Niesłuszny Tatarkiewicz. Czy można karać naukowców za poglądy?

Szef MSZ Radosław Sikorski
Radosław Sikorski, szef MSZ oraz wicepremier w rządzie Donalda TuskaMSZ/Materiały prasowe
wczoraj, 19:55

Radosław Sikorski postuluje „odbieranie stopni i tytułów naukowych za głoszenie ewidentnych kretynizmów”. Wtóruje mu wiceminister nauki Karolina Zioło-Pużuk, informując o planowanych przez jej resort zmianach dążących do „zapobiegania dezinformacji”. Owszem, dezinformacja jest fatalna. Ale administracyjne zwalczanie „szkodliwych poglądów” – jeszcze gorsze.

Nie warto może zaczynać komentarza od podniosłej frazy „Mogę nie zgadzać się z Pańskim poglądem, ale bronić będę Pańskiego prawa do jego głoszenia bodaj za cenę mojego życia”. Tym bardziej że, jak wiemy, w rzeczywistości nie wyszła ona spod pióra samego Woltera, lecz – blisko dwa wieki później – jego brytyjskiej biografki, Evelyn Beatrice Hall. Jeśli już cytat – to może z dorobku Róży Luksemburg, której półokrągłą rocznicę urodzin świętowała onegdaj w Zamościu fundacja jej imienia na konferencji zatytułowanej zdaniem z traktatu rewolucjonistki. „Wolność jest zawsze wolnością dla myślących inaczej” – to brzmi równie szlachetnie jak Wolter.

Wspomniałem na te zdania, śledząc w serwisie X niedzielną korespondencję dwojga polityków: wicepremiera i szefa MON Radosława Sikorskiego oraz wiceminister nauki Karoliny Zioło-Pużuk. Wicepremier podsumował wypowiedź ks. prof. Tadeusza Guza z KUL (który rzeczywiście podłożył się był znakomicie, głosząc duby smalone o sfingowaniu ataku na World Trade Center), postulując „odbieranie stopni i tytułów naukowych za głoszenie ewidentnych kretynizmów”. Chwilę potem ministra Zioło-Pużuk skwapliwie poinformowała o planowanych przez jej resort zmianach, na mocy których uczelnie będą miały „obowiązek zapobiegania dezinformacji”.

Brak refleksji można z pewnością wytłumaczyć żarem bieżącej walki politycznej: wprawdzie idiotyczna wypowiedź księdza profesora pochodzi sprzed dwóch lat z okładem, że jednak ksiądz miał pecha pełnić rolę doradcy Przemysława Czarnka, więc coś trzeba było znaleźć, bodaj i do drugiego pokolenia. Swoją drogą, szukano trochę po łebkach, ks. profesor ma bowiem w dossier stwierdzenia, przy których kwestionowanie zamachu 11 września 2001 r. brzmi niewinnie niczym rewelacje rozkrochmalonego wuja na imieninach. Szukano, więc znaleziono, a przy okazji wicepremier mógł wetknąć szpileczkę byłemu prezydentowi Andrzejowi Dudzie, uznając, że to „z jego ręki” pochodził stopień naukowy ks. Guza. Tyle wygrać!

Czy uczelnie powinny karać naukowców za dezinformację?

Sprawa jest jednak poważniejsza niż „skojarzenia dnia”. Badacze, którzy w swoich wypowiedziach przekazują nieprawdę (mniejsza, czy w postaci hipotez, sugestii czy prostych kłamstw), stanowią istotne wyzwanie dla funkcjonowania naszej, jak się wydawało dotąd, merytokratycznej cywilizacji i nie jest łatwo przejść nad ich zachowaniem do porządku dziennego jakimś frazesem o tolerancji dla cudzych poglądów, jakimś cytatem z „Listu o tolerancji” Johna Locke’a, starszego o kilka stuleci kolegi wicepremiera. Głośno było w ostatnich miesiącach choćby o wypowiedziach prof. Grażyny Cichosz, sugerującej silny związek szczepionek dziecięcych z autyzmem, czy o książce dr Kornelii Sobczak, odkrywającej w oddziałach Szarych Szeregów tzw. homoseksualizm bezobjawowy (ujmująca jest swoją drogą, niesłabnąca fascynacja badaczek PAN postaciami szaroszeregowców. Przewrotna, lecz ujmująca). Nie lekceważę tego.

Nie lekceważę, zastanawiając się jednak, czy z wolnościami naukowymi (w tym z wolnością naukowca do wygłaszania na własny rachunek banialuków i dyrdymałów) nie jest podobnie, jak z wolnościami jako takimi: nużącymi, utrudniającymi codzienne funkcjonowanie państwa, a czasem wiążącymi mu ręce. I nie, nie trzeba być urodzonym zamordystą, by znielubić wolności i procedury zabezpieczające „głos odrębny”. Zdaję też sobie sprawę z wagi, jaką mogą mieć sprzeczne z prawdą wypowiedzi naukowców: często nie są to przecież spory o kwestie dla większości abstrakcyjne, często przekładają się one na rozumienie bezpieczeństwa, rację stanu czy utratę zaufania do osób publicznych.

To wszystko prawda. Lampka ostrzegawcza zapala się jednak, kiedy ministra, znalazłszy narzędzie (stworzenie uczelnianych kodeksów etyki, które pozwolą ustalić kary dla osób „publicznie opowiadających rzeczy niezgodne z aktualnym stanem wiedzy”), dodaje w rozmowie z dziennikarką, że pragnie przeciwstawić się szerzeniu „szkodliwych poglądów”.

Jest to deklaracja straszliwie śliska. Szczerze wierzę, że pani wiceministra, mówiąc o „szkodliwych poglądach”, ma na myśli negowanie Zagłady czy – sięgając po kolokwializm – niskiej klasy foliarstwo. Że z oburzeniem myśli o wydarzeniu tak emblematycznym dla nauki polskiej, jak odebranie w 1951 roku prawa prowadzenia wykładów Władysławowi Tatarkiewiczowi, któremu zarzucono, że uprzywilejowuje „obiektywną naukę burżuazyjną zamiast zaangażowania marksistowskiego”. Że, jako autorka doktoratu o rosyjskiej literaturze dysydenckiej, zna dobrze jej tradycje i zaśmiewała się z propozycji poety Iwana Bezdomnego, by niejakiego Immanuela Kanta „zesłać na dziesięć lat na Sołowki za te jego wywody”.

Wolność badań naukowych a walka z „szkodliwymi poglądami”

Tylko że to tak nie działa. Zasady nie da się zawiesić na jedną, słuszną chwilkę, by za chwilę ją odwiesić. Przepis – od biedy tak, po to są w końcu formuły stanu nadzwyczajnego i wyższej konieczności. Ale zasady są z jednej strony wieczne, z drugiej – znacznie bardziej kruche niż przypisy. Pewnie dlatego, że mniej elastyczne.

A poza tym – sama struktura rewolucji naukowych, które stale się dokonują, polega na tym, że od czasu do czasu pojawia się jakiś „pogląd niesłuszny”. Bzdurny, wzięty z sufitu, a przy tym głoszony z nieznośną arogancją.

Można się z nim spierać – do znudzenia, do zachrypnięcia, do opadających rąk. A można też, z wysokości ustalonego poglądu na ruch planet, flogiston lub źródła chorób – zakazać. Tyle że cywilizacje, które korzystały z prawa, by zakazać szkodliwych poglądów na te kwestie, prędzej czy później pogrążały się w stuporze i despocji. I piszę to w obronie nie oburzających słów ks. prof. Tadeusza Guza, lecz raczej Tatarkiewicza, Galileusza i Semmelweisa.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.