. Rozporządzenie sklepikowe zostawiając tę kategorię produktów, nie chroni dzieci przed ukrytą konsumpcją cukru i nie buduje prawidłowych nawyków żywieniowych. Powinno się utrzymać w nim przepis tylko o sokach 100 procentowych lub czystej wodzie, eliminując napoje typu woda z dodatkiem soku, czyli te „inne” napoje bez dodatku cukru i substancji słodzących. One tylko udają produkty zdrowe. Często nazywają się „water”, woda smakowa, tworząc błędne przeświadczenie u dzieci, że piją coś zdrowego. Ewentualnie różne „water” i napoje owocowe mogłyby być sprzedawane dzieciom i młodzieży pod warunkiem, że nie zawierają cukru „więcej niż”. Wtedy byłaby informacja, ile mogą zawierać maksymalnie gram cukru. Woda z dodatkiem aromatu truskawki kusi dzieci.
Bardzo słodkie napoje „bez dodatku cukru”
A co mówią przepisy unijne o napojach bez dodatku cukrów?
Rozporządzenie unijne, 1924/2006 w sprawie dopuszczalnych oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych dotyczących żywności mówi, że jeżeli produkt ma napis „bez dodatku cukrów” to oświadczenie to może być stosowane tylko wówczas, gdy nie zawiera żadnych dodanych cukrów prostych lub innych środków spożywczych zawierających te cukry, ale stosowane ze względu na ich właściwości słodzące.
Jak wspomniałem, trudno udowodnić intencję producenta, ale jeżeli cukry występują naturalnie w środku spożywczym, czyli na przykład w soku, to na etykiecie powinna się znaleźć informacja, że zawiera naturalnie występujące cukry. Tymczasem na produktach, o których mówimy, bardzo wielkimi literami jest napisane „bez dodatku cukru”, a informację, że „zawiera naturalnie występujące cukry” znajdziemy dopiero przy dokładnej lekturze składu. Producenci więc świadomie wykorzystują ignorancję, szczególnie dzieci. W praktyce doprowadzają do tego, że w szkołach są napoje, które mają 5 mg cukru na 100 ml.
To dość sporo, tak naprawdę połowa zawartości cukru, która występuje w Coca-Coli…
No właśnie. Dlatego z jednej strony cieszy mnie dbanie, aby dieta była zdrowsza dla dzieci bardziej zbilansowana. Ale ta jedna kategoria umknęła prawodawcom. Życzyłbym sobie, żeby Ministerstwo Zdrowia zauważyło ten problem i znowelizowało rozporządzenie na przyszły rok szkolny. Ale obawiam się, że możemy utknąć z tym przepisem na kolejne lata.
Napoje przygotowywane w stołówce traktowane bardziej restrykcyjnie
Jest jeszcze osobna kategoria napojów, czyli napoje przygotowywane na miejscu.
Tak. Paragraf pierwszy, ustęp pierwszy, punkt szesnasty. Napoje przygotowywane na miejscu, które zawierają nie więcej niż pięć gramów cukrów dodanych w 250 mililitrach produktu gotowego do spożycia. Czyli dopuszczalne są dwa gramy cukru na 100 mililitrów.
To bardzo mało w porównaniu z „innymi napojami bez dodatku cukrów i substancji słodzących”.
Tak, bo one de facto nie mają limitu, przecież są słodzone sokiem, który ma naturalnie występujące cukry. Jeśli dolejemy dużo soku albo soku z owocu, który jest naturalnie bardzo słodki, zawartość cukru w napoju będzie bardzo wysoka. W praktyce ta zawartość stabilizuje się na poziomie około pięciu gramów cukrów na 100 mililitrów.
Dlaczego tak się dzieje? Trudno nie odnieść wrażania, że legislator daje fory korporacjom, a panie w stołówce, które przygotują pyszny koktajl owocowy może rygorystycznie skontrolować sanepid…
Dzieje się tak, dlatego, że napój słodzony sokiem owocowym nie przekraczający pięciu gramów jest całkowicie zwolniony z opłaty cukrowej. Jakby przekroczył pięć gramów, producent musiałby już płacić opłatę cukrową, co prawda tylko proporcjonalną, a nie stałą, ale jednak by płacił. Producenci napojów dodają więc zagęszczony sok pod ten limit. Soki jabłkowe 100 procentowe zawierają około 12 gramów cukru na 100 mililitrów. Wody rozcieńczane sokami dla walorów słodzeniowych, a nie żadnych innych, trzymają się limitu pięciu gramów, który jest znacznie wyższy niż dla napojów przygotowywanych na miejscu.
Patrząc szerzej na rozporządzenie sklepikowe, obawiam, że te wszystkie kasze, strączki, cały błonnik w diecie dzieci i młodzieży, którego obecność jest bardzo słuszna, będzie lądował w koszu na śmieci, a dzieci będą chodziły głodne. Mają swoje przyzwyczajenia jedzeniowe, a nie było okresu przejściowego, aby mogły się powoli przestawić na zmianę nawyków. Wiele z nich ma naturalną neofiobię żywieniową oraz podjada byle co poza stołówką. Już są doniesienia o pełnych jedzenia śmietnikach szkolnych. Zastanawia mnie też, kto te wszystkie gramatury będzie sprawdzał, żeby rozporządzenie było czynne, a nie martwe.
Byłem na parlamentarnym zespole do spraw otyłości, gdzie byli także obecni przedstawiciele poszczególnych szkół. Zaskoczyło mnie, jak bardzo niektóre placówki są zaangażowane w ułożenie jadłospisu tak, żeby był interesujący, przebadany i sprawdzony. Są więc szkoły, które są na rozporządzenie gotowe i chcą dzielić się z innymi placówkami swoim doświadczeniem. Ale zdaję sobie sprawę, że spora część szkół będzie miała olbrzymi problem z przygotowaniem się na obowiązywanie nowych przepisów. A nawet, jak im się to uda, jest zupełnie inną kwestią, czy dieta planetarna podpasuje dzieciom. Trzeba obserwować, jaki w praktyce wpływ na dzieci będą miały zmiany prawne. I czy nie będzie tak, że będą rezygnować z żywienia w stołówkach na rzecz popularnej sieci sklepów, obecnych niemal przy każdej szkole.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu