Kiedy premier Ewa Kopacz zwróciła się do Komisji Nadzoru Finansowego, by ta przeanalizowała konsekwencje wzrostu kursu franka dla osób, które zaciągnęły kredyty mieszkaniowe w tej walucie, na bankowców padł strach. Obawiają się, że rząd – wzorem węgierskim – będzie chciał ulżyć zadłużonym, a one poniosą tego koszty. Ogromne koszty. – Zdajemy sobie sprawę z tego, że żyjemy w czasach, kiedy nie wszystko może być opowiedziane liberalnym językiem – mówił prezes mBanku Cezary Stypułkowski, odpowiadając na pytanie, czy bank mający w portfelu 24 mld zł kredytów walutowych nie obawia się idącej w takim kierunku inicjatywy premier.
Zostawmy na boku kwestię, czy język liberalny jest adekwatny do opisu rzeczywistości – gospodarczej i społecznej – wyłaniającej się z pokryzysowego kurzu. Dużo poważniej wygląda inny problem – jakim językiem zostanie on zastąpiony. Czy ten nowy będzie lepiej służył opisowi rzeczywistości i rozwiązywaniu zapętlonych przez kryzys problemów, czy będzie sprowadzał się do prostackiej, populistycznej lub nacjonalistycznej frazeologii, której jedynym celem jest budzenie emocji i demonów. Próbek takiego języka jest wkoło mnóstwo. Pewien polityk mówi, że restrukturyzacja kopalń (przyznajmy – nieudolna i spóźniona) to „podnoszenie ręki na Śląsk”...
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.