Kryzys zadłużeniowy Grecji był jedynie wierzchołkiem góry lodowej, w którą dwa lata temu z ogromną siłą uderzył statek dumnie ochrzczony imieniem „Euro”. Początkowo woda zaczęła wdzierać się do środka tylko przez dziurę w greckiej kajucie, ale niedługo okazało się, że w burtach jest jeszcze wiele innych zbutwiałych desek, które zaczęły przeciekać.
Dzisiaj wiemy, że statek „Euro” w ogóle nie powinien wypłynąć z portu, bo jego konstruktorami byli politycy, a nie ekonomiści. Wbrew wcześniej przyjętym regułom, ale za to w przypływie hurraoptymizmu zlecili oni budowę, choć projekt miał zasadnicze wady konstrukcyjne. Przede wszystkim statek powinien być mniejszy. Budowa kajut dla Włochów i Greków, którzy do stoczni dostarczyli zbutwiałe deski, była błędem pierworodnym, który teraz mści się z największą siłą.
Czy istnieje skuteczny sposób, aby statek „Euro” nie poszedł na dno? Nie ma się co łudzić: zmasowany zakup obligacji peryferyjnych krajów strefy euro przez EBC nie rozwiąże problemu. To jedynie sposób na kupowanie czasu. Zasadnicze pytanie na dziś to: czy rządy w Rzymie, Madrycie i Lizbonie zdołają szybko ograniczyć wydatki publiczne i usunąć biurokratyczne bariery, aby przywrócić wzrost gospodarczy i utracone zaufanie inwestorów. Szczególnie istotna jest sytuacja we Włoszech, których dług publiczny na poziomie 120 proc. PKB jest obecnie największym zagrożeniem dla stabilności strefy euro.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.