Autopromocja

Walencik: Zwierzęta zawładnęły naszym domem. W jednym łóżku była rysica Sonia, dzik Kubuś, kuna Figa [WYWIAD]

Bożena Walencik, fotograf i filmowiec, autorka cyklu przyrodniczych filmów fabularnych „Saga prastarej puszczy” (2007 r.). Na zdjęciu z rysicą Sonią
Bożena Walencik, fotograf i filmowiec, autorka cyklu przyrodniczych filmów fabularnych „Saga prastarej puszczy” (2007 r.). Na zdjęciu z rysicą SoniąMedia
24 grudnia 2019

Możemy oczywiście patrzeć na naturę jako na jedną wielką, kokietującą nas całość, ale to guzik prawda.

Nie da się inaczej zacząć: zwierzęta, oczywiście, mówią ludzkim głosem?

Akurat sójka Kasia gadała ludzkim głosem.

Sójka?

Naprawdę. Kiedy tylko wychodziłam na werandę, to ona już wiedziała, że będę wołała męża i krzyczała: „Jasiek! Jasiek!”.

To niemożliwe.

Tak było. Wołała tak wyraźnie, że wiedziałem, że o mnie chodzi. Któregoś roku pojechaliśmy kręcić film do ogrodu zoologicznego w Ranua w Finlandii. Kiedy przechodziliśmy koło woliery z krukami, jeden z nich niesłychanie wyraźnie zakrzyczał: „Jaska!”. Spytałem fińskiej pracownicy ogrodu, co on mówi. „Nic, Jaska się przedstawia. On ma tak na imię”.

Przepraszam, ale coś mnie chyba ominęło. Wszystkie zwierzęta tak gadają?

Nie, ale komunikowały się z nami tak, że wiedzieliśmy, o co im chodzi.

Ech, my zawsze chcemy naszych pobratymców – nie lubię określenia bracia mniejsi – porównywać do nas. A właściwie czemu nikt nie powie: „Jest Wigilia, mówię wilczym albo żubrzym głosem”?

Mieli państwo zwierząt bez liku.

Zawładnęły naszym domem. Często było tak, że wchodzimy do sypialni i okazuje się, że w łóżku nie ma już dla nas miejsca.

Żartuje pani.

Nie. W jednym łóżku była rysica Sonia, dzik Kubuś, kuna Figa, dwa koty, no i nasz jamnik Sorek, który tym towarzystwem dowodził.

Mieli państwo tak małą siłę perswazji?

Dzik, jak był mały, to spał w kuchni, ale potem się zbuntował i doszło do tego, że Kuba jeździł z psem i ze mną do sklepu na zakupy. Nie opuszczał mnie ani na krok.

Kuba jeździł na zdjęcia telewizyjną toyotą, siedział na kolanach, a przez okno wystawał tylko wielki ryj dzika.

Umrzemy przy państwu ze śmiechu.

Jak racice były już zbyt duże i nie mógł jeździć na kolanach, to trzeba było mu przysposobić przyczepkę wyścielaną siankiem, ze specjalnym trapem do wchodzenia.

Pani chodziła z nim po mieście jak Kazimierz Pawlak z malowaną świnią po lesie?

Kuba był niezwykle inteligentnym zwierzęciem.

I przyzwyczajonym do podróżowania samochodem, bo jak przewoziłem pierwszy raz trzy wilki, to wszystkie mi całe auto zarzygały, jeden po drugim.

A pan z nimi na przejażdżkę się wybierał?

Nie, trzeba było je przewieźć z woliery do lasu, gdzie mieliśmy je filmować.

Zaraz, od początku. Jak tyle zwierząt wzięło się w państwa domu?

Do serialu „Saga prastarej puszczy” założyliśmy ogromną hodowlę, to szło w tysiące osobników.

Tysiące?

Jeśli liczyć mrówki…

Mrówki?

Na potrzeby filmu mieliśmy swoje mrówki, kilka rodzin, klanów. Całe studio było zastawione wielkimi formikariami, w których sobie żyły.

I mnóstwo nornic, które są bardzo płochliwe. Widział pan kiedyś nornicę w lesie?

W życiu, nawet nie bardzo wiem, jak ta nornica wygląda.

A pański syn wie.

ignacy mazurek: Tato, to taki mały gryzoń, tu popatrz.

Zgadza się.

O, już widzę, taka mysz.

Odcinek o nornicy zaczynał się tak: „Jestem nornicą. Nie, nie myszą, nornicą. Nornica wszystko ma mniejsze”.

Poddaję się, nawet mój syn się ze mnie śmieje. Te wszystkie zwierzęta, prócz mrówek, były jakoś tresowane?

Nigdy nie było tresury.

Były oswojone albo – to lepsze słowo – przyswojone, ale one nie odgrywały zadanych ról. Były naturalne, tyle że pozwalały się filmować.

„Saga…” to było 10 odcinków, każdy o innym zwierzęciu. Wszystkie, prócz żubrów, musieliśmy hodować.

Bo żubry to takie krowy, oswojone z natury, niby dzikie, ale krzywdy nie zrobią?

Prowokuje mnie pan, ale one są dzikie jak… Jak nie wiem co! (śmiech) To jest kwintesencja dzikości i kto nie był przy takim zaparowanym, zbieganym żubrze, nie wie, o czym mówi. O tym, że nie wolno ich denerwować, co jakiś czas przekonuje się ktoś, kto zbyt blisko podchodzi i zostaje poturbowany.

Dziesięć odcinków z niesfornymi aktorami. Nic dziwnego, że to trwało latami.

Ogromna większość, 80 proc. naszego czasu to nie było filmowanie, ale przysposobienie zwierząt. Kierownik produkcji, Krzysiek Komar, karmił je – na same wilki poszło pięć ton mięsa.

W sumie mieliśmy chyba 13 wilków, jeden nie był hodowany w stadzie, ale żył koło nas, miał wolierę naprzeciwko okien i był niezwykłym zawadiaką. Jeśli na ławce zostawiłam nowe poduszki, to musiał wszystkie pomacać, powyciągać. Jak posadziłam kwiatki, to on je potem wykopywał.

ignacy mazurek: A skąd u państwa wzięła się kuna?

Miała na imię Figa i trafiła do nas po wypadku. Zapewne porwał ją drapieżnik, który wypuścił ją, odlatując. Przywieziono ją do nas, jak była maleńka.

Osesek. Odratowaliśmy ją.

Co robiliście?

Grzaliśmy ją poduszką elektryczną, masowaliśmy, nawadnialiśmy podskórnymi zastrzykami, podawaliśmy antybiotyki.

Co wtedy jadła?

Karmiliśmy ją mlekiem w proszku dla drapieżników.

Zresztą na miejscu cały czas był lekarz weterynarii.

Figa zamieszkała u nas i musiała być bez przerwy grzana i przytulana, bo do siódmego miesiąca życia kuna swoje małe ma przy sobie. Jak już była trochę większa, siedziała u mnie na karku w zamotanej chustce i kontrolowała wszystko, co robię. Mieszkała w koszyku, była nadzwyczaj czysta i w jednym miejscu załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne.

Jak kot, w kuwecie?

U nas wszystkie zwierzęta załatwiały się w miejscach do tego przeznaczonych. Wyjątkiem były dwa sarniaki, które sypały groszki za sobą, gdziekolwiek się znalazły.

Nazywały się Kropka i Przecinek.

Najczystszy był chyba nasz dzik, Kubuś. A kuna znaczyła swój teren, zostawiając zapachowe informacje, zazwyczaj, gdy przyszli goście z niepokojącym ją zapachem. Kiedy przychodzili, to Figa wpychała im w kieszenie i w zostawione w korytarzu buty kawałki mięsa. Tak, żeby nie wyszli z pustymi rękami.

Bardzo gościnne zwierzę.

Taka sytuacja: idę do banku, biorę torebkę, której nie nosiłam dobrych kilka dni. Otwieram ją, a tu cała zarośnięta pleśnią. Kuna naznosiła sobie tam rogalików z marmoladą, była wilgoć, więc wszystko eksplodowało.

Czy ja będę czasem mógł zadać pytanie, by pokierować jakoś tą rozmową?

Za chwilę, teraz panu dokończę jak było z kuną. Figa na zdjęcia jeździła w rękawie kurtki...

A po skończonych zdjęciach wracała do nas.

Aż raz coś ją spłoszyło i uciekła na bardzo wysoki, ośnieżony świerk. W domu często wchodziła po firanach, gdzieś na gzymsy, ale nigdy tak wysoko.

Żadne próby zwabienia jej nie przynosiły skutku.

Mimo jej wielkiej przyjaźni z jamnikiem Sorkiem, po którego specjalnie pojechaliśmy, nie udało jej się zwabić. Był mróz, zimno, baliśmy się, że zaraz nadciągnie noc i ją stracimy.

Jak to się skończyło?

Rysica, największa przyjaciółka kuny. Sonia…

Zaraz, skąd ona się wzięła w tej opowieści?

Jak kuna miała z pół roku, to z parku dzikich zwierząt w Kadzidłowie trafiła do nas maleńka rysica. Wtedy Figa dostała ataku szału, rzucała się na wszystkich, płakała, krzyczała, była nieprzytomna ze strachu. Mąż uznał nawet, że będzie trzeba ją zamknąć w wolierze.

A to nie byłaby łatwa decyzja. Rozumieliśmy Figę, bo ryś dla kuny to naturalny wróg.

Odizolowałam kunę, dawałam jej gorące mleko, śpiewałam kołysanki, a ona szlochała jak rozżalone dziecko. Przez trzy dni spałam z kuną, nie odstępowała mnie ani na chwilę.

Ryś był cały czas w domu?

Tak, miesięczna rysiczka, która musi być karmiona mlekiem.

Pan karmił rysia, a pani zajmowała się kuną?

A w dzień były zdjęcia. No i prócz tej dwójki jeszcze cała hodowla do wykarmienia. Ale wracając do Figi i Soni, to po kilku dniach stały się najbliższymi przyjaciółkami, spały owinięte wokół siebie. Wtedy kiedy Figa weszła na świerk, to właśnie zapach rysicy, po którą też pojechaliśmy, ściągnął ją na dół.

ignacy mazurek: Państwo mieli tu też bobry, prawda? Bobrzycę Kulkę.

Z książki wiesz?

ignacy mazurek: Tak.

Bobrzyca miała swój kufer do spania, a dostawała się do domu przez specjalny trap z wielką misą z wodą. Oczywiście Figa uwielbiała ganiać Kulkę i łapać ją za ogon, bo wtedy bobrzyca plaskała ogonem w wodę i to była wielka frajda.

One tu wszystkie tak biegały?

Tak, bobrzyca uciekała do wody, kuna przez nią przeskakiwała, a za nimi biegła zawsze rysica, a że była nieporadna, to wpadała do misy. Jak z niej wychodziła, to się otrzepywała, oblizywała. Na werandzie mieszkał jeszcze Korek.

Kto?

Kruk. Miał na imię Korek.

Pana syn ma rację, Korek był strasznym złodziejem. Ściągał wszystko, co się zostawiło na widoku, i upychał między szczapy drewna do palenia, wszędzie gdzie się dało.

Skąd wzięliście aktorów do „Sagi…”?

Wszystkie zwierzęta pochodziły z legalnych hodowli…

Albo, za zgodą ministerstwa, były pozyskiwane ze stanu wolnego. Tak było w przypadku bobrów, których było za dużo i namawiano nas, byśmy kilka wzięli do siebie.

Z hodowli braliśmy maleńkie zwierzę, a po zakończeniu zdjęć przekazywaliśmy do innej uprawnionej hodowli. Niektóre zwierzęta znosili do nas ludzie.

A po filmie wypuszczaliście jakieś na wolność?

One nie nadawały się do zdziczenia.

Część odeszła już z tego świata, ze starości, np. rysica Sonia. Kuleczka, bobrzyca, zachorowała na nowotwór trzustki, próbowaliśmy ją leczyć, ale się nie udało.

A Figa?

Figa sprawiła nam wielką niespodziankę i uciekła do samca.

To było nasze ogromne szczęście, choć, oczywiście, trochę było nam wtedy smutno.

Wiosną, zbliżała się ruja, byliśmy na zdjęciach nad strumieniem. Figa robiła wszystko, co zamierzaliśmy, aż tu przyszła chmura, zawiała ostatnią wiosenną śnieżycą, a kuna po leżącym pniu poszła w trzciny. Wołaliśmy ją, wołali, ale tylko słupka stawała, przyglądała się nam i biegła dalej. Aż zniknęła.

Wykładaliśmy jej jeszcze przez kilka dni jedzenie.

Ale wiedzieliśmy, że natura ją wezwała.

Co z innymi zwierzętami?

Wilki poszły do rezerwatu pokazowego Białowieskiego Parku Narodowego.

A nasz Bystry żyje do dziś w Biebrzańskim Parku Narodowym, to już bardzo leciwy wilk. Rysie Jaś i Małgosia trafiły do Leśnego Pogotowia dla Zwierząt koło Katowic, Małgosia jeszcze tam żyje.

Przynoszą państwu jeszcze jakieś zwierzęta?

Już nie, ale wtedy donosili. Raz leśniczy przyniósł nam wychudzonego, zmarnowanego rysia, przerażająco okaleczonego w wypadku.

To był straszny widok. Pamiętam te przerażone oczy, pełne boleści. Po konsultacji z weterynarzem zdecydowaliśmy się uśpić to zwierzę.

Zawsze mnie zastanawiało, jak oni to robią, że w filmach przyrodniczych pokazują ujęcia z nor.

Oczywiście są różne konwencje. Film rządzi się swoimi prawami. Po pierwsze znalezienie takiej wilczej nory to niewiarygodna trudność, ale załóżmy, że jakimś cudem ją znaleźliśmy i są tam młode. Mamy więc waderę…

ignacy mazurek: Czyli wilczycę.

I są młode. Tylko jak wprowadzić tę kamerę, żeby się nie wystraszyły? Albo żeby wilczyca nie porzuciła młodych? Dziś można ewentualnie wprowadzić kamerę na podczerwień z sondą, wtedy jakość zdjęć na podczerwień była kiepska.

To co można zrobić?

To, co większość filmowców: zbudować norę z oknem do podglądania, za którą jest kamera.

Nie ma takiej możliwości, by w naturze sfilmować poród. Nawet gdyby się to udało, to zrobilibyśmy tym więcej złego niż dobrego.

To, że Plamka urodziła przy nas, to było niesamowite wydarzenie.

Niesamowite.

Jedno chcę powiedzieć wyraźnie: Gdybyśmy mieli drugi raz robić taki film, to nie powtórzylibyśmy hodowli.

Dlaczego?

W „Sadze…”, zgodnie z jej fabułą, życie każdego z bohaterów kończyło się albo źle, albo tragicznie po konfrontacji z człowiekiem. Z tego płynęło przesłanie – miejsce zwierząt jest w naturze, a człowiek nie powinien w nią ingerować.

W naszej filmowej hodowli obserwowaliśmy zwierzęta przez 10 lat i mimo że stworzyliśmy im najlepsze możliwe warunki życia, to ich miejsce powinno być w wolnej przyrodzie.

Pan idzie dalej.

Tak, mówię: zostawmy przyrodę, ona sobie doskonale poradzi. Aha, nie przenośmy tego od razu na kornika drukarza, nie o takie zostawianie mi chodzi, tylko o nasze wścibstwo. Wszystko chcemy policzyć, obejrzeć i dotknąć, włażąc wszędzie z butami.

To brzmi, jakby państwo mieli wątpliwości, czy dobrze postąpili.

O tak.

Mieliśmy cały czas wątpliwości, czuliśmy się czasem nie w porządku.

Wątpliwości nie mają tylko ci, którzy nie myślą. Tych wątpliwości nie rozwiewało nawet to, że wiedzieliśmy, że nie da się – poza mrówkami – tych zwierząt przywrócić naturze. One były urodzone w hodowli i do hodowli potem trafiały.

Czasem nasz film ratował im życie. Tak było z rodzeństwem rysi – Jasiem i Małgosią – z wrocławskiego zoo, które matka notorycznie wyrzucała z kotnika.

Dlaczego?

Ich matka, która miała już siedem miotów, wyrzucała je, bo – jak się okazało – oba miały uszkodzony wzrok. Pewnie uznała, że nie ma sensu karmić młodych, które nie przeżyją.

A co robią bociany, jeśli nie mogą wykarmić wszystkich piskląt? Najsłabsze wyrzucają. Taka jest natura. Młode rysie, konkurujące o pokarm, którego brakuje, są wobec siebie bardzo agresywne. Nie możemy tego oceniać z naszej, ludzkiej perspektywy.

No tak, moralizowanie zwierząt nie ma specjalnego sensu.

Natura zimą potrafi być bardzo okrutna. Jakby pan zobaczył zamarznięte warchlaki w barłogu, takie, które zamarzły całą familią, to by pan powiedział „Nie przeżyły zimy”. Ale co się za tym kryje? To one, a nie my, były wystawione na mróz, wilgoć, wichury. My tego nie rozumiemy, dlatego nie rozumiemy zwierząt, zwłaszcza gdy mamy w domu ciepło, suto i bezpiecznie.

Wracając do państwa.

Chcieliśmy pokazać normalne życie zwierząt, ale żeby tego dokonać, musieliśmy je jakoś oswoić. Niech pan sobie wyobrazi odcinek o rysiach, gdybyśmy go wykonali w warunkach zupełnie wolnej przyrody. To wyglądałoby tak, że mielibyśmy scenę jak gdzieś na dukcie leśnym przeskakuje ryś, może udałoby się sfilmować go przy jakiejś padlinie. I tyle, nic więcej. Na cały odcinek filmu scen z rysiem mielibyśmy na może trzy, może pięć minut.

Nasza hodowla była jedynym sposobem na pokazanie tych zwierząt, jedynym, zwłaszcza wtedy. Sposobem na spojrzenie naszym filmowym bohaterom w oczy, zajrzenie w ich duszę, a taki przecież był cel „Sagi prastarej puszczy”.

Dziś film wyglądałby inaczej?

Z pewnością, także dlatego, że dzisiaj mielibyśmy zupełnie inne możliwości techniczne. W ciągu ostatnich lat zaszła rewolucja, pojawiły się kamery cyfrowe, miniaturowe, o fenomenalnej jakości, tak samo optyka i inne gadżety. Są drony, o których wtedy można było tylko pomarzyć, mnóstwo innych rozwiązań do poruszania kamerą.

Szkoda, że już jesteśmy po sześćdziesiątce…

David Attenborough ma 93 lata i wciąż pracuje.

Ale u nas nikt nie zamawia filmów, telewizja się nimi nie interesuje.

Łatwiej nam zrobić coś dla zagranicy, w Polsce nikomu nie jest potrzebna nasza wiedza, nasze doświadczenie. Ale co da narzekanie?

Zimą puszcza śpi?

To nie jest żaden sen, bo co to znaczy, że śpi? Tam cały czas jest życie, tylko przyhamowane. Są całe strategie różnych zwierzaków obliczone na to, by się nie wysilać i nie marnować energii.

Najlepiej się przespać?

Niektóre faktycznie śpią, ale gdyby wilki, rysie czy tak okrutne drapieżniki jak sikory bogatki nie polowały, toby nie przeżyły.

Sikory okrutne? Takie miłe ptaszki…

Tak, tu za oknem są miłe, żywią się słonecznikiem, ale w puszczy bogatka bogatce potrafi rozrąbać czaszkę i wyjadać móżdżek.

Ups…

To są drapieżniki. Możemy oczywiście patrzeć na przyrodę jako na jedną wielką, kokietującą nas całość, ale to guzik prawda.

Może kawałek ciasta?

A dziękuję, pożywię się, żeby nie rozrąbać nikomu czaszki.

Niech pan je, w końcu jedzenie jest motorem każdego działania.

Tak, za oknem sikory bogatki są miłe, żywią się słonecznikiem, ale w puszczy bogatka bogatce potrafi rozrąbać czaszkę i wyjadać móżdżek. To są drapieżniki

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.