Projekt trumpowskiej Rady Pokoju, której inauguracja odbyła się w czwartek w Waszyngtonie, wzbudził niepokój wielu sojuszników Stanów Zjednoczonych. Obawiają się, że nowa inicjatywa ma stać się konkurencyjnym wobec ONZ forum rozwiązywania globalnych problemów.

Gospodarz Białego Domu jest tego świadomy. Dlatego w czwartek starał się przedstawić nową strukturę jako organizm działający w ścisłej współpracy z ONZ, a nie jako podmiot, który miałby ją osłabiać. Według Donalda Trumpa Organizacja Narodów Zjednoczonych ma „wielki potencjał”, którego jednak „nigdy nie zrealizowała”. Jak mówił, Rada Pokoju mogłaby nawet „nadzorować ONZ i dbać o jej właściwe funkcjonowanie”, a Stany Zjednoczone są gotowe „wkroczyć z pomocą finansową”, jeśli organizacja będzie jej potrzebować.

Amerykanie zalegają z 4 mld dol. składek na ONZ

Pomoc finansowa rzeczywiście jest potrzebna. W lutym sekretarz generalny ONZ António Guterres ostrzegł, że organizacja stoi w obliczu „nieuchronnego załamania finansowego” z powodu zaległości w składkach. Problem polega jednak na tym, że niemal 4 mld dolarów zaległości (czyli ponad 95 proc. zaległego budżetu regularnego ONZ) przypada właśnie na Stany Zjednoczone. Opóźnienia w opłacaniu składek to nie nowość, ale w ostatnim roku problem wyraźnie się pogłębił po tym, jak Donald Trump wycofał się z szeregu projektów ONZ, twierdząc, że są one jedynie „marnowaniem pieniędzy podatników”.

Oczywiście nie sposób zamknąć oczu na argument krytyków ONZ, iż organizacja od dłuższego czasu sobie nie radzi i nie potrafi skutecznie zareagować na mnożące się na świecie konflikty zbrojne. Tyle że brak wpłat największego płatnika tylko pogłębi tę nieudolność. Inne organizacje będą zaś zderzały się z tymi samymi problemami, które spowalniają ONZ – przede wszystkim rosnącymi rozbieżnościami interesów na świecie.

Sęk w tym, że Trump wcale nie chce mocnej ONZ, bo ta organizacja go po prostu drażni. Amerykański przywódca nie chce forum, które odzwierciedla wrażliwości 193 krajów członkowskich, tylko klubu, który mógłby umocnić globalną potęgę USA i służyć wyłącznie ich interesom. Jeżeli już ma się z kimś liczyć, to nie z małymi państwami, tylko z innymi mocarstwami. Choć na ten moment ani Chiny, ani Rosja nie wydają się zbytnio zainteresowane nowym projektem Trumpa. Chodzi też o ego, którego nie zaspokoi rozbudowana biurokracja i kolegialne mechanizmy decyzyjne ONZ. Stąd zaproszenie do Rady Pokoju dla grupy krajów autokratycznych, w tym Białorusi, która tylko wyczekiwała okazji, by pokazać, że nadal się liczy na arenie międzynarodowej. Co ciekawe, w czwartek do Waszyngtonu nie dotarł białoruski minister spraw zagranicznych, bo nie dostał wizy.

Trump mówi, że wojna w Gazie się skończyła. Jak jest naprawdę?

Nasuwa się pytanie, czy – już niezależnie od motywacji – nowa inicjatywa mogłaby okazać się bardziej skuteczna w wygaszaniu konfliktów niż ONZ. Na pewno Donald Trump by tego chciał. W czwartek zadeklarował, że wojna w Strefie Gazy już się skończyła, a jedyne, co pozostało, to „niewielkie iskry”. Tyle że sytuacja na miejscu na to nie wskazuje. Od październikowego zawieszenia broni zbrokerowanego przez USA zginęło 600 Palestyńczyków, izraelska armia nie wykazuje woli wycofania się z palestyńskiej enklawy, a bez tego Hamas nie będzie chciał rozmawiać o rozbrojeniu.

Trudno też mówić o pokojowych intencjach Trumpa, który w Waszyngtonie zagroził Iranowi, że wydarzą się „naprawdę złe rzeczy”, jeśli w ciągu 10–15 dni nie osiągną porozumienia w sprawie programu jądrowego. Wojsko zakomunikowało prezydentowi USA, że jest gotowe na atak już w weekend, a groźba wygląda coraz poważniej, wraz z pojawieniem się na wodach Bliskiego Wschodu drugiego amerykańskiego lotniskowca USS Gerald R. Ford, który wcześniej służył w okolicach Ameryki Łacińskiej. Co gorsza, niektórzy widzą paralele nie tylko z Wenezuelą, ale też z wycieńczającą dziewięcioletnią wojną w Iraku, gdzie pretekstem operacji także był argument o rozwijaniu przez adwersarza broni masowego rażenia.